233

Ludzie Cienie

Jakub ma 17 lat.  Jest bardzo wysoki, ma ładną twarz, duże, brązowe oczy. Siadamy w szpitalnej kawiarence, zamawiam herbatę. Widzę jak on się waha, patrząc na spore ciastko z kremem. W końcu kupuje wodę niegazowaną.

– Dlaczego nie kupiłeś tego ciastka? Widziałam jak na nie patrzyłeś.

Uśmiecha się smutno, pokazując szereg zepsutych  zębów.

– To od wymiotów – słyszę – Wiesz, zanim wpadłem w anoreksje, miałem bulimię. Później przez długi okres na przemian, raz jedno raz drugie. Wściekle liczyłem kalorie i gdy matka podawała mi kanapki na śniadanie, po kryjomu zbierałem z nich  masło i wcierałem w skórę. Bo masło tuczy. Mdlałem z głodu i łapczywie patrzyłem na kolegów pochłaniających batoniki i inne słodycze. Kradłem ojcu pieniądze, bo on nigdy nie przywiązuje uwagi do tego, ile ma w portfelu. Kupowałem w sklepie co się da, byle dużo.  Zamykałem się w pokoju pod pretekstem nauki i zaczynałem swoją gehennę. Gdyby ktoś to zobaczył, ten  koszmar. Jesz jedną czekoladę za drugą, zagryzasz lodami i popijasz ogromnymi ilościami gazowanych napojów. Do tego wielka  paczka chipsów i kilka batonów. Przez moment czujesz się jak król. Szybko jednak spadasz ze swojego urojonego tronu. Czujesz ten cholerny ciężar w sobie, stajesz przed lustrem i zaczynasz brzydzić się samego siebie. Usiłujesz to powstrzymać, tę falę rosnąca w tobie, wydaję ci się, że masz ogromny brzuch, że już przytyłeś kilka kilogramów. Nie wytrzymujesz w końcu, sprawdzasz co robią rodzice, podkręcasz głośniej muzykę i wychodzisz do toalety. Wkładasz do ust  palce, masz tę czynność opanowaną do perfekcji. Nawet cichych wymiotów się nauczyłem. Jak? W necie są takie fora, wiesz, wymieniamy się doświadczeniami. Wychodzisz, myjesz twarz i znowu nie jesz. I tak co kilka dni. Czasem ataki obżarstwa były częstsze, czasem po prostu jadłem normalnie, ale to też mi przeszkadzało w żołądku. Strach przed utyciem. Od pół roku nie wymiotuje, mam 184 cm wzrostu i ważę 48 kg. Do szpitala trafiłem, bo mój stan zdrowia bardzo się pogorszył, nie byłem w stanie sam się ubrać czy umyć. Tak, miałem terapie, dwa razy byłem też w ośrodku. Oni swoje, moja głowa swoje. Jeszcze to gadanie ludzi, że to nienormalne. Ludzi szokuje, że na tę chorobę cierpi chłopak. Jakby ktoś gdzieś stwierdził naukowo, że na anoreksje umierają tylko dziewczyny.

– Dlaczego umierają? Wiele osób…

– Co „wiele osób”? Wychodzi z tego? To jakiś mit, nie wierzę w to. Mówią o nas: ludzie cienie. Wiesz dlaczego? Kiedy staniesz pod odpowiednim kątem na słońcu, twój cień będzie o wiele wyższy i wiele szczuplejszy, niż jesteś w rzeczywistości. Więc ja i inni chorzy, wciąż usiłujemy doścignąć ten cień.

Dominika ma 14 lat, od roku walczy o siebie.

– Patrząc w lustro, widzę osobę z nadwagą. Czuję obrzydzenie i złość . Staram się  patrzeć na siebie jak najmniej, by uniknąć poczucia winy.  Rok temu ważyłam 70 kilo przy wzroście 174 cm.  To było dużo, nawet bardzo dużo. Kilka razy usłyszałam, że powinnam zacząć o siebie dbać. Wtedy mnie to nawet szczególnie nie dotknęło, bo akceptowałam swoje ciało.  Najbardziej lubiłam jeść  ciastka i inne wypieki. Postanowiłam pójść na dietę, gdy przestałam się mieścić w ulubione ubrania.

Zaczęło się niewinnie. Stopniowo odstawiałam słodycze, białe pieczywo i ziemniaki. Później przyszło liczenie kalorii i obsesyjne myślenie  o nich. Tabele kaloryczne mam wyryte na pamięć.  Za cel obrałam sobie 500 kalorii dziennie i tego się trzymałam. Jeżeli  zjadłam coś nadprogramowo, to spalałam jeżdżąc na rowerku, czy wykonując rozmaite ćwiczenia. Były dni kiedy jadłam nawet po 200 kalorii. Ten czas jest w mojej głowie zamazany, nie pamiętam kiedy to wymknęło się spod kontroli. Przyszedł taki wstręt do siebie, nie wiem dlaczego. Nie wiem też, kiedy pojawiły się żyletki i okaleczania. Wolałam krzywdzić siebie, niż ludzi wokół. Myślałam, że to lepsze rozwiązanie. To w pewnym stopniu, karanie siebie za coś, nad czym przestałam panować. Dziś mam 179 cm wzrostu i nadal ważę za dużo. Nie powiem ci ile, bo wstydzę się tych okropnych kilogramów.

Patrzę na jej wychudzone ciało i pytam o marzenia.

– Chciałabym, żeby ludzie byli bardziej szczęśliwi. Zwracali uwagę na drugiego człowieka. A ja? Bardzo kocham moich najbliższych, martwi mnie to, że oni cierpią przeze mnie, bo się o mnie boją. To dla nich się staram i wierzę, że dzięki ich wsparciu wygram walkę z tym, co mnie tak niszczy. Tylko najpierw muszę się nauczyć patrzeć na siebie inaczej, akceptować siebie taką jaka jestem. A to bardzo trudne, bo z lustra nadal patrzy na mnie gruba, wstrętna dziewczyna.

„Rośnie liczba młodych osób chorujących na anoreksję. Specjaliści biją na alarm. Na tę śmiertelną chorobę cierpią nawet 9-latki. To nie jedynie wina mediów promujących przesadnie szczupłe modelki i tysiące magicznych „diet cud”. Winę za to ponoszą również relacje rodzinne i dysfunkcje. Według ekspertów młodzi ludzie dążą do śmierci, żeby ratować rodzinę lub któregoś z rodziców.” – źródło Fundacja Drzewo Życia.

Klara chorowała od 10 tego roku życia. Na 21 urodziny dostała piękny, błyszczący wózek.

” Obudziłam się, po dwóch tygodniach śpiączki, ważyłam całe 26 kg. Nie było tortu, fajerwerków, imprezy z przyjaciółmi. Tylko łzy rozpaczy moich rodziców i zdziwione oczy pielęgniarek. Zszokowanych tym, że jeszcze żyje. Wtedy myślałam, że już wszystko pojęłam, zrozumiałam swoją chorobę, wiem jak z nią walczyć. Byłam pewna, że jestem w stanie siebie uratować , że chcę żyć i wiem jak to zrobić. Byłam  pełna nadziei, nawet chyba radości, nie wiem, bo już zapomniałam jakie to uczucie. Mama płakała, ojciec milczał, a ja przez ten krótki moment chciałam normalnie żyć.

Dotarliśmy do domu, znalazłam się w swoim pokoju. Otworzyłam drzwi od szafy, w której miałam ukryte lustro. I wszystko pękło. Przede mną siedziała otyła, obrzydliwa dziewczyna, pod którą uginały się koła wózka inwalidzkiego. Zrozumiałam, że ten euforyczny przebłysk w szpitalu, był spowodowany urodzinami. Urodzinami tylko po to, by nadal umierać w cierpieniu i samotności.”

Rok później, na urodzinach Klary, znowu nie było świeczek na torcie. Tylko kilka zniczy i szarfa z napisem: „Dla naszej ukochanej córki. Na zawsze w naszej pamięci.”

 

Anika Zadylak – Werner: Tekst w dużej mierze powstał dzięki oraz przy współpracy, mojej  13 letniej  córki Klaudii, która w przyszłości chciałaby zostać psychologiem i pomagać osobom cierpiącym na anoreksję i bulimię. Tekst ukazał się również na portalu Ogarnięci Rodzice.

233

depresja

Wiele twarzy tego samego piekła…

- Coś ty taka dziwna ostatnio? Nieobecna i przybita? Deprecha? Nie przejmuj się, to ma każdy  na jesień. Spadnie śnieg, przyjdzie sylwester i zobaczysz, jak ręką odjął!      Nie odzywam się, tylko żegnam i frunę do domu. Tak frunę. Tam nikt nie będzie zadawał pytań. Jest koc, zasłonięte rolety, lampka wina. Duża, ogromna lampka. Jeszcze tylko status na fejsie, coś głupio śmiesznego, niech wszyscy myślą, że jest ok i mogę płynąć. Płynąć w dół.

Budynek w którym jestem, nie ma krat w oknach, obdrapanych ścian a  po korytarzach nie snują się nafaszerowani psychotropami zombie. To obrazek namalowany przez tych, którzy takie placówki znają z horrorów. Pokoje są ładne, dwuosobowe, podział na oddział męski i damski, ogromna sala z pianinem dla terapii grupowych. Piękny ogród, do którego można wyjść praktycznie w każdej chwili. Siadam na ławce, ostatnie promienie słońca. Czekam.

- Cześć, jestem Anika i też tu kiedyś byłam. Mówię ci o tym, bo może wtedy będzie łatwiej rozmawiać. I nie, nie jestem już zdrowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Wciąż się z „nią” zmagam. A ty?    Przygląda mi się chwilę, wyciąga  papierosa, dziwi się że nie palę. I pierwsze co robi, to ściąga z szyi apaszkę. Widzę sino żółty ślad. Jakby ktoś, farbką o brzydkim kolorze pociągnął taką linię, na około głowy.
- Miałam normalny, ciepły dom. Może nie byliśmy bogaczami ale nie brakowało mi niczego. Rodzice mówili do znajomych, że jestem po prostu nieśmiała i wrażliwa, a ja wiedziałam, jakby czułam, że to nie to. Nie bardzo lubiłam ludzi, bywały dni, że symulowałam choroby, żeby tylko nie iść do szkoły. Nie musieć robić tych wszystkich czynności związanych z toaletą, jedzeniem, rozmawianiem. Potrafiłam tak tygodniami.  Pogrążona w sobie. A  zaraz po tym, nagle nie wiadomo skąd i dlaczego przychodziły te stany euforii. Siła do działania, uśmiech i ogromna chęć życia, miłość do świata i ludzi. Kiedy dorastając, zaczynałam rozumieć co to jest, od razu poprosiłam o pomoc. Nie byłam jednym z tych, którzy się nie przyznają. Miałam plany na życie. Te, które rodziły się w mojej głowie w tym ” dobrym czasie”.  A chciałam się  pozbyć tych ” gorszych chwil”, które bez skrupułów te plany niszczyły.  Zaczął się obłędny taniec. Lekarze, specjaliści, ośrodki, tony leków i lata terapii. I ta radość, gdy orientowałam się, że nie ma ” jej” już ponad pół roku. Działanie, robienie milion rzeczy na raz, ufność i wiara. I rozbijane na ścianie przedmioty, gdy patrzyłam jak wraca i nie umiałam tego powstrzymać. Ludzie i ich  dobijające, bezsensowne pytania. I te, szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. Taka zaradna, po studiach, piękna, uśmiechnięta, przebojowa i psychiatryk?! Fanaberie jedynaczki!  Przecież każdy wie, że ta depresja jest  modna, szczególnie w ostatnich latach. Mówili – Urodzi dziecko i mąż ją ustawi, to się chorowanie skończy.   Moja córka ma 10 lat, i gdy przychodzą demony, nie mam nawet ochoty i siły na nią patrzeć, bo i tak nic nie widzę. Nic prócz ciemności i  rozpaczy. Nie ma dla mnie jutra, dziś też raczej nie istnieje. Lewituje między życiem a śmiercią i daje sobą pomiatać. Nie kontroluje swoich myśli, jestem jak czyjaś marionetka. ” Ona” mówi, że moje starania są na nic, że i tak nie dam rady. Zresztą po co, skoro jeśli w ogóle  wypłynę na powierzchnie, to tylko na chwilę. Tydzień temu podała mi sznur, nie wiedziałam nawet, że mogę się sprzeciwić. To taki stan, że nie walczysz o siebie bo myślisz, że nie możesz. Na czas odratowała mnie córka. I teraz  walczę w tym miejscu, choć zdaję sobie sprawę z tego, że mogę nie wygrać i kiedyś, nikt nie wróci na czas.  A ty, Anika?
Nie ukrywam zmieszania i zdenerwowania. Drżą mi dłonie, oczy się szklą.
- Jesteś w miejscu, gdzie nie da rady tego ukryć. Nie musiałaś mówić, że kiedyś tu byłaś. Wystarczy że patrzę na ciebie i na to jak reagujesz . I wiem, że jesteś jedną z milionów, umierających na oczach tłumów.
Wykręcam się zgrabnie tłumacząc, że to zmęczenia i że mam jeszcze jednego rozmówce. Justyna uśmiecha się sarkastycznie i pokazuje mi okno, od swojego pokoju.

Paweł  to facet przed czterdziestką. Człowiek sukcesu. Piękny dom, piękna żona, piękne dzieci. Co tu robi? Usiłuje się pozbyć choroby, która zabrała mu już wiele. Dalszą rodzinę, która nie potrafiła tego zrozumieć, przyjaciół, którzy kpili za plecami a później prosto w twarz, że z dobrobytu się w dupie przewraca. A on kilka razy mało nie umarł, przedawkowując leki. Żona na skraju wytrzymałości, systematycznie błagana o jeszcze jeden powrót. Miliony nieprzespanych koszmarnych nocy, nienawiść do samego siebie. Nie, nie sięgał po alkohol i inne używki. Faszerował się psychotropami, w niedozwolonej ilości, byleby choć na chwilę zasnąć. Na chwilę,  złudnie się uwolnić. -  Nie poddam się, będę się z ” nią” szarpał dla dzieci, bo je kocham, bo są niczemu winne. I wiesz co usłyszałem? Usłyszałem, że mam walczyć dla siebie i o siebie! Nie mogę tego jakoś zrozumieć, bo czym ja jestem bez nich?    – A wiesz, co ja usłyszałam od swojego terapeuty?!  Gdy opowiadałam mu o swojej zdolnej córce, że niesamowicie  maluje i świetnie piszę? Powiedział mi – To pięknie, że odziedziczyła talent po mamie. Niestety wie pani, że nie tylko to jej przekazała?    Myślisz, że jestem ślepa? – Prawię krzyczę do spokojnie patrzącego na mnie Pawła – Że nie widzę jak moja córka się miota?! Najlepsi psycholodzy, innowacyjne leki, wszystko!  Nawet pakt z samym diabłem podpiszę jeśli trzeba będzie, byleby znów zobaczyć ją uśmiechniętą i pogodną. Taką, jaką była jeszcze cztery lata temu. I to moje poczucie winy, w tym wszystkim. Koszmarne, duszące każdego dnia.
Czuje jego dłoń na moich, ale  zabieram je pospiesznie, bo drażni mnie dotyk.  Wbiegam do budynku. Odnajduje pokój Justyny. Siadam na krześle, patrzę na pustą ścianę.
- Usiłujesz podnieść się z łóżka, czujesz przy tym, że śmierdzisz a pościel lepi się z brudu. Podchodzisz do lustra i widzisz siebie. Tylko nie możesz się poznać bo tłuste włosy, nadwaga, bajzel w głowie i głos, który uparcie wmawia ci, że jesteś już do niczego i że nie warto się starać. I jak potulne, ale głupie szczenie wracasz do swojego barłogu, zgarniając po drodze kolejną butelkę wina i leki nasenne, bo przecież sen to zdrowie. W naszym  przypadku niestety, to tylko coraz bliżej roztrzaskania głowy o zimny beton. Niby to wiesz ale toniesz, nie rozglądając się nawet za jakimś brzegiem – Przerywam na chwilę, bo kręci mi się w głowie.  – Ostatkami sił nakładasz maskę. Wychodzisz z domu po zakupy, rozmawiasz  z sąsiadem, nieustannie się uśmiechając. Gotujesz obiad i myślisz tylko o tym, żeby uciec. Twoje ciało długo nie wytrzymuje braku snu, złego żywienia, nadmiaru alkoholu i leków. Zaczynasz chorować fizycznie, co skandalicznie cię cieszy, bo teraz już jak torpeda, bez tłumaczenia się z niczego, możesz spadać coraz niżej. I zabijają cię wewnętrzne pytania, dlaczego i skąd? Przecież dzieciństwo wspaniałe, przyjaciół mnóstwo, rodzice nadal na każde zawołanie, cudowne dzieci. Nie wiesz, nie chcesz wiedzieć, nie rozumiesz, pogrążasz się. Buntujesz w końcu ale jest za późno, nie masz sił, motywacji, czujesz się jak wrak. Jak śmieć, który ma odruchy wymiotne na swój widok.  Myślisz nawet o tym, żeby zasłonić albo wytłuc wszystkie lustra w domu i uświadamiasz sobie, że szyba też odbija twoją postać. I szafa, i komoda.  I co, zniszczysz cały dom?!   Krzyczysz z całych sił, ale nikt cię nie słyszy. Bo deprechę przecież, miewa każdy. Skończy się z pierwszą gwiazdką, karpiem, wiosennym deszczem  czy innym gównem. Nie potrafisz myśleć inaczej! Masz żal do ludzi ale największy do siebie, bo może mogłaś coś zrobić, bo jesteś słaba. I przychodzą te najgorsze myśli, że twoje dzieci, bliscy, przyjaciele zasługują na kogoś lepszego…
- Przestań! – Zapłakane oczy, patrzą na mnie – Rozejrzyj się dziewczyno! I tu i w okół siebie! Widzisz?! Lekarze, nauczyciele, bibliotekarka, biznesmen, profesor, kasjerka, policjant, gwiazda z telewizora czy tak zwana zwykła sprzątaczka! Każdy może „ją” mieć, i u każdego wygląda to podobnie. Miliony, pozornie  uśmiechających się ludzi, w różnym wieku. Miliony istnień, takich samych jak ty. Mijasz ich każdego dnia, choć nawet o tym nie wiesz.

Na depresję choruje ponad 120 milionów ludzi na świecie. Cierpi na nią co dziesiąty Polak.
Dziękuję moim czytelnikom, którzy zechcieli się ze mną podzielić swoimi własnymi przeżyciami i spostrzeganiami. To pozwoliło mi zrozumieć, że trzeba o tym mówić głośno. Trzeba wyjść z cienia, chociażby po to, żeby innym łatwiej było zrozumieć, z czym się zmagamy. I że nie jest to chwilowe coś, które przejdzie z pierwszym wiosennym słońcem, czy podmuchem ciepłego wiatru.

Za trzy tygodnie, jeśli „ona” pozwoli, spakujemy się i pojedziemy nad morze. Zawsze gdy tam jestem, odwiedzam grób Bartka. Miał 30 lat, gdy stojąc w strugach deszczu na pogrzebie, słuchałam jego mamy, czytającej list pożegnalny, który zostawił – Starałem się, długie lata. Przegrałem swoją walkę ale ty, nie musisz. Proś i błagaj o pomoc, szukaj jej, nie ukrywaj choroby, walcz. I  podnoś  się z przegranych bitew, żebyś tak jak ja, nie poległ na wojnie.

Przegrałam z ” nią”  kolejną swoją bitwę  ale wojna, wciąż jeszcze przede mną. Jedyna wojna, która niesie nadzieję.

depresja

 

 

 

Puk, puk! Kto tam? To ja…Śmierć.

Rodzimy się i umieramy. Taka kolej rzeczy.
A  wtedy, gdy to rodzice muszą pochować swoje dziecko, również?

Siedziałyśmy na korytarzu. Twarde, niewygodne krzesełka. Obdrapane ściany. Obok, izolatka z jednym łóżkiem. W łóżku, dziewczynka, za tydzień skończy  dziesięć lat.
- Powiedz mi Anika, ona umrze prawda? – Patrzyłam na nią i nie myślałam, co odpowiedzieć. Moje myśli krążyły w okół tego, że sama miesiąc temu dowiedziałam się o tym, że mój syn jest naznaczony. Naznaczony mukowiscydozą. Przerażał mnie każdy jego płytszy oddech, każdy niespokojny ruch. W salach obok, też leżeli naznaczeni. Ci trochę starsi i ci, którzy dopiero się urodzili. Byłam jedną z tych mam, które dopiero uczyły się z tym żyć. Żyć z wyrokiem wydanym, na ich dzieci.
- To niesprawiedliwe. Ty powinnaś być na innej sali, w innym miejscu. Młoda jesteś, pierwsze dziecko, diagnoza i od razu taka przeprawa – Nie wiem czy udawałam, czy nie chciałam wiedzieć, o czym mówi. Ta profesor przecież, nie owijała w bawełnę. Pierwsza rozmowa po pełnej diagnozie, statystyki, umieralność, trud leczenia, brak szpitali i specjalistów. Tylko, ja wtedy myślałam, że to takie gadanie, że musi mnie uświadomić bo w rzeczywistości, to tak przecież nie wygląda.
- W sumie, może to i lepiej, szybciej się oswoisz. I nie unikaj z nim rozmów, o odchodzeniu. I tak się dowie. Jak będzie już miał parę lat, powiedz mu wprost. Tak, tyle wystarczy, nasze dzieci szybciej dostrzegają, mocniej to czują. Widzą, jak ze szpitalnych sal, w czarnych workach, znikają ich koledzy – Nie poruszałam się prawie, nawet oddychałam inaczej. Chciałam, żeby przestała mówić, chciałam wstać i zabrać moje dziecko. Uciec.
- Myślisz, że powinnam iść teraz do niej? Usiąść, wziąć ją za rękę i pozwolić odejść? – Nie patrzyłam na nią, tylko na okienko tej izolatki. Leżała tam. Miliony rurek, kroplówek, kabelki i monitory. Ledwo można było, ją dostrzec. Myślałam – Kobieto! To twoja córka! Po jaką cholerę mnie umoralniasz i tłumaczysz, co mam zrobić z moim synem skoro sama…I wtedy to sobie uświadomiłam. Ona się bała. Siedziała koło mnie na tym zimnym, twardym krzesełku i próbowała oddać mi trochę swojej bezsilności i lęku. Swojego przerażenia i strachu.

Zrozumiałam to, kilkanaście lat później. Gdy w podobnym miejscu, w żółtym ochronnym fartuchu, siedziałam obok innej kobiety. Na Oiomie, niemalże jednocześnie umierał mój mąż i jej syn. Opowiadałyśmy sobie absurdalne sytuacje, radziłyśmy, jak porozmawiać o tym z dziećmi, jak żyć dalej. Lekarze patrząc mi w oczy i wyrzucając z siebie słowa o sepsie, o braku pracy nerek, o lecącym ciśnieniu mówili mi, że on umiera. Ja nie słyszałam. W mojej głowie tliły się inne obrazy i dźwięki. O tym, że jeszcze jest jakaś nadzieja, że cud, że to nie może być prawda. I nawet gdy wyciągałam z szafy garnitur do trumny a mój syn krzyczał – Nie będę się leczył rozumiesz?! Zabierz ten pieprzony inhalator, nie będę tego brał bo i tak zdechnę jak ojciec! Udławię się własną krwią, zakopią mnie w lodowatej ziemi, więc  zabieraj się z tymi wszystkimi lekami! – to ja myślałam, że to się nie dzieje.  Przecież obiecałam mu kiedyś, mojemu ukochanemu mężowi, że zrobię wszystko, żeby uratować jego życie. A okazało się, że byłam jak ta matka z twardego krzesła – chciałam zrobić wszystko, a nie mogłam nic. Nie mogłam.

 
- Mamo, a kiedy umrę, będę tam sam? – Miała rację, pomyślałam, wystarczy im mieć kilka lat, żeby się po prostu domyślić. Tyle rozmów na ten sam, bolesny temat. Tysiące scenariuszy, moich łez i jego pocieszeń. Przerażających myśli, które nagle budzą w środku nocy, uporczywie biegając po głowie. Czy nie będzie mu tam zimno i że boi się ciemności. Modlitw nie wiadomo do kogo, o to, żeby nie cierpiał, nie dusił się. Żebym miała za co go pochować, zapalić znicz, kupić kwiaty. I zaraz po tym, nienawiść do samej siebie, za te myśli, za przedwczesny płacz. I znowu poranek, znajome charczenie, krew, duszność, karetka i jego oczy. Te oczy które mówią i bezgłośnie pytają – Jak długo jeszcze? Dlaczego ja, mamo? Po co to wszystko? To piekło na ziemi? Mamo, pozwolisz mi? Dasz mi odejść, kiedy już nie będę miał sił walczyć?

Dziś rano odebrałam telefon, od przyjaciółki. Miał być przeszczep, miał być koniec ich drogi przez mękę. Stało się inaczej. Mój syn, słysząc te rozmowę i pakując plecak do szkoły, podszedł,  pogłaskał mnie po głowie i wyszedł.

Wytrzymałam sama ze sobą do południa, wsiadłam w miejski i jeździłam bez celu. Koło parku, zauważyłam jego zgarbioną postać, snującą się w ten szary, ponury dzień. Wysiadłam, chciałam podejść ale dostrzegłam, że przysiadł i schował twarz w dłoniach. I dotarło do mnie, że on boi się bardziej, niż ja.

W izolatce zrobiło się głośno i nerwowo. Lekarze, pielęgniarki. Zerwała się z krzesła i pobiegła tam. Mała patrzyła w jeden punkt. - Mamo, puka słyszysz? Otwórz jej.
Patrzyła na drzwi, zza których dobiegał tylko dla niej słyszalny dźwięk.
- Mamo, już czas. Otwórz jej, proszę. To ona. Śmierć.

smierc

 

Moje dziecko ma dziecko

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do ośrodka dla Samotnych Matek, moim zamiarem było przygotowanie ogólnego reportażu. I wtedy, spotkałam  Gosię. Co ją odróżniało, od reszty zamieszkujących tam kobiet?
– Niech pani poczeka jeszcze chwileczkę, ja tylko Kubusia przewinę i już będziemy mogły porozmawiać.

Patrzę jak starannie i spokojnie, przebiera synka. Jest cierpliwa i opanowana. Zauważam chyba tylko lekki niepokój.

– Dopiero się uczę, czasem to nawet jakby się go boję – przerywa i patrzy w oczy dziecka. Mały spokojnie zasypia, a Gosia siada naprzeciw i sama zaczyna opowiadać.
– 15 lat  miałam skończone, gdy do łóżka zaczęliśmy chodzić. Nie, nie zmuszał mnie, choć starszy był o pięć  lat. Rodzice to wie pani,  ojciec po robocie z kumplami pił, a matka nas w sumie siedmioro miała, to i  zmęczona była ciągle. Chyba się cieszyła, jak mnie i części mojego trochę starszego rodzeństwa, nie było w domu. Czasem ojciec się darł, jak ze szkoły ze skargami  dzwonili, no że oceny złe, że wagary, że jakiś chłopak spoza szkoły mnie odbiera.  Ale powrzeszczał chwilę jak się spił i tyle. Zabezpieczaliśmy się. Na początku. Tylko  Rafał mówił, że tak nie chce, że przecież się kochamy, że jak coś to chyba zna sposoby. Żeby no wie pani, pozbyć się. Nie myślałam o tym, co będzie, bo było fajnie. Na imprezy chodziliśmy. Mówił, że zamieszkamy razem, telefon mi kupił. Jak mi się okres spóźnił, to jakoś tak mnie to obeszło. Bo ja w sumie, aż tak chyba regularnie nie miesiączkowałam.

Siedzę, lekko wbita w szary fotel. Wciąż słucham jej i jednocześnie, usiłuję zapanować nad tymi „chyba” w mojej głowie. Dużo ich, za dużo jak na takiego dzieciaka.
– Po dwóch miesiącach, gdy nadal nie miałam miesiączki, powiedziałam mu. Zaczął panikować, darł się coś, że prokurator jakiś, że go posadzi. Obiecywał, że pomoże, że coś wymyśli. I tyle go widziałam. Podobno w Anglii jest – przerywa na chwilę i zagląda do łóżeczka.

– Ja to  zawsze taka chuda byłam jak teraz, dlatego  szczerze to do siódmego miesiąca mało co było widać . Później, to takie większe bluzy po bracie nosiłam.
– Zaraz, to ty nikomu nie powiedziałaś?
– Nie no, powiedziałam przyjaciółce. I ona wymyśliła, że jak się zacznie to do piwnicy takiej pójdziemy i ona mi pomoże urodzić. A potem, pod kościół czy gdzieś położymy, to ktoś weźmie. Tylko, że w domu się w nocy zaczęło. Te wody mi odeszły, czy jakoś tak, matka narobiła rabanu, pogotowie i wszystko się wydało. Ja od razu mówiłam, że tego dziecka nie chcę! Nie mam kasy ani warunków żeby je utrzymać jakoś!  Tylko, że to nie było moje jedyne zmartwienie. Nie wiem skąd i po co ta policja, jakaś kobieta z Opieki?  Poród był koszmarny, bolało, mały nie chciał chyba wyjść. Jak przez mgłę pamiętam, takie strzępki rozmów. Ta pani z Opieki mówiła, że mi pomogą, że znajdą dom dla takich jak ja, jeśli oczywiście chcę dziecko wychować.
– A ty przecież, nie chciałaś?
– Tak mi się wydawało, ale… jak mi Kubusia pokazała taka fajna pielęgniarka to… nie wiem, dziwnie mi się zrobiło. Płakałam, tak mnie w środku coś dławiło i dusiło. Śniło mi się, że Kubie się krzywda dzieje, że płacze, a ja nie mogę go dotknąć.  No i prosiłam, żeby ta Pani z Opieki mi wytłumaczyła, co się stało i żeby mi powiedziała, co robić.

W domu mnie nie chcieli i tyle, nie chcę o tym gadać, ok? Nie chcą nas to nie, poradzimy sobie sami! – przerywa i ponownie  patrzy z czułością, na śpiące maleństwo. – Wie Pani, tu jest serio dobrze. Kończę szkołę  i Siostry są miłe. Bardzo wielu rzeczy mnie nauczyły. Nie myślę aż tak o przyszłości. Dlaczego? Bo się zwyczajnie jej boję, ale wiem, że syna sobie odebrać nie dam! Nigdy tak nikogo nie kochałam i zrobię wszystko żeby był szczęśliwy. Będę dobrą mamą!
– Już jesteś – wstaję i mocno ją przytulam. Rozmawiam jeszcze chwilę z Dyrektorem Domu. Głównie o tym, że ciągle czegoś im brak i na coś brakuje pieniędzy. I o tym, że na trzydzieści dziewczyn takich jak Gośka, mogą przyjąć zaledwie cztery.

Wychodzę i wykonuję telefon. Do innego domu. Kiedy tam dojeżdżam, wita mnie uśmiechnięty mężczyzna około czterdziestki. Dom jest duży i piękny, z ogrodem. Stoją przed nim dwa auta. Wchodzimy do środka. Witam się z panią domu i uśmiecham do ślicznej, półrocznej dziewczynki. Herbata, chwila luźniejszej rozmowy.
– Pewnie panią dziwi, że sami zadzwoniliśmy. Dyrektor Domu Samotnej Matki wspomniał, że będzie pani robiła tam reportaż i… pomyśleliśmy, że może dobrze byłoby napisać o dwóch stronach niby tej samej sytuacji. Ponieważ nasza Asia, nie jest taka jak te dziewczyny z ośrodka.
– Jest gorsza!  – głos pani domu i babci małej Amelki przeszył mnie tak, że na moment zamarłam.
– Nie patrz tak na mnie, dobrze wiesz, że mam rację! Tamte dziewczyny najczęściej pochodzą z domów patologicznych, mają bardzo ciężką sytuację materialną. Ich rodzice piją, bądź nie żyją. A u nas? Przecież nasza cudowna córka miała wszystko! Mamy firmę, zatrudniamy masę ludzi, mamy jeszcze jeden dom, na Mazurach. Wiem co mogłaby pani pomyśleć, że to rozpieszczona gówniara, która robiła co chciała. Ganiający za pieniędzmi rodzice, nie mieli dla niej czasu. Nic bardziej mylnego. Zawsze jadaliśmy, chociaż jeden wspólny posiłek dziennie, żeby móc porozmawiać spokojnie. Chodziłam na wszystkie wywiadówki, miałyśmy fantastyczny kontakt. Aśka świetnie się uczyła, była lubiana. Nie sprawiała nam kłopotów. I gdy powiedziała nam o tej ciąży, to mimo przerażenia, bo przecież to  druga klasa liceum dopiero, to i tak nie myśleliśmy o niej źle. Od razu, co  chyba naturalne w normalnej i kochającej się rodzinie, zaoferowaliśmy pomoc.  Nawet nie naciskałam w kwestii tego chłopaka, ojca dziecka. Tylko moja córka, rozumie to pani?!… moja córka, którą wydawałoby się wychowaliśmy  na dobrego, porządnego człowieka, przyszła do nas z gotowym, zimnym, wręcz bestialskim planem!
– Kochanie, chyba trochę przesadzasz!
– Przesadzam?! Kpisz sobie ze mnie?! Przyszła i ostentacyjnie zażądała pieniędzy na aborcję! Gdy usiłowałam jej tłumaczyć, że pomożemy, że nie ona pierwsza, to śmiała mi się w twarz. Mówiła, że nie ma zamiaru paprać się w pieluchach i zawracać sobie głowy niechcianym bachorem! No niech pani popatrzy na Amelię! Potrafiłaby pani tak o niej pomyśleć, o tym niczego niewinnym dziecku?!
Zaczyna płakać i  przerywa. „Dziadek – tata” małej wstaje i łapie ją za dłoń, uspokaja.
– Gdzie jest Asia, wasza córka, mama Amelki?
– Na imprezie. Wraca, kąpie się, słyszę jak świergocze do telefonu. Gdy do niej zaglądam i zaczynam coś opowiadać o dziecku, zamyka mi usta krótkim: „To wasze. Ja jej nigdy nie chciałam i nie chcę. Mam inne plany na przyszłość i nie ma tam miejsca na tego dzieciaka.” Dlatego proszę, niech jej pani nie nazywa matką!

Wstaje, zabiera dziewczynkę z łóżeczka i wychodzi z salonu. Niezręczna cisza, wkładam do torby dyktafon.
– Ja wierzę, że Asia, że moja córka…Myśli pani, że to możliwe? Co my powiemy Melce jak dorośnie? – chowa twarz w dłoniach.

Miałam 20 lat, gdy urodziłam mojego syna. Czy to był ten odpowiedni wiek? Patrząc z perspektywy czasu, na to co usłyszałam trzy miesiące po jego przyjściu na świat, nie wiem. Miałam kochającą rodzinę, a Patryk był oczekiwanym dzieckiem, chcianym, kochanym. Ale mimo to, po diagnozie miałam ochotę uciec. Raz nawet przeszło mi przez myśl, że może ktoś bardziej odpowiedzialny zajmie się nim lepiej. Bywały momenty, że zostawiałam go płaczącego i wychodziłam, a Patrykiem zajmowała się moja  mama. Nie rozumiałam co robię źle i dlaczego on ciągle krzyczy. Myślałam, że to moja wina, bo za szybko zdecydowałam się na macierzyństwo, a miałam dwadzieścia lat. Gosia,  Asia oraz inne dziewczyny z podobnymi historiami, gdy zostały matkami, miały tyle lat, ile teraz ma mój syn.

Rocznie w Polsce około dwudziestu tysięcy niepełnoletnich dziewcząt dowiaduje się, że zostaną mamami. Dwadzieścia tysięcy dzieci, które noszą w sobie drugie istnienie.

Tekst ukazał się na Portalu http://ogarniecirodzice.pl/

ciąża

Nieobecni…

Drzwi otwiera mi młoda, szczupła kobieta i zaprasza do środka. Dom jest nieduży ale piękny. Jasne okna, ze smakiem urządzone wnętrze. Siadamy na kanapie, na komodzie obok stoi zdjęcie. – Tak, to Asia – odpowiada na moje nieme pytanie – W ubiegłym roku, na wakacjach. Naszych ostatnich, wspólnych wakacjach. Przyglądam się jej przez krótką chwilę. Ubrana na czarno, drżące dłonie, na twarzy wyraźny brak snu, lekko zgarbiona. Jak zawsze, nie zadaję pytań, tylko cierpliwie czekam. - Asia jest naszym jedynym dzieckiem. Przepraszam, była jedynym, tak ciężko mi się przestawić, choć minęło już ponad pół roku. Niczego nie zauważyłam. Często gdy przychodziłam na jej grób to nie płakałam, tylko analizowałam. Gdzie popełniliśmy błąd, bo przecież miała wszystko. Zarabiamy dość dobrze, stać nas na wiele rzeczy. W domu był spokój, wspólne wyjazdy, obiady przy jednym stole. Gdy znalazłam ją wtedy wiszącą w łazience, to w pierwszej chwili pomyślałam, że to nie nasza córka. Przecież jeszcze rano przy śniadaniu śmiała się w głos. Dopiero gdy tydzień temu, jedyna przyjaciółka naszej córki tu przyszła…Ja nawet nie wiedziałam, że Asia taką miała. Zawsze wydawało mi się, że dużo się uczyła, miała dobry kontakt ze swoją klasą, że była lubiana. Nie sprawiała nam problemów, dużo czytała, była grzeczna, kulturalna. Ta jej koleżanka przyniosła nam pamiętnik. Czytałam go już kilkanaście razy i nadal nie mogę tego zrozumieć, uwierzyć. Nic nie zauważyliśmy. Może tylko to, że była taka cicha i skryta. Do głowy by mi nie przyszło, że faszerowała się lekami uspokajającymi. Nigdy nie powiedziała nam, że klasa jej nie znosiła, że ją szykanowali, że bała się chodzić do szkoły. Znalazła jakieś forum dla ” takich jak ona”. Ktoś podał jej nazwę ” cudownych” leków, ktoś inny podpowiedział jak je zdobyć. Pisała o tym jak bardzo jej pomagają, jak wdzięczna jest człowiekowi które je dostarcza, że zawdzięcza mu życie. Boże! Jakie życie, jak nie ma jej z nami i już nigdy nie będzie?! Ostatnie kartki były tylko szarpaniną słów, błaganiem nie wiadomo kogo o pomoc. Pisała, że tamten ktoś zniknął, a ona nie wie jak zdobyć tabletki. Pisała, że dłużej tego nie wytrzyma, że czuje fizyczny ból, że ma koszmary i omamy wzrokowe. Na ostatniej stronie zeszytu, jest wpis ” pójdę tam, gdzie noc nie przychodzi nigdy, a strach i ból nie istnieją”. Wróciłam tego dnia trochę wcześniej, był wtorek a w czwartek Asia miała mieć czternaste urodziny. Chciałam coś zaplanować, coś przygotować. Weszłam do łazienki żeby się przebrać – przerwała nagle, wstała i skinieniem głowy poprosiła, bym poszła za nią. Otworzyła drzwi, weszłyśmy tam niemal jednocześnie. Podniosła dłoń i wyszeptała – Tu wisiała. Twarzą zwróconą do mnie -  zachwiało nią i pomogłam jej usiąść na brzegu wanny. Złapała moją dłoń, rozpłakała się. Ja zrobiłam to samo, już po opuszczeniu jej domu.

Matka Marka, spotkała się ze mną w parku. Usiadłyśmy na ławce, alejką przechadzała się młodzież, rodziny z dziećmi. - Ja, to już chyba nigdy tak z synem na spacer nie pójdę. On od ponad roku, żyje w innym świecie. Nawet nie swoim bo to przecież komputerowy, stworzony nie wiadomo przez kogo i po co. Chyba tylko dla zguby i zatracenia. Miewa czasem przerwy, wie pani, wtedy jak organizm już nie wytrzymuje i traci przytomność z odwodnienia i skrajnego wyczerpania. Zabierają go do szpitala, dają kroplówki, później siłą do psychiatryka. Tak, siłą bo sam przecież nie chce. On tam tylko dni liczy do wyjścia, żeby znowu móc ” wrócić do siebie”. Odkąd przyjechał z ostatniego leczenia, już tak blisko tydzień tam siedzi. Nawet fizjologiczne sprawy do wiaderka załatwia. Nie je, prawie nie pije. Kiedy mu coś przyniosę, to w ogóle mnie nie zauważa.  Jego twarz jest jakby nie jego, oczy przekrwione i wpatrzone w ekran monitora. Szkołę zawalił, prawie tam nie chodzi. Czasami krzyczę do niego i błagam, usiłuje go odciągnąć od biurka. Wtedy staję się agresywny, wypycha mnie z pokoju, nie reaguje na walenie do drzwi. To się zaczęło po śmierci mojego męża, wypadek miał, z synem związany był bardzo.  Tak, mam jeszcze córkę, na studiach jest w innym mieście, wstydzi się takiego brata i rzadko przyjeżdża. Sama z tym jestem, bo rodzina twierdzi, że to moja wina, że na zbyt wiele mu pozwalałam. Może mają rację, w żałobie tkwiłam i mało zauważałam. Nawet mnie cieszyło, że Marek ma tam przyjaciół, no w tym wirtualnym świecie, że może go zrozumieją, pomogą.  Nie przyszło mi do głowy, że to tak się może skończyć. Dopiero teraz do mnie dociera, że rok temu w wypadku straciłam nie tylko męża. Czuję się tak, jakby mój syn też  umarł. Przestaje mówić i pyta, czy chcę go zobaczyć. Wchodzimy do maleńkiego, skromnego mieszkania. Drzwi do jego pokoju są otwarte. Widzę postać, skrajnie wychudzonego chłopca, w samej bieliźnie. Siedzi na podłodze, przed nim laptop. Nie zauważa mojej obecności, choć siadam naprzeciw niego. Na ekranie monitora biegają strzelające do siebie postacie. Pytam go, co to za gra ale w ogóle nie reaguje. Jakby go tak nie było.  Matka odwraca się i wychodzi do kuchni. Zza ściany dobiega do mnie jej szloch.

Domi zaczepiam na forum. Specjalnym, dla dziewczyn uzależnionych od markowej odzieży. Zgadza się na rozmowę ale zastrzega, że nie poda prawdziwego imienia, tylko pseudonim. Bardzo chętnie opowiada o tym, jak zdobywa pieniądze na drogie ubrania czy dodatki. – Najgorzej było pierwszy raz, no wie pani, żeby to zrobić. Do samochodu mnie wziął, rozpiął rozporek a ja zamknęłam oczy i jakoś poszło. Opłacało się jak cholera! Matka by mi nigdy na taką drogą torebkę nie dała! Czy się bałam? No, może trochę ale gdy mu to robiłam to myślałam o tym, jak jutro w budzie, laski na widok mojego nowego zakupu będą gryzły paznokcie z zazdrości. Jestem z dużego miasta, w klasie myślą, że mój stary jest dyrektorem banku, więc się nie dziwią, skąd mam takie drogie rzeczy. Raz się nauczycielka przyczepiła, to jej nakłamałam, że mam bogatą ciotkę za granicą i przestała wypytywać. Moi rodzice pracują ale zarabiają mało. I jeszcze mam chorego brata i wszystko na niego idzie. A ja za nic na świecie nie chcę i nie  będę gorsza! Przecież nie robię niczego złego, przysługa za przysługę. Ja mu dobrze, on mi wskazany ciuch czy telefon. Zresztą mam już 15 lat. Niektóre w tym wieku dzieci rodzą ale spoko, ja taka głupia nie jestem, zabezpieczam się. Pytam ją, jakie ma marzenia. Odpowiada, że najnowszy model iphona i ze śmiechem dodaje, że musiałaby chyba jakiegoś ministra przelecieć, żeby jej taki sprezentował. Pytam o plany na przyszłość i słyszę, że jutro ma zamiar upolować gościa który tylko za  „loda” kupuje rzeczy nawet do 500 zł. Nie daję za wygraną i sugeruje odleglejszy czas, szkołę, studia.
- Upierdliwa się pani robi trochę. Przyszłość? Studia?! Chyba pani żartuje!  Jak sobie „zapracuje” na więcej dobrych ciuchów, to się wkręcę na branżową imprezę z bogaczami.  I złapie jednego na dzieciaka, no wie pani, na ciąże. Ustawie się na całe życie, bo na pewno nie będę biedować jak moi starzy.

Adam ma 16 lat. Trochę ryzykując, zaczepiam go, gdy stoi pod sklepem. Tłumaczę kim jestem i o czym chcę napisać. Słyszę, że jak mu odpalę na wino to ze mną pogada. Mówię, że niestety nie mogę. Mam syna w jego wieku, nie chciałabym żeby mu ktoś ” odpalał na wino” , tym bardziej, że jest bardzo chory. Patrzy na mnie i mówi, że przyjdzie tu jutro po jedenastej, teraz nie ma czasu.
Wracam nazajutrz, pytam czy mnie pamięta. Uśmiecha się z niedowierzaniem, że jednak przyszłam. Siadamy na schodach, z tyłu małej przychodni.
- Piję już 5 lat. Tak, nie przesłyszałaś się. Miałem około jedenastu jak mnie ojciec pierwszy raz poczęstował. Matka się ze mnie śmiała do kumpli, że zuch jestem, bo prawie pół litra wydoiłem i tylko raz rzygałem. Nas w domu, rodzeństwa, było sześcioro ale tylko  ja z siostrą zostałem. Resztę maluchów do domu dziecka opieka zabrała, jak ojca zadźgali. No normalnie, nożem. Pił gdzieś z jakimiś kolesiami, pokłócili się o coś i go sprzątnęli. Matka mówi, że dobrze, że choć ja zostałem, bo pić ma z kim. Szkoła? Chodzę i to bardzo chętnie bo zawsze tam jakiegoś dzieciaka skroję. Nie, nie biję, nie muszę. Jak mnie widzą, to sami mi oddają co mają – uśmiecha się ironicznie, choć w oczach dostrzegam smutek. Miałem dziewczynę, niedawno. Nawet chciałem się dla niej zmienić ale z dobrego domu była. Jej ojciec mnie znalazł i zapłacił pięć stów żebym jej spokój dał. Kurcze, chlaliśmy tydzień bez przerwy, piękny czas to był. No co tak patrzysz? Piękny, bo pijesz i nic nie pamiętasz, nic nie czujesz. Nie myślisz o tym, że po twoim domu biegają karaluchy, że za ścianą jakiś menel obraca twoją matkę, a ty znowu musisz iść skroić parę bachorów, żeby móc choć na chwilę odpłynąć. Leczyć się, wyrwać mówisz? Jeśli kiedykolwiek uda mi się z tym skończyć, to tylko w jeden sposób. Czasem jak za dużo wypiłem, to widziałem moją babcię. Jak przez mgłę ją pamiętam, dzieciak byłem jak umarła. I widzę ją czasem i takie ciepło czuję. Ona dobra była, jeść nam dawała, czytała bajki. Jak z tym skończę, to położę głowę na jej kolanach i będę słuchał jej głosu już na zawsze, rozumiesz?

Wczoraj w Klinice Mukowiscydozy  zostawiłam syna. On też jest uzależniony. Od leków, od tlenu w rurce, od sączących się kroplówek, od czterech ścian szpitalnej izolatki. Ktoś powie, że bredzę, bo przecież  uzależnienie jest winą choroby a nie jego.

Kto więc jest winny  za uzależnienia  Asi, Marka, Domi, Adama i innych dzieciaków?…

Rozejrzyj się dokładnie, bo może właśnie umyka ci fakt, że w twojej rodzinie nie wszyscy są „obecni”…

” To nie są ludzie…”

Przekraczając próg tego ogromnego, zimnego budynku i słysząc szczęk zamykanych, ciężkich drzwi, poczułam niesamowity lęk. Moja jasna i racjonalna świadomość mówiła mi, że jestem tu tylko na kilka chwil, w pracy. Mimo to, gdy nagle  wokół widzisz tylko ciężkie kraty i uzbrojonych strażników, strach robi swoje.  Dlatego swój pierwszy krok zrobiłam w tył i usłyszałam, że tak reaguje każdy „normalny”, kto tu bywa z jakichś tam przyczyn, tylko na chwilę. W głowie od razu pojawiła się myśl, kto i co decyduje o normalności człowieka.

Weszliśmy do dość ponurej, niewielkiej salki. Przeszukano mnie ponownie, zadano kilka pytań, podpisałam kilka formularzy, sprawdzono mi sprzęt i kazano czekać. Patrzyłam na kawałek świata za  maleńkim oknem, gdy weszła pierwsza moja rozmówczyni. Podałam jej dłoń a ona nic nie mówiąc, spojrzała  na mnie jakby oburzona. - Te ręce zabiły dwoje dzieci, ty nie wiesz?! I nie, nie żałuje bo pewnie o to chciałaś zapytać.
Jej oczy były martwe. Wpatrzone we mnie ale bez oznak jakichkolwiek uczuć.
- Chciałam się przedstawić, po prostu, bez głębszych filozofii – odparłam i ponownie wyciągnęłam rękę. Przyglądała mi się  przez chwilę i w końcu, podała swoją. Jej uścisk był mocny ale niepewny.
- Nie zadawaj mi pytań. Sama powiem tyle, ile będę chciała. Ojciec i matka pili odkąd pamiętam. Pili, bili, w domu wieczna melina. Jak jego poznałam, to myślałam, że wiesz Boga za nogi złapałam. I owszem trzymałam, tyle że Diabła za kopyta. Był ode mnie starszy, silniejszy i według niego, z prawem do mojego ciała. I to ciało, często używali jego koledzy, za flaszkę albo amfe. Zabrał mnie z piekła, w niekończącą się przepaść. Spadałam bez przerwy, boleśnie obijając się o wąskie ściany. 17 lat miałam skończone jak się okazało, że matką będę. Nienawidziłam tego, co we mnie rosło. Tak „tego” bo lepiej wiesz, nie uczłowieczać. Potem jest łatwiej się tego pozbyć. Próbowaliśmy jakoś sami usunąć. Skakanie po brzuchu, alkohol, dragi ale „to”,  nadal było. Siedziałam w domu, żeby nikt nie zauważył, nie czepiał się potem. Kolegom od flaszki i kreski, brzuch w używaniu mnie, nie przeszkadzał. Nocą zaczęłam rodzić. Nawet, jakoś tak nie bolało. Nie wiem czy w ogóle żyło, bo nie ryczało. Reklamówkę sobie przygotowałam wcześniej. On poszedł z „tym”, zakopać bo ja się źle czułam. Później się na mnie długo wściekał, bo mi się tam paprało i nie mogłam zarabiać.
Przerwała nagle i gdzieś zapatrzyła… Przez moment, wydawało mi się, że jej oczy się zaszkliły.
- W końcu wyzdrowiałam, życie się jakoś toczyło. Nawet się pozmieniało. On zaczął na budowie robić, a ja klatki schodowe sprzątać. Ty wiesz, że mi się wtedy wydawało, że my normalnie możemy żyć? Nawet zasypialiśmy razem. Aż się okazało, że znowu jestem w ciąży i wtedy zrozumiałam, że uczucie oparte na depresji i uzależnieniu, podszyte zbrodnią, nie może być rajem tylko piekłem. I to nie jest tak, że on mnie zmuszał. Sama to zrobiłam. Nie żałuję. Nic nie czuję. Nie „To” mi się nie śni.. Nie myślę, kim mogłyby teraz być. Jestem morderczynią. I chcę już iść. Skończyłam z tobą gadać.
Zawołałam strażniczki i chyba nawet chciałam, coś jeszcze powiedzieć ale wyszła szybko, nie oglądając się.

W zasadzie od razu, wprowadzono drugą.  Po czterdziestce, piękna, zadbana kobieta. Przedstawiła się, powiedziała kilka zdań o sobie. Wykształcona, z dobrego domu.
- Zastanawia się pani, co tu robi, ktoś taki jak ja? Mieliśmy z mężem szczęście, dostatnie życie. I ukochanego synka. Miał 10 lat gdy potrącił go pijany kierowca. Śmierć na miejscu. Pogrzeb, sąd, wyrok. Dla mnie to było za mało. Coraz więcej piłam, coraz więcej różnych prochów łykałam. Opętała mnie żądza zemsty. Chciałam, żeby za kratami cierpiał tak, jak ja nad grobem czy pustym łóżkiem mojego dziecka. Dowiedziałam się gdzie mieszkał, że ma żonę i córkę. Rok młodsza od mojego Dawida. Śledziłam ich. Wjechałam w tę małą, rozpędzonym autem, gdy wracała ze szkoły. Zmarła po kilku dniach, w szpitalu. Kiedy przyszła jakaś świadomość, refleksja? Gdy trafiłam tu i pewnej nocy, przyszedł skrawek snu. Mój syn i ta dziewczynka szli, trzymając się za ręce. Gdy go zawołałam, ona mu coś szepnęła. On popatrzył na mnie jak na obcego i powiedział do niej, że to niemożliwe. Jego mama, by nigdy czegoś takiego nie zrobiła. I odeszli… Dopiero wtedy do mnie dotarło, że przecież to dziecko nic nie zawiniło. Zachciało mi się zabawy w Pana Boga, co daje i odbiera. Tylko…ja nie dałam jej życia. Za to odebrałam kilkoro. Jej ojciec niedługo po tym, powiesił się w celi, jej matka jest w zakładzie dla psychicznie chorych, mój mąż jest cieniem człowieka. Swoje życie, też odebrałam. Jestem przecież jak żywy trup. Kraty w oknach, brak możliwości wyjścia, nie są dla mnie karą. Więzieniem jestem ja sama i moje sumienie, które mnie w nim trzyma. Już na zawsze…

Przed rozmową z trzecią kobietą, poprosiłam o chwilę przerwy.  - Nie rozumiem, po co to pani robi? – strażniczka odezwała się nagle – Z całym szacunkiem, ale po co o tych potworach pisać? To nie są ludzie. To więźniarki, morderczynie!
- Tak pani uważa? A my w ogóle mamy prawo, do takich osądów? Każdy z nas ma różne doświadczenia, inne postrzeganie świata, swoje małe lub ogromne dramaty i zawirowania życiowe. Jestem tu, bo często zastanawiam się czy większość tych, którzy nie siedzą w więzieniach, na pewno są ludźmi?
- Coś w tym jest, co pani teraz powiedziała. Przyprowadzę następną.

Starsza pani miała łagodną, miłą twarz. I ciepłe, mądre oczy.   - Zabiłam mojego męża. Wzięłam nóż i biłam nim na oślep. Śledczy powiedział później, że nigdy nie widział tak zmasakrowanego ciała.
- On panią bił, prawda? – zapytałam, patrząc w podłogę.
- Był jak bestia. Jakby mieszkało w nim coś jeszcze, coś złego. Twarz mu się zmieniała i oczy, jakby wpadał w obłąkanie. Zawsze, po alkoholu czyli praktycznie, każdego dnia. Bił wszystkim i gdzie popadło. Krzyczał, upodlał, niszczył rzeczy w domu. Dzieci moczyły się nawet w dzień, ze strachu. Nigdzie po pomoc nie poszłam, bo wie pani jak to na wiosce kiedyś. Chłop ma prawo zrobić z babą wszystko. Zresztą, jego matka twierdziła, że ona też lekko nie miała i jakoś przeżyła. I ja tak jakoś, żyłam. Bardzo długo, zbyt długo. Jak to się stało, to najgorsze? Dzień jak co dzień. Wrócił, nawet  niespecjalnie pijany. To ja byłam jakaś dziwna, osłabiona i obojętna. Gdy podniósł głos o brak obiadu, chwyciłam nóż. Nie planowałam tego. Ręka sama otworzyła szufladę i zadawała ciosy.
I ta obojętność z wtedy, jest ze mną do dziś. Pomieszana z ulgą i radością. Tak, radością bo dzieci są bezpieczne. A i mnie już w końcu, też nic nie grozi. To nie jest dla mnie więzienie. Nie boję się tu zasypiać, jak wcześniej, w domu. Nie boję się kroków, podchodzących do drzwi celi. Tylko jedno mnie napawa lękiem. Co mu powiem, kiedy się spotkamy po mojej śmierci? Czy on mi wybaczy? Chociaż…ja pewnie i tak pójdę do piekła, więc się miniemy.

Zbierałam z biurka swoje rzeczy i chciałam opuścić mury Zakładu Karnego dla kobiet, gdy ponownie zajrzała strażniczka:  - Ta pierwsza, chce jeszcze pani coś powiedzieć, dodać. Bardzo prosiła, wręcz błagała i dyrektor się zgodził.
Usiadła naprzeciw mnie. Ręce jej drżały, a oczy straciły wcześniejszy chłód.
- Nie myśl o mnie źle. Ja nie jestem zła! Ja musiałam tak zrobić. Wiem co myślisz, że mogłam je gdzieś oddać. Nie! Takie dzieci jak ja, jak one, są naznaczone. Miałyby takie samo życie jak moje, a to już lepiej nie żyć. Ja nie zabiłam swoich dzieci, rozumiesz?
Ja je uratowałam…

Wyszłam na zewnątrz.
Na moją twarz padały jasne promienie słońca, a skóra czuła lekki podmuch wiatru.
Myślałam o tym, jak okrutny jest los.
Jak nierówno dzieli.
Jak bez pytania, zabiera to co najcenniejsze.
Jak wkłada w ludzkie dłonie, narzędzia zbrodni.
I jak zapomina przy tym, że to on sam, stworzył taki scenariusz.

Scenariusz, bez możliwości korekty…

wie

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

A. wierzyła uparcie, że miłość i oddanie, uleczy jego zgniłe serce. Za każdym razem, gdy jej głową uderzał o ścianę, zamykała oczy i wmawiała sobie, że to już ostatni raz. Myślała, że przecież to się może zdarzyć każdemu. Miał ciężkie dzieciństwo, matkę i ojca którzy zajmowali się sobą, a nie nim i jego rodzeństwem. Miał więc prawo odreagować na niej.
 A. znajdowała miliony wytłumaczeń. Dla siebie też. Zasługiwała na takie traktowanie, jak nikt inny. Wmawiał jej to od rana do nocy, aż w to uwierzyła.
Urodziła mu chore dziecko, a on miał względem niego sportowe plany.  A dzieciak był  z niewydolnością płuc. Nie umiała zrozumieć,  dlaczego krzyczy i bije. Przecież mówił jej wyraźnie, że jest do niczego, że nie ma mózgu. Chyba nie miała, bo nie umiała pojąć za co obrywa.

Gdy któryś już raz, zmywając z twarzy krew usłyszała, że nie powinna nazywać się matką, bo w domu bieda. Ona zamiast pracować, skakała tylko  koło wiecznie duszącego się bachora, a on nie miał  przez to na siłownie. I jeszcze  musi ją zdradzać bo się jej brzydzi, a ma swoje potrzeby…W A. coś pękło. Dotarło do niej, że jest tak jak on mówił. Wmawiał jej słownie i ręcznie.

Spakowała dzieci i oddała bez wyjaśnień, swoim rodzicom. Usiadła w kącie znienawidzonego mieszkania. Popijając winem, kolejne kolorowe tabletki – przepustki – do złudnej wolności, wmawiała sobie, że tak będzie lepiej. Rodzice zajmą się skrzywdzonymi przez nią, w jej mniemaniu  dziećmi, a ona w końcu nie będzie musiała się bać. Nie o siebie… O to, że on w końcu sięgnie po nie.

Gdy oddech A. stawał się coraz płytszy, serce zwalniało rytm, ręce i nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, ze ściany spadła ramka ze zdjęciem  dzieci i roztrzaskała się o zimną posadzkę. A. ostatkiem, sił doczołgała się do telefonu…

Dziś A. walczy o córkę, zamkniętą w szpitalu dla chorych dusz. Jednak okazała się nie najgorszą i w ogóle matką, zauważyła na czas i niebawem, razem wrócą do domu.

Gdybyś kiedyś pomyślał, że garść kolorowych drażetek, sznurek czy ostra żyletka to bramy do raju, a z twojej ściany nie spadnie na czas ramka ze zdjęciem. Zadzwoń tam, gdzie po drugiej stronie słuchawki ktoś na ciebie czeka. Poda ci rękę i sprowadzi z nad przepaści, bezpieczną ścieżką…

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.

A. siada teraz często nad rzeką i jej oddaje swoje łzy. Możesz usiąść obok niej…

A kiedy zaświeci księżyc…

Zanim odważyłam się wejść, jeździłam tam przez  tydzień.  Chodziłam na około,  podchodziłam do drzwi i odpuszczałam.
Dlaczego w ogóle, zdecydowałam się tam  być?

Budynek jest nieduży, kolorowy, zadbany. Wewnątrz jest kilka łóżek, a w nich one – mniejsze lub większe istnienia.
Przechodzę korytarzem, boję się nawet patrzeć. Znalazłam krzesło i usiłuje się uspokoić, zebrać myśli. Obok mnie siada dziewczynka, ma ze sobą stojak z kroplówką, uśmiecha się i pyta skąd mam taki ładny tatuaż. Opowiadam jej, jak się znalazł na moim barku i dlaczego akurat jest to słonecznik. Rozmawiamy, i pyta mnie czy mam dzieci i czym się zajmuje. Ma około 12 lat, bardzo szczupłe dłonie, chustkę na głowie, piękną choć zmęczoną twarz.
- A ja mam raka. Już bardzo długo go mam, i jest  coraz gorzej i nic już nie pomaga. Mama i tata pracują, dom mamy ciasny i nie możemy mieć pielęgniarki na stałe. I ciocia przywiozła mnie tu. Tu jest dobrze proszę pani, tu tak nie boli, bo jeśli tylko zaczyna, to od razu dostaje leki i nic nie czuję. Panie pielęgniarki i pan doktor są dla nas mili, są kochani i pomocni, nigdy się nie denerwują. Tylko czasem słyszę jak płaczą gdy, no wie pani co? Bo my tu później, umieramy. Niech pani się nie smuci. Tu się dobrze umiera. Jest spokój i cisza i wszyscy o nas dbają. O to, żebyśmy nic złego nie czuli. Też bym chciała, taki tatuaż ale pewnie już nie zdążę…

Przychodzi pielęgniarka, zabiera dziewczynkę a ja spotykam się z jej mamą.  - Zgodziłam się na tę rozmowę, bo wiem, że pani mnie zrozumie. Sama ma pani syna, śmiertelnie chorego, czytałam. I nie chodzi o nas, o naszą historię, tylko o to miejsce. O to, żeby jak najwięcej ludzi zrozumiało, jak bardzo są one potrzebne. Amelia to nasze jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Zaczęła słabnąć, krwotoki z nosa, spadek wagi. Badania, szukanie przyczyn. Diagnoza była szybka i bolesna, jak nóż wbijany bez ostrzeżenia. Chemie, leki ściągane z Niemiec, miliony różnych szpitali a nawet znachorów. To jedna, z najcięższych odmian nowotworów. Przychodzi żeby zabrać, zabić, nie daje szans. Czasem myślę, że ma jakąś postać, taką namacalną?  Jak człowiek, rozumie pani? Okrutny ktoś, kogo bawi cierpienie jej i nasze. Mówię bez sensu, przepraszam. W domu ciasno, nie ma warunków, my pracujemy bo kredyty, bo życie. Ktoś nam powiedział o tym miejscu. Zdenerwowałam się tym, byłam wściekła. Krzyczałam, że to niedorzeczność, bo przecież hospicjum to śmierć a nasza mała żyję…Było coraz gorzej, ona tak się męczyła. Zanim dojechała karetka, zanim ktoś mógł jej pomóc, przechodziła piekło bólu. Przyjechaliśmy tu trzy tygodnie temu, od razu chciała tu zostać. Nie wiem, może czuła, że za ścianą leżą takie dzieci jak ona, często młodsze a tak cholernie odważne. Kiedy tylko coś złego się dzieje, pomoc jest błyskawiczna. Widzimy, że tu nikt nie pozwoli jej  dodatkowo cierpieć, że tu nigdy nie będzie sama. Nawet gdybyśmy my, nie zdążyli dojechać kiedy… wie pani kiedy… – przerwała nagle i zapytała, co trzymam w ręku. Odpowiedziałam, że wypis ze szpitala mojej córki, bo  nie zdążyłam wcześniej odebrać. Uśmiechnęła się lekko. – Z tego szpitala, też dostaje się w końcu wypis. Tylko już nie do domu. Stąd, któregoś dnia, ja i mój mąż wrócimy sami… Mówię jej , że mam prośbę. Będę tu za dwa dni i chciałabym dla jej córki przynieść tatuaż. Taki zmywalny ale słonecznik, bo wiem że taki by chciała. Uśmiecha się ciepło i zgadza się.

Wstaję i chcę wyjść ale  zza otwartych drzwi, wychyla się  mała łysa główka i zaprasza do siebie. Wkłada mi w dłoń żółtą krędkę.
- Ja dokończę niebo i gwiazdy a ty narysujesz księżyc- słyszę, bez zbędnych ceregieli. Zaczynamy rysować. Mówi mi, że ma całe 8 lat ale żebym nie myślała sobie, że jest dzieckiem. Wie dużo o historii, polityce, najwięcej jednak o astronomii. Chłonę jego słowa i uśmiechnięte oczy.
- Tylko ten księżyc proszę, musi być bardzo duży i jasny. Będę na nim mieszkał, wiesz? Pytałem tatę jak to jest kiedy się umiera, bo zawsze myślałem, że wtedy ludzie krzyczą, ze strachu. A to, nie prawda. Gdy Grzesiu umierał, to nikt nie słyszał, taki był cichutki. I tata mi powiedział, że wtedy zaświeci ogromny księżyc, otworzy się okno i będę mógł na niego polecieć…

Wracam po trzech dniach, bo stan zdrowia mojej córki nie pozwolił być tu w terminie. Ściskam w ręku wodny tatuaż. Wchodzę do jej sali, widzę jak bardzo osłabła. Cieszy się na mój widok. Podciągam jej rękaw, słonecznik już kwitnie. Zostawiam ich samych, bo są rodzice i chyba babcia Amelki. Pytam lekarza ale jego oczy, odpowiadają  mi same, bez niepotrzebnych  słów…        Przechodzę obok pokoju chłopca z księżyca. Otwarte okno i puste łóżko…

Zdecydowałam się tam pójść, bo kiedyś usłyszałam, że to miejsce pozwoli mi w pełni zrozumieć i oswoić lęk. Lęk przed  podróżą mojego syna, gdy przyjdzie ten czas, by narysować księżyc… Przebywanie tam, pozwoliło też nabrać mi  pewności, że nie muszę  być z tym sama. Nauczyło jeszcze większego szacunku do każdego dnia, minuty, sekundy. Sprawiło, że uśmiecham się jeszcze intensywniej do ludzi, jeszcze bardziej kocham, jeszcze mocniej doceniam to co mam.

A gdy przychodzi noc, wychodzę czasami na zewnątrz, patrzę w jasną, ogromną tarcze na niebie. I może kiedyś, odważę się Mu pomachać…

http://pomozbudowac.pl/ 
okno

 

 

Długa droga do domu…

Drzwi do sal wyglądają, jak te w kajutach. Mają okrągłe szyby, żeby stale móc obserwować.
Obserwować pacjentów, ze szpitala dla chorych dusz. Mają od dziewięciu do siedemnastu lat.
Na ich rękach, udach czy innych częściach ciała, wyryty jest strach i ból.
Ich twarze i oczy mówią wiele, a ściany pokoi w których żyją opowiadają straszne historie.

Sylwia ma 17 lat, od pięciu zmaga się z anoreksją i uzależnieniem od leków przeciwbólowych.     - Ma pani rację, z tymi drzwiami, bo to miejsce jest trochę jak okręt. Okręt na morzu, którym bez przerwy targa sztorm. Nie pamiętam kiedy to się zaczęło, czasem to mi się wydaję, że taka się urodziłam. Chciałam być jak  jedna moja koleżanka, wie pani idealna. Piękna, szczupła, popularna. Cieszyłam się jak głupia kiedy schudłam pierwsze pięć kilo i chciałam więcej, szybciej. Ciągle było mi mało, ciągle mi coś odstawało, było za dużo. Kiedy pojawiły się bóle głowy i żołądka, ratowałam się lekami. Ratowałam, jak to teraz śmiesznie zabrzmiało, bo tak na prawdę, staczałam się tym w jeszcze głębszą otchłań. Tak, mam rodziców. Mamę i ojczyma. Dlaczego mimo to mieszkam z babcią? Ojczym mnie…No wie pani – chowa na moment twarz i zaczyna ciężej oddychać. Pytam czy komuś powiedziała. – Komu? Matka by mi i tak nie uwierzyła, bo uważa mnie za wariatkę, córka z psychiatryka to nie jest powód do dumy. Mówi, że to nie jej wina i powinnam sama sobie poradzić, bo sama w to wdepnęłam. A babcia jest dobra, łagodna, tylko nie umie mi pomóc. Nic nie wie o mojej chorobie, po prostu co jakiś czas oddaje mnie tu. Tak, chciałabym jakoś z tego wyjść, normalnie żyć, tylko problem w tym, że ja już nie pamiętam co to normalne życie. A może, nigdy go nie miałam?- milknie i patrzy w okno, w którym kraty zamiast firan.

- Jutro wychodzisz, cieszysz się pewnie?- pytam Marysie, szesnastolatkę po próbie samobójczej. Była tu ponad miesiąc, pakuje do walizki mnóstwo rzeczy. Ubrania, zdjęcia i książki, ponieważ jest tu też szkoła. Siada w końcu, patrzy mi prosto w oczy, zaczynają jej drżeć dłonie. - Gdy mnie tu przywieźli,  po połknięciu dużej ilości leków, krzyczałam, że nie chcę tu być. Wydawało mi się, że to jakieś piekło. Pełno dzieciaków snujących się po korytarzach, lekarzy zadających miliony pytań. Kamery, kontrole, pasy przy łóżku ” na wszelki wypadek”. Nie jadłam, buntowałam się, z nikim nie rozmawiałam, byłam wściekła na matkę, która mnie tu oddała. Chciałam uciec, wciąż planowałam jak mogłabym ponownie, coś sobie zrobić. Dlaczego? Kiedyś myślałam, że przez chłopaka, później odkryłam, że przez znajomych, potem  dołożyłam brak kontaktu z ojcem, który nas zostawił i jeszcze to, że…Moi rówieśnicy mają pieniądze, normalne domy a ja zawsze czułam się inna, gorsza. Z biegiem czasu, zaczęłam akceptować to miejsce, nawet byłam matce wdzięczna, że mnie tu zostawiła. Byłam tu bezpieczna, wie pani, wśród swoich – przerywa i zaczyna płakać. Pytam co się dzieje i czy zawołać lekarza. – Nie, ja po prostu zrozumiałam, że nie chcę jeszcze stąd wyjść. Boję się, świata poza murami szpitala. Pewnie, niedługo znowu tu trafie, prawda?

Gdy przyglądam się Arkowi, to pierwsza myśl jaka przelatuje przez moją głowę jest taka, że chyba się ktoś bardzo pomylił. Pogodny, dusza towarzystwa, uwielbiany, buzia mu się nie zamyka.   - Dobry jestem aktor prawda? Nawet pani się nabrała – uśmiecha się dość bezczelnie. – Wszystkich tak nabierałem. Rodziców, znajomych, nauczycieli. Grzeczny byłem, oceny świetne, nie kłamałem, nie uciekałem. A nocami, gdy już mogłem zdjąć maskę – przerywa i podciąga nogawki spodni. Czuję, że na moment przestałam oddychać. Nie chcę ale patrzę. Rany są różne, niektóre głębokie, duże, niektóre lżejsze. Jest ich mnóstwo, stare i świeże. – To były jedyne momenty, gdy ból fizyczny zagłuszał ten gorszy, w głowie. Trzy lata temu, brat mojej matki, zabierał mnie do siebie, sklejać modele. Najpierw myślałem, że on się wygłupia ale gdy przy tym co  kazał mi  robić, strzelił kilka fotek…  Zaczął szantażować, że pokażę kolegom, że jestem gejem. Nie byłem, nie jestem, zresztą już pewnie nigdy nie pozwolę się nikomu dotknąć, nawet dziewczynie. Gdy sprawa wyszła na jaw, to pomyślałem, że to koniec mojego koszmaru. A ten, po rozprawie sądowej się dopiero zaczął. Ciągle to czuje, widzę, wciąż o tym myślę. I biorę nożyczki, nóż, cokolwiek, co  choć na chwilę pozwoli zagłuszyć tamten wstręt i  zabierze obrazy tamtych dni. Gdy wyjdę, nadal będę to robił, wiem o tym doskonale. Może kiedyś się uda z tym skończyć. A może będzie jeszcze gorzej. Myśli pani, że może być coś jeszcze gorszego?

Daria ma 13 lat. Krzyczy każdej nocy. Gdy tylko robi się ciemno, jej lęk zaczyna w niej rosnąć. Przestały pomagać włączone lampy. Usilnie walczy ze zmęczeniem, coraz szerzej otwierając oczy, żeby tylko nie zasnąć. Przegrywa, zasypia i budzi się przerażona. Biegną do niej pielęgniarki i lekarz. Daria dusi się, jest biała ze strachu, nie słyszy tego co się do niej mówi, jej ciałem po całym łóżku rzucają spazmatyczne drgawki, pielęgniarka podtrzymuje jej głowę, doktor usiłuje uspokoić. Ona tego nie wie, jest w samym środku swojego koszmaru, widzi postacie których nie ma, myśli że chcą jej zrobić krzywdę, nie umie się bronić. Trwa to godzinę, czasem dłużej, często kończy się podaniem leków. W dzień jest spokojna, małomówna, wycofana ale lubiana przez grupę. Mówią o niej ” silence” bo bardzo cicho mówi. Pomyślała ostatnio, że jeśli będzie tak szeptać, to  „oni” jej nie usłyszą, uwierzą, że zniknęła i już nie przyjdą do niej w nocy. Marzy o tym, żeby dzień się nigdy nie kończył, to jej największe pragnienie. Ma kochającą rodzinę ale mimo młodego wieku wiele przeszła, zbyt wiele. Śmierć kogoś bardzo bliskiego, ciężka choroba, brak stabilizacji, sprowadziły „ich”.

Wychodzę z budynku, siadam na ławce i myślę. Nie rozumiem, co się stało z tym światem, że muszą istnieć takie miejsca jak to?
Kilkanaście istnień, często bezpowrotnie, złamanych dusz.
A do przyjęcia, czekają kolejne, równie zagubione, poranione.

W uszach wciąż echem odbija się kilka ostatnich zdań, wypowiedzianych przez jednego z tamtych dzieciaków. - Pytała mnie pani, czy daleko mieszkam? Mnie i moich kolegów, wszystkich bez wyjątku, bez względu na miejsce zamieszkania, czeka długa droga do domu. A niektórzy z nas, nigdy tej drogi nie znajdą i nigdy nie wrócą. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?…

Rozumiem.

zdje

Halo?! Czy pani mnie słyszy?!…

Popatrzył na nią smutno ale uśmiechnął mimo wszystko. Wstał i skierował w stronę łazienki. Zdążyła powiedzieć jeszcze, że bardzo go kocha i zaczeka w łóżku, żeby mogli zasnąć razem. Kiedy po chwili biegła w jego stronę, wiedziała już, co się za chwilę wydarzy. Ich dzieci przerażone, modliły się w pokoju obok. Dzwoniła na pogotowie, błagając jednocześnie by wytrzymał. Jego twarz była sina, z ust buchała krew. Ściany, on, jej dłonie, wszystko we krwi. Dusił się na jej oczach, karetki jeszcze nie było. Ona klęczała przed nim, słyszała szloch dobiegający zza ściany i nic nie mogła zrobić.Patrzyła jak się męczy, jak cierpi, jak przeszywa go ból. Patrzyła jak odchodzi… Patrzyłam, bo tak umierał mój mąż. Łukasz, 26 lat. W naszym domu. Wcześniej, przez ponad dwa tygodnie, szukaliśmy miejsca w szpitalu. Bezskutecznie.

Jeden z oddziałów, od lat nieremontowanych, gdzieś w Polsce. W obdrapanej izolatce, z wypadającymi z ram oknami i grzybem w łazience, w potwornych męczarniach umierała Ola. Szpital nie posiadał respiratora, dlatego dwudziestolatka o posturze małej dziewczynki, dusiła się tydzień. Siedem dni obdartych ze złudzeń, podszytych niewyobrażalnym bólem i paraliżującym strachem. Ola nie mogła już chodzić, nie mogła już nawet usiąść. Ola mogła patrzeć, jak do podłączonego worka przestał spływać mocz, nerki odmówiły współpracy. Mogła resztkami sił, jak ryba gwałtownie wyciągnięta z wody, łapać resztki powietrza. Ola mogła też, cichym szeptem błagać o śmierć.

Patryk ma 19 lat, czeka na nowe płuca. Jego mama, też czeka. Nocami, gdy jej syn kaszle i śpi na siedząco, ona  czeka na telefon. Na telefon, o śmierci kogoś innego. Tylko tak można uratować życie jej dziecka. Mając świadomość, o tragedii rodziny dawcy. Mama Patryka czeka też na zmiany. Ona niestety nie posiada komfortu, tylko jednego lęku. Z trwogą, zagląda też na konto i liczy, ile na te cudzą śmierć niosącą życie, brakuje jeszcze pieniędzy. Przeszczep i leczenie po zabiegu kosztuje, czasem więcej niż leczenie chorego przed operacją.I nie daję żadnej gwarancji. Chory przecież, może nigdy nie wrócić ze stołu operacyjnego, może dojść do odrzutu organu. O czym więc  najczęściej myśli mama Patryka? Myślę, że o tym samym, o czym często myślę ja. Żeby się nie męczył, kiedy przyjdzie ten czas. I żeby mógł odejść w godnych warunkach, podłączony do leków uśmierzających ból.

Piotr jest szczęściarzem. Ma już ponad trzydzieści lat, żonę i wspaniałego synka. Coraz częściej jednak, ląduje w szpitalu. Jeśli oczywiście, znajdzie się wolne łóżko.Ta choroba to nie tylko płuca. Atakuje też wątrobę, trzustkę, osłabia serce, powoduje cukrzycę. Piotr nie dostanie jednak  miejsca, na odpowiednim  do leczenia mukowiscydozy oddziale. Dorosłych chorych w tym kraju, nie opłaca się leczyć, bo procedury medyczne są nisko oceniane. Piotr, jak inni pełnoletni z tą chorobą leży na zwykłych, nieprzystosowanych oddziałach. Leczony jest w salach wieloosobowych, wraz z pacjentami z zapaleniem płuc lub innymi gorszymi schorzeniami, które są dla niego zagrożeniem. Piotr i jego żona mają świadomość tego, że jeśli szybko coś się nie zmieni w systemie leczenia, kiedyś z tego szpitala nie wróci. Co powie Asia ich synkowi? Opowie, że Polska to kraj, w którym broni się życia poczętego. A kiedy to  życie już się narodzi, jest zostawiane na pastwę losu. Bez refundacji na kosztowne leczenie, bez miejsc w szpitalach. Z  Komisjami  Orzekającymi o Niepełnosprawności, na których lekarz orzecznik, bardzo często poniża chorego do granic możliwości. Sugerując rodzicom chorych, że usiłują od Państwa wyłudzić kolosalne pieniądze na leczenie.156 zł zasiłku pielęgnacyjnego.

Marcin miał burzę długich, kręconych loków. Grał na gitarze, miał swój zespół, studiował. Włosy ściął, wypadały garściami od nadmiaru przyjmowanych leków. Gitara coraz częściej, stoi w kącie jego pokoju. Czasem, samo wyjęcie jej z pokrowca sprawia, że musi podłączyć tlen. Mówi, że nie chce przeszczepu. Nie będzie zostawiał rodziców z długami, że już dawno i świadomie podjął taką decyzję. Chcę żyć ile będzie mu dane. I odejść. Boi się. Najbardziej, w takie dni jak ten. Gdy od ubiegłego piątku usiłuje dodzwonić się na „swój” oddział, a gdy w końcu się udaję, odmawiają mu po raz kolejny przyjęcia. Przyjęcia są planowane- mówią. A od kiedy, zaostrzenie w tej paskudnej chorobie, można zaplanować?! Dzwonię do niego rano, słyszę z jakim trudem wypowiada każde słowo. Nie męczę go, rozłączam się i piszę, że wszystko będzie dobrze. Dostaję odpowiedź zwrotną- gdyby jednak coś poszło nie tak, fajnie było mieć taką siostrę jak ty…Na moment przestaję oddychać, wciskam się w ścianę. Nie mogę płakać, bo obok mnie stoi mój syn, z tą samą chorobą. Dusił się dziś do czwartej nad ranem. O piątej, wykończony powiedział mi, że chciałby jeszcze trochę tu pobyć ale nie wie, na ile wystarczy mu sił. I żebym się nie gniewała, gdyby mu ich zabrakło.

Gdy rozmawiam z chorymi nastolatkami, najczęściej słyszę, że boją się pełnoletności. Na razie, póki  są dziećmi, w świetle przepisów NFZ, ceny procedur medycznych są na tyle wysokie, że ich leczenie się kalkuluje. Gdy staną się dorośli, ich szanse na życie skurczą się. Chorych na mukowiscydozę żyję w Polsce około 2 tysięcy, niestety, 15 lat krócej niż na Zachodzie.

 

Pani Ewa o łóżko dla trzynastoletniej córki, prosiła prawie miesiąc. Potrzebne było miejsce w specjalistycznej klinice. Wciąż odmawiano, obiecywano późniejsze terminy. Krwotok przyszedł w nocy, był zbyt masywny. Pani Ewa, właśnie wróciła z cmentarza, weszła do pustego mieszkania. Podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu:

- Dzwonię z kliniki, mamy już wolne łóżko dla pani córki, możecie przyjechać nawet dziś. Halo? Halo?! Czy pani mnie słyszy?! Mamy wolne łóżko…

111