Archiwa kategorii: śmierć

Dzień Dziecka

Może nowy model telefonu? A może lepszy rower? Nie, lepiej wesołe miasteczko, duże lody i kolacja w dobrej knajpie. Może jednak nowszy laptop i jakaś gra do tego? A może…

- Gdy urodził się Pawełek szaleliśmy z radości. Taki wyczekany i kochany od pierwszej kreski na teście ciążowym. I życie jak w bajce przez prawie pięć lat. Gdy zemdlał pierwszy raz, był bardzo gorący lipiec więc myśleliśmy, że to przez upał i zmęczenie. Był taki żywy, wszędzie go pełno i ten śmiech, który do dziś odbija się echem od ścian. O tym, że to białaczka dowiedzieliśmy się niedługo po pierwszym zasłabnięciu. Naszym domem stała się onkologia. Badania, leczenie, szukanie dawcy. Jego ciałko znikało w oczach. Przestał się śmiać i chodzić. Patrzył w okno i pytał, kiedy znowu będzie mógł pograć w piłkę. Nie obiecywałam, zawsze jak mantrę powtarzałam, że już niedługo. Do jego łóżka inne dzieci z oddziału przywiązywały kolorowe balony. Po blisko dwóch latach walki spojrzał na nie i powiedział, żeby je odwiązać, bo  chce lecieć razem z nimi. I zasnął. Był słoneczny dzień, matki z dziećmi szły na lody i place zabaw. Ja wybierałam trumnę i kwiaty dla swojego synka. Minęły trzy lata. Jutro kolejny Dzień Dziecka. Znowu z mężem przyniesiemy na cmentarz kilka balonów i puścimy w niebo. Prezent dla Pawełka.

- To był wypadek, po prostu. Kierowca jechał za szybko, Marysia nie zdążyła uciec na pobocze. Wlókł ją za sobą jeszcze kilkanaście metrów. Lekarz w szpitalu obdarł nas z wszelkich złudzeń mówiąc, że jeśli nawet przeżyje wszystkie skomplikowane operacje już nigdy nie będzie chodziła. Od czterech lat przykuta do wózka, w rękach też ma niedowład. Mało mówi, a jeśli już to niemo przez łzy. Łzy pretensji o to, że ją ratowaliśmy. Ma 17 lat, koledzy szaleją na imprezach, zakochują się, realizują swoje pasje i marzenia. Wiesz jak to jest gdy pytasz swoje dziecko co by chciało na Dzień Dziecka i słyszysz, że umrzeć? Nie wiesz. Zamykasz się w pokoju i gryziesz palce do krwi albo wsiadasz w auto, jedziesz  i wysiadasz w szczerym polu. Krzyczysz do Boga, w którego przestajesz wierzyć. A potem wracasz i udajesz, że jesteś silna i wszystko zniesiesz. Nawet widok mokrych oczu twojej córki, która nienawidzi cię za to, że pozwoliłaś jej żyć.

- Dzieci powinny mieć swój dzień codziennie. Nie wiem kto wymyśla te bzdurne święta. Tylko tego jednego dnia mamy je bardziej kochać, więcej przytulać i mówić jak bardzo są ważne? Kupować bezwartościowe przedmioty? Po co? Są ważniejsze rzeczy. Mój syn czeka na czyjąś śmierć, po to żeby sam mógł swobodnie oddychać. Taki prezent na Dzień Dziecka. Od roku jest przykuty do rurek z tlenem. Jego jedyna trasa to pokój, łazienka, kuchnia. Na tyle starcza długość kabla koncentratora. Są jeszcze wycieczki karetką na sygnale do szpitala, gdy dławi się krwią podczas kolejnego ataku. I nowi znajomi z oddziałów, nie na długo bo zazwyczaj i tak w końcu wywożeni w czarnym worku. Mówi, że ja jestem jego najlepszym prezentem. Mówi, że beze mnie już dawno by się poddał. Dobrze, że nie zna prawdy. Bolesnej prawdy o bezsilności, która sprawia, że jestem cieniem samej siebie. Bo gdy na twoich oczach odchodzi to co masz najcenniejszego i nic nie możesz zrobić, nie myślisz o prezentach w durne święto. Tylko o tym, komu sprzedać duszę żeby go uratować.

- Mam dwoje pięknych, zdrowych dzieci. Jak co roku zjemy obiad na mieście, każde z nich zamówi to, na co ma ochotę. Wieczorem kino i ogromny deser zamiast kolacji. Taki wiesz zwykły – niezwykły dzień. A gdy zasną, znowu opowiem im o ich braciszku lub siostrzyczce, która mogła być teraz z nami. Tylko zły los zechciał inaczej i zabrał po trzech miesiącach noszenia pod moim sercem. Zawsze tego dnia kupuje o jednego ptysia więcej, z myślą o moim trzecim dziecku. Wiesz, ludzie gonią nie wiadomo za czym i zapominają, że miłość trzeba pielęgnować każdego dnia, że dzieciom trzeba mówić często kocham cię. Nie tylko 1 czerwca. Bo to cholerne życie jest takie nieprzewidywalne a dzieci, to największe dobro jakie może nas w nim spotkać.

W moim domu nie obchodzimy Dnia Dziecka. Moje dzieci nie odróżniłyby go od pozostałych. Bo każdy dzień jest ich świętem.  Bezwarunkowa miłość, poczucie bezpieczeństwa, ciepło i zaufanie. Spróbuj, na takie prezenty stać każdego.

pil

Powiedz im, że narkotyki zabijają nie tylko tego, kto je bierze.

Poznałam go kiedyś na jednym ze spotkań, dla rodzin uzależnionych. Poszłam tam z przyjaciółką, której mąż zaćpał się na śmierć. Zwyczajnie podał mi kubek z wodą, zamieniliśmy kilka zdań. Dałam mu adres swojego bloga i kontakt mailowy. Odezwał się po dwóch miesiącach. Bez ogródek napisał, że zgadza się na rozmowę. – Już od dawna o tym myślałem. O tym, żeby może trochę siebie oczyścić ale też przestrzec innych. Tylko tak sobie myślę, że narkoman w ciągu nie czyta blogów czy gazet. Wiem, bo sam byłem po tamtej stronie. Ale staram się wierzyć, że dobrze robię, że to potrzebne. Jeśli pozwolisz, będę mówił sam, po swojemu, chaotycznie.

Zgadzam się. Milcząc lekkim uśmiechem, włączam dyktafon, dolewam nam herbaty. I znowu zaczynam się bać. Bać tego, co za chwilę usłyszę.

- Dom miałem nijaki. Ani dobry ani szczególnie zły. Ojciec sporo popijał, nie bił, nie krzywdził fizycznie ale pił i prawie nie pracował. Jak umarł, mama została ze swoją skromną rentą. Bieda, nie będę ściemniał. Mieszkanie, opłaty i ja. Ten, który powinien stanąć na wysokości zadania, wesprzeć, akurat zacząłem poznawać tajniki amfetaminy. Tak, od razu z grubej rury i w sporych ilościach. Miałem 21 lat i mieszkałem w miejscu, którego najciemniejsze i omijane zakamarki, zaczęły mnie wciągać. Mama płakała, prosiła. Nie pracowałem a kasa była potrzebna. Udawało się kraść różne rzeczy, w różnych miejscach. A jak się nie udawało, to wynosiłem z domu co popadło. A wiele tego nie było. Po amfetaminie zacząłem szukać i błądzić. Haszysz, tabsy, różne leki, kwasy wszelakiej maści, grzyby. Rozumiesz, wszystko. I w końcu po latach wędrówki znalazłem ją, królową życia. Heroinę. Czułem przed nią jakiś wewnętrzny lęk, jednocześnie z palącym pragnieniem i fascynacją. Pierwszy raz? Wcale nie był taki piękny jak myślałem. Sporo po tym chorowałem ale mimo to, nie mogłem przestać o niej myśleć. Wróciłem, walnąłem kolejny raz i zacząłem płynąć. Płynąć tak, jak jeszcze nigdy.

Nie wiem kim teraz jestem. Staram się być po prostu człowiekiem, tylko wiesz to cholernie trudne. I nie chodzi mi o ludzi, że gadają tylko o mnie samego. Wspomnienia, to co z sobą robiłem. Brzydziłabyś się podać mi rękę. Z domu wyniosłem się sam. Czułem, resztkami człowieczeństwa, że albo się wyniosę albo ją zabiję, własną mamę. Wiesz, okradałem ją tak, że nie miała co jeść, wpadła w długi. Bywałem agresywny, kilka razy uderzyłem, raz dusiłem. Po prostu odszedłem licząc na to, że ktoś jej pomoże. To dobry człowiek był. Skromna, pracowita, nigdy się nikomu na życie i na mnie nie skarżyła. Kochała mnie, zawsze to czułem i wiedziałem. Nawet narkotyki nigdy nie zabiły do końca, tej pewności we mnie. Mieszkałem chwilę u znajomych takich jak ja. Niedługo, bo kłótnie o hajs, podkradanie dragów. W takim środowisku słowo wsparcie nie funkcjonuje. Narkoman to egoista. Wszystko odda za ćpanie. Matkę, dzieci, żonę i własną duszę. Trafiłem dosłownie pod most. Później dworce, klatki schodowe, ulica, altanki. I ciągły brak kasy. I jeszcze gorszy, niekończący się głód. Głód, który sprawia, że przestajesz być człowiekiem. Przestajesz siebie szanować, zrobisz co ci karzą. Dajesz dupy starym, napalonym, bogatym prezesom. Tak dobrze słyszysz, kilka razy to zrobiłem. Byłem męską dziwką za dragi. Byleby się naćpać, odlecieć. Nie musieć być tu, w tym cholernie trudnym świecie, do którego nigdy nie pasowałem.

I to obrzydliwe uczucie, gdy czasem wracasz na chwilę do świata żywych i uświadamiasz sobie, co zrobiłeś ze swoim życiem, ciałem. Na nieszczęście, chwilowe i zbyt słabe, by wyrwać z objęć nałogu. Te myśli, ta gorzka prawda pcha cię w ten nałóg właśnie jeszcze bardziej. I znowu masz argumentacje dla ćpania. Pytanie, po co to robię, skoro to przynosi tylko ból, straty, śmierć. To jest jak wolność. Złudna ale na tyle piękna, że jej ufasz. Chociaż na moment odrywasz się od tego co cię gnębi i przytłacza. I czym więcej tych problemów dochodzi tym bardziej i częściej chcesz, by zniknęły. Bierzesz, odrywasz się od ziemi, zostawiając na dole to, co ci przeszkadza. I płyniesz. Lecą dni, miesiące, lata. Coraz częściej bywasz na pogrzebach swoich kumpli. Upadasz coraz niżej. Znajomi odwracają się od ciebie z odrazą i lękiem, rodzina nie chce cie znać. Jesteś brudny, zawszawiony, skończony. I wtedy przychodzi ta myśl, która pojawia się prędzej czy później. Skończyć z tym, z sobą.

Dlaczego więc nadal tu jestem, od ponad roku czysty? Otworzyłem oczy, nade mną grupka ludzi. Orientowałem się powoli, że leże gdzieś w parku. I nagle widzę oczy mojej matki, ktoś po nią zadzwonił. A ja wiesz, obsikany, obsrany. Napisz to tak, jak mówię. Napisz im, jak wygląda człowiek, którego pokonał nałóg. Trafiłem na jakiś oddział, z którego oczywiście uciekłem. Sporo fantów jednak udało mi się jeszcze po drodze, zwyczajnie zapieprzyć. Sprzedałem to dość szybko i trafiłem na jedną z najgorszych melin w mieście. Towar był tam tańszy i zawsze, ale często zanieczyszczony. Tylko mi przecież  było wszystko jedno. I nagle, między tymi wszystkimi ćpunami, widzę jego. Syna mojej siostry. Przestaję oddychać, nie wiem co się ze mną dzieje. W głowie przeraźliwy krzyk, że on nie ma nawet osiemnastu lat,  w takim miejscu, zaćpany do granic możliwości. I słowa siostry, którą przypadkiem spotkałem jakieś pół roku temu, że mnie nienawidzi. I nigdy nie wybaczy. Gówniarz zapatrzył się we mnie, zachłysnął tym ścierwem. Nie, to nie będzie ckliwa historia o tym, jaki to wywołało wstrząs i sprawiło natychmiastową odmianę. Ćpałem tak dużo, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. W końcu któraś wpadka, wyrok. Więźniowie, odwyk, inny świat. Inni ludzie choć też po ciężkiej drodze. Też jak ja, odtrąceni przez życie. Choć z innych przyczyn. Było tam kilku takich, którzy zabijanie i gwałt, porównywali do narkotyków i nałogu. Myślisz, że to możliwe? Aż takie okrucieństwo? Tylko z drugiej strony, czym ja się różnie od tych zwyrodnialców? Powiedz im, napisz, że narkotyki zabijają nie tylko tych, co je biorą!

Teraz jestem ponad rok czysty. Przećpałem dużo lat swojego życia.Bardzo dużo. Tu, w tym ośrodku, staram się trochę pomóc. Opowiadam o tym, przez co przeszedłem. Ale to nie będzie historia z happy endem. Mój siostrzeniec nadal bierze a z pewnych źródeł wiemy, że zaraził się HIV. I jest też coś, czego nigdy sobie nie wybaczę. I jakbym się nie starał, nie jestem już w stanie tego naprawić. Chciałbym przeprosić moją mamę. Za wszystko. – Dlaczego tego nie zrobisz?. – Jakiś czas temu, przyszła do mnie siostra. Długo rozmawialiśmy, trudne to było, bolesne. Gdy wychodziła, powiedziała, że mama zmarła zaraz po tym, jak mnie w tym parku znaleźli. Serce nie wytrzymało. Myślisz, że ona jeszcze przyjdzie? Moja siostra? Myślisz, ze wróci?

Wierzę, że tak.

43

Pusty pokój

Środek nocy. Sen przerywa kaszel. Stopniowo przeradza się w duszność. Gdy wbiegam do jego pokoju, siedzi już na łóżku i usiłuje złapać resztki powietrza. Podaje chusteczkę, której barwa zmienia się na ciemno bordową. Leki, tlen, walka z czasem. Patrzy na mnie i wiem, o co prosi. Bladym świtem dzwonię na oddział. Pakuję walizkę, załatwiam formalności. On usiłuje  przez 200 kilometrów odespać ostatnio zarwane noce. 200 kilometrów,  które od teraz zaczną nas dzielić. Na jak długo, tego nie wie nikt. Wchodzimy, między tak strasznie znajome mury. Szpital, drugi dom. Pielęgniarki patrzą na mnie, próbujemy rozmawiać chociażby o pogodzie. On siada w kącie. Mierzą saturacje, robi dobrą minę, choć wiem, że nie ma na nic sił. Nasze oczy spotykają się na chwilę, czuje jak dotyka niepewnie mojej dłoni. Znikam za drzwiami gabinetu. Słyszę, że nerki odmawiają współpracy, że wszystko wygląda coraz gorzej. Słyszę, że niedowaga ciała, że płuca i serce przestają nadążać.  Wychodzę i staram się z całych sił, stawiać krok za krokiem. Staram się nie upaść. Staram się by rozpacz, nie zamieniła się w głośny szloch. Staram się być dzielną matką.

Znamy się z pielęgniarkami od lat, rozmawiamy szczerze. Ukochana siostra Tosia patrzy na mnie, kładzie mi rękę na ramieniu i mówi, że muszę go jakoś przekonać. Mówi o tym, że kiedy przyjdzie czas na ostateczną walkę, na przeszczep, to tak skrajny ubytek wagi  go zdyskwalifikuje. Mówi też o tym, że Łukasz mój mąż, który odszedł cztery lata temu, byłby ze mnie dumny. Nie przyznaje jej się, że śnił mi się ostatniej nocy. Przytulałam się do jego pleców i szeptałam, że tęsknie, a on odpowiadał – przecież jestem. Wracam na salę, rozpakowuje rzeczy syna i słyszę – Jedź już, jestem zmęczony a moja siostra cię potrzebuje. Rozdarta na strzępy wsiadam w auto. Nie wiem nawet kiedy znajduje się w domu. – Jak tu cholernie cicho – myślę i staram się oddychać. Staram się wykopać wszystkie złe myśli. Jak zaprogramowany robot, wstawiam pranie, robię obiad, opiekuję się chorą córką, zaglądam na służbową pocztę. Odpędzam wspomnienia.  Najpierw sprzed pięciu lat, gdy na kwalifikacji do przeszczepu Łukasza usłyszeliśmy, że jeszcze nie czas. Przeganiam wspomnienia, gdy rok później, dokładnie 10 lutego, zmywałam krew z posadzki w łazience. Gdy reanimowano go przez ponad godzinę, podłączano respirator i dawano do zrozumienia, żebym nie liczyła już na nic.  Czas, w którym kazano mi wybierać kolor trumny, tekst do nekrologu, czas w którym niebo miało tylko brunatny kolor.  Przecież jestem silną matką, nadczłowiekiem, który udźwignie wszystko.

I przychodzi znienawidzona noc. Zaglądam do pokoju córki, a moje stopy ledwo dotykają podłogi. Przechodzę przez nieludzko długi przedpokój i przekraczam próg jego pokoju. Jest 3.25, całe miasto i większość świata śpi. Siadam na pustym łóżku i choć rozum podpowiada co innego, szukam bicia jego serca. Na ścianie, wspomnienia malują obraz. Gdy pierwszy raz, zaraz po porodzie poczułam zapach jego skóry. Gdy wyrwano mi go z objęć niedługo po tym, i kazano się mocno modlić. Obraz, na którym  jego wątłe ciało, walczyło mocno zaciskając miniaturowe piąstki. Obraz, gdzie oczy lekarza nie wydając żadnego dźwięku, przygotowywały mnie na najgorsze. Obraz z nadzieją w tle. I powroty do domu. Te niesamowicie radosne momenty, gdy jego głos niósł się po całym wszechświecie. Bo przecież dziecko, to cały świat matki. I zabierający tę radość głośny sygnał karetki. I bieg korytarzem szpitala, i zamykane z hukiem drzwi, i słowa – proszę czekać. I miniaturowe okienko w drzwiach, przez które widać tylko główkę twojego dziecka. A w niej wbite igły, przez które sączy się ratunek. Miliony rurek, w małym ciałku. Rurek, przez które płynie życie. I znowu powrót, i znowu pukanie do drzwi. To śmierć, która od szesnastu lat, wciąż nieustannie chcę go zabrać. I ja, nad wyraz odważna, która na nic nigdy się nie skarży. Płacze tylko wtedy, gdy nikt nie widzi. Tylko poduszka, którą z całych sił przytykam usta, wie o mnie  wszystko. Słyszy krzyk matki, która panicznie boi się o życie swojego dziecka.

Jest 5.00, wstaję i staram się zapanować nad zawrotem głowy. Podchodzę do okna. Widzę drzewa, przez które usiłuje przebić się jeszcze bardzo ciemne niebo. Czuje ciepło na policzkach i choć już kompletnie nie wierzę, błagam. Błagam o jeszcze choć jedną wspólną godzinę. Dobę, tydzień, miesiąc, rok.  A kilka chwil później, przez słuchawkę telefonu słyszę – Dobrze, że jesteś mamo. Jest dla kogo żyć.

Jest o kogo walczyć, mój synu.

pok

 

.

 

depresja

Wiele twarzy tego samego piekła…

- Coś ty taka dziwna ostatnio? Nieobecna i przybita? Deprecha? Nie przejmuj się, to ma każdy  na jesień. Spadnie śnieg, przyjdzie sylwester i zobaczysz, jak ręką odjął!      Nie odzywam się, tylko żegnam i frunę do domu. Tak frunę. Tam nikt nie będzie zadawał pytań. Jest koc, zasłonięte rolety, lampka wina. Duża, ogromna lampka. Jeszcze tylko status na fejsie, coś głupio śmiesznego, niech wszyscy myślą, że jest ok i mogę płynąć. Płynąć w dół.

Budynek w którym jestem, nie ma krat w oknach, obdrapanych ścian a  po korytarzach nie snują się nafaszerowani psychotropami zombie. To obrazek namalowany przez tych, którzy takie placówki znają z horrorów. Pokoje są ładne, dwuosobowe, podział na oddział męski i damski, ogromna sala z pianinem dla terapii grupowych. Piękny ogród, do którego można wyjść praktycznie w każdej chwili. Siadam na ławce, ostatnie promienie słońca. Czekam.

- Cześć, jestem Anika i też tu kiedyś byłam. Mówię ci o tym, bo może wtedy będzie łatwiej rozmawiać. I nie, nie jestem już zdrowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Wciąż się z „nią” zmagam. A ty?    Przygląda mi się chwilę, wyciąga  papierosa, dziwi się że nie palę. I pierwsze co robi, to ściąga z szyi apaszkę. Widzę sino żółty ślad. Jakby ktoś, farbką o brzydkim kolorze pociągnął taką linię, na około głowy.
- Miałam normalny, ciepły dom. Może nie byliśmy bogaczami ale nie brakowało mi niczego. Rodzice mówili do znajomych, że jestem po prostu nieśmiała i wrażliwa, a ja wiedziałam, jakby czułam, że to nie to. Nie bardzo lubiłam ludzi, bywały dni, że symulowałam choroby, żeby tylko nie iść do szkoły. Nie musieć robić tych wszystkich czynności związanych z toaletą, jedzeniem, rozmawianiem. Potrafiłam tak tygodniami.  Pogrążona w sobie. A  zaraz po tym, nagle nie wiadomo skąd i dlaczego przychodziły te stany euforii. Siła do działania, uśmiech i ogromna chęć życia, miłość do świata i ludzi. Kiedy dorastając, zaczynałam rozumieć co to jest, od razu poprosiłam o pomoc. Nie byłam jednym z tych, którzy się nie przyznają. Miałam plany na życie. Te, które rodziły się w mojej głowie w tym ” dobrym czasie”.  A chciałam się  pozbyć tych ” gorszych chwil”, które bez skrupułów te plany niszczyły.  Zaczął się obłędny taniec. Lekarze, specjaliści, ośrodki, tony leków i lata terapii. I ta radość, gdy orientowałam się, że nie ma ” jej” już ponad pół roku. Działanie, robienie milion rzeczy na raz, ufność i wiara. I rozbijane na ścianie przedmioty, gdy patrzyłam jak wraca i nie umiałam tego powstrzymać. Ludzie i ich  dobijające, bezsensowne pytania. I te, szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. Taka zaradna, po studiach, piękna, uśmiechnięta, przebojowa i psychiatryk?! Fanaberie jedynaczki!  Przecież każdy wie, że ta depresja jest  modna, szczególnie w ostatnich latach. Mówili – Urodzi dziecko i mąż ją ustawi, to się chorowanie skończy.   Moja córka ma 10 lat, i gdy przychodzą demony, nie mam nawet ochoty i siły na nią patrzeć, bo i tak nic nie widzę. Nic prócz ciemności i  rozpaczy. Nie ma dla mnie jutra, dziś też raczej nie istnieje. Lewituje między życiem a śmiercią i daje sobą pomiatać. Nie kontroluje swoich myśli, jestem jak czyjaś marionetka. ” Ona” mówi, że moje starania są na nic, że i tak nie dam rady. Zresztą po co, skoro jeśli w ogóle  wypłynę na powierzchnie, to tylko na chwilę. Tydzień temu podała mi sznur, nie wiedziałam nawet, że mogę się sprzeciwić. To taki stan, że nie walczysz o siebie bo myślisz, że nie możesz. Na czas odratowała mnie córka. I teraz  walczę w tym miejscu, choć zdaję sobie sprawę z tego, że mogę nie wygrać i kiedyś, nikt nie wróci na czas.  A ty, Anika?
Nie ukrywam zmieszania i zdenerwowania. Drżą mi dłonie, oczy się szklą.
- Jesteś w miejscu, gdzie nie da rady tego ukryć. Nie musiałaś mówić, że kiedyś tu byłaś. Wystarczy że patrzę na ciebie i na to jak reagujesz . I wiem, że jesteś jedną z milionów, umierających na oczach tłumów.
Wykręcam się zgrabnie tłumacząc, że to zmęczenia i że mam jeszcze jednego rozmówce. Justyna uśmiecha się sarkastycznie i pokazuje mi okno, od swojego pokoju.

Paweł  to facet przed czterdziestką. Człowiek sukcesu. Piękny dom, piękna żona, piękne dzieci. Co tu robi? Usiłuje się pozbyć choroby, która zabrała mu już wiele. Dalszą rodzinę, która nie potrafiła tego zrozumieć, przyjaciół, którzy kpili za plecami a później prosto w twarz, że z dobrobytu się w dupie przewraca. A on kilka razy mało nie umarł, przedawkowując leki. Żona na skraju wytrzymałości, systematycznie błagana o jeszcze jeden powrót. Miliony nieprzespanych koszmarnych nocy, nienawiść do samego siebie. Nie, nie sięgał po alkohol i inne używki. Faszerował się psychotropami, w niedozwolonej ilości, byleby choć na chwilę zasnąć. Na chwilę,  złudnie się uwolnić. -  Nie poddam się, będę się z ” nią” szarpał dla dzieci, bo je kocham, bo są niczemu winne. I wiesz co usłyszałem? Usłyszałem, że mam walczyć dla siebie i o siebie! Nie mogę tego jakoś zrozumieć, bo czym ja jestem bez nich?    – A wiesz, co ja usłyszałam od swojego terapeuty?!  Gdy opowiadałam mu o swojej zdolnej córce, że niesamowicie  maluje i świetnie piszę? Powiedział mi – To pięknie, że odziedziczyła talent po mamie. Niestety wie pani, że nie tylko to jej przekazała?    Myślisz, że jestem ślepa? – Prawię krzyczę do spokojnie patrzącego na mnie Pawła – Że nie widzę jak moja córka się miota?! Najlepsi psycholodzy, innowacyjne leki, wszystko!  Nawet pakt z samym diabłem podpiszę jeśli trzeba będzie, byleby znów zobaczyć ją uśmiechniętą i pogodną. Taką, jaką była jeszcze cztery lata temu. I to moje poczucie winy, w tym wszystkim. Koszmarne, duszące każdego dnia.
Czuje jego dłoń na moich, ale  zabieram je pospiesznie, bo drażni mnie dotyk.  Wbiegam do budynku. Odnajduje pokój Justyny. Siadam na krześle, patrzę na pustą ścianę.
- Usiłujesz podnieść się z łóżka, czujesz przy tym, że śmierdzisz a pościel lepi się z brudu. Podchodzisz do lustra i widzisz siebie. Tylko nie możesz się poznać bo tłuste włosy, nadwaga, bajzel w głowie i głos, który uparcie wmawia ci, że jesteś już do niczego i że nie warto się starać. I jak potulne, ale głupie szczenie wracasz do swojego barłogu, zgarniając po drodze kolejną butelkę wina i leki nasenne, bo przecież sen to zdrowie. W naszym  przypadku niestety, to tylko coraz bliżej roztrzaskania głowy o zimny beton. Niby to wiesz ale toniesz, nie rozglądając się nawet za jakimś brzegiem – Przerywam na chwilę, bo kręci mi się w głowie.  – Ostatkami sił nakładasz maskę. Wychodzisz z domu po zakupy, rozmawiasz  z sąsiadem, nieustannie się uśmiechając. Gotujesz obiad i myślisz tylko o tym, żeby uciec. Twoje ciało długo nie wytrzymuje braku snu, złego żywienia, nadmiaru alkoholu i leków. Zaczynasz chorować fizycznie, co skandalicznie cię cieszy, bo teraz już jak torpeda, bez tłumaczenia się z niczego, możesz spadać coraz niżej. I zabijają cię wewnętrzne pytania, dlaczego i skąd? Przecież dzieciństwo wspaniałe, przyjaciół mnóstwo, rodzice nadal na każde zawołanie, cudowne dzieci. Nie wiesz, nie chcesz wiedzieć, nie rozumiesz, pogrążasz się. Buntujesz w końcu ale jest za późno, nie masz sił, motywacji, czujesz się jak wrak. Jak śmieć, który ma odruchy wymiotne na swój widok.  Myślisz nawet o tym, żeby zasłonić albo wytłuc wszystkie lustra w domu i uświadamiasz sobie, że szyba też odbija twoją postać. I szafa, i komoda.  I co, zniszczysz cały dom?!   Krzyczysz z całych sił, ale nikt cię nie słyszy. Bo deprechę przecież, miewa każdy. Skończy się z pierwszą gwiazdką, karpiem, wiosennym deszczem  czy innym gównem. Nie potrafisz myśleć inaczej! Masz żal do ludzi ale największy do siebie, bo może mogłaś coś zrobić, bo jesteś słaba. I przychodzą te najgorsze myśli, że twoje dzieci, bliscy, przyjaciele zasługują na kogoś lepszego…
- Przestań! – Zapłakane oczy, patrzą na mnie – Rozejrzyj się dziewczyno! I tu i w okół siebie! Widzisz?! Lekarze, nauczyciele, bibliotekarka, biznesmen, profesor, kasjerka, policjant, gwiazda z telewizora czy tak zwana zwykła sprzątaczka! Każdy może „ją” mieć, i u każdego wygląda to podobnie. Miliony, pozornie  uśmiechających się ludzi, w różnym wieku. Miliony istnień, takich samych jak ty. Mijasz ich każdego dnia, choć nawet o tym nie wiesz.

Na depresję choruje ponad 120 milionów ludzi na świecie. Cierpi na nią co dziesiąty Polak.
Dziękuję moim czytelnikom, którzy zechcieli się ze mną podzielić swoimi własnymi przeżyciami i spostrzeganiami. To pozwoliło mi zrozumieć, że trzeba o tym mówić głośno. Trzeba wyjść z cienia, chociażby po to, żeby innym łatwiej było zrozumieć, z czym się zmagamy. I że nie jest to chwilowe coś, które przejdzie z pierwszym wiosennym słońcem, czy podmuchem ciepłego wiatru.

Za trzy tygodnie, jeśli „ona” pozwoli, spakujemy się i pojedziemy nad morze. Zawsze gdy tam jestem, odwiedzam grób Bartka. Miał 30 lat, gdy stojąc w strugach deszczu na pogrzebie, słuchałam jego mamy, czytającej list pożegnalny, który zostawił – Starałem się, długie lata. Przegrałem swoją walkę ale ty, nie musisz. Proś i błagaj o pomoc, szukaj jej, nie ukrywaj choroby, walcz. I  podnoś  się z przegranych bitew, żebyś tak jak ja, nie poległ na wojnie.

Przegrałam z ” nią”  kolejną swoją bitwę  ale wojna, wciąż jeszcze przede mną. Jedyna wojna, która niesie nadzieję.

depresja

 

 

 

Nieobecni…

Drzwi otwiera mi młoda, szczupła kobieta i zaprasza do środka. Dom jest nieduży ale piękny. Jasne okna, ze smakiem urządzone wnętrze. Siadamy na kanapie, na komodzie obok stoi zdjęcie. – Tak, to Asia – odpowiada na moje nieme pytanie – W ubiegłym roku, na wakacjach. Naszych ostatnich, wspólnych wakacjach. Przyglądam się jej przez krótką chwilę. Ubrana na czarno, drżące dłonie, na twarzy wyraźny brak snu, lekko zgarbiona. Jak zawsze, nie zadaję pytań, tylko cierpliwie czekam. - Asia jest naszym jedynym dzieckiem. Przepraszam, była jedynym, tak ciężko mi się przestawić, choć minęło już ponad pół roku. Niczego nie zauważyłam. Często gdy przychodziłam na jej grób to nie płakałam, tylko analizowałam. Gdzie popełniliśmy błąd, bo przecież miała wszystko. Zarabiamy dość dobrze, stać nas na wiele rzeczy. W domu był spokój, wspólne wyjazdy, obiady przy jednym stole. Gdy znalazłam ją wtedy wiszącą w łazience, to w pierwszej chwili pomyślałam, że to nie nasza córka. Przecież jeszcze rano przy śniadaniu śmiała się w głos. Dopiero gdy tydzień temu, jedyna przyjaciółka naszej córki tu przyszła…Ja nawet nie wiedziałam, że Asia taką miała. Zawsze wydawało mi się, że dużo się uczyła, miała dobry kontakt ze swoją klasą, że była lubiana. Nie sprawiała nam problemów, dużo czytała, była grzeczna, kulturalna. Ta jej koleżanka przyniosła nam pamiętnik. Czytałam go już kilkanaście razy i nadal nie mogę tego zrozumieć, uwierzyć. Nic nie zauważyliśmy. Może tylko to, że była taka cicha i skryta. Do głowy by mi nie przyszło, że faszerowała się lekami uspokajającymi. Nigdy nie powiedziała nam, że klasa jej nie znosiła, że ją szykanowali, że bała się chodzić do szkoły. Znalazła jakieś forum dla ” takich jak ona”. Ktoś podał jej nazwę ” cudownych” leków, ktoś inny podpowiedział jak je zdobyć. Pisała o tym jak bardzo jej pomagają, jak wdzięczna jest człowiekowi które je dostarcza, że zawdzięcza mu życie. Boże! Jakie życie, jak nie ma jej z nami i już nigdy nie będzie?! Ostatnie kartki były tylko szarpaniną słów, błaganiem nie wiadomo kogo o pomoc. Pisała, że tamten ktoś zniknął, a ona nie wie jak zdobyć tabletki. Pisała, że dłużej tego nie wytrzyma, że czuje fizyczny ból, że ma koszmary i omamy wzrokowe. Na ostatniej stronie zeszytu, jest wpis ” pójdę tam, gdzie noc nie przychodzi nigdy, a strach i ból nie istnieją”. Wróciłam tego dnia trochę wcześniej, był wtorek a w czwartek Asia miała mieć czternaste urodziny. Chciałam coś zaplanować, coś przygotować. Weszłam do łazienki żeby się przebrać – przerwała nagle, wstała i skinieniem głowy poprosiła, bym poszła za nią. Otworzyła drzwi, weszłyśmy tam niemal jednocześnie. Podniosła dłoń i wyszeptała – Tu wisiała. Twarzą zwróconą do mnie -  zachwiało nią i pomogłam jej usiąść na brzegu wanny. Złapała moją dłoń, rozpłakała się. Ja zrobiłam to samo, już po opuszczeniu jej domu.

Matka Marka, spotkała się ze mną w parku. Usiadłyśmy na ławce, alejką przechadzała się młodzież, rodziny z dziećmi. - Ja, to już chyba nigdy tak z synem na spacer nie pójdę. On od ponad roku, żyje w innym świecie. Nawet nie swoim bo to przecież komputerowy, stworzony nie wiadomo przez kogo i po co. Chyba tylko dla zguby i zatracenia. Miewa czasem przerwy, wie pani, wtedy jak organizm już nie wytrzymuje i traci przytomność z odwodnienia i skrajnego wyczerpania. Zabierają go do szpitala, dają kroplówki, później siłą do psychiatryka. Tak, siłą bo sam przecież nie chce. On tam tylko dni liczy do wyjścia, żeby znowu móc ” wrócić do siebie”. Odkąd przyjechał z ostatniego leczenia, już tak blisko tydzień tam siedzi. Nawet fizjologiczne sprawy do wiaderka załatwia. Nie je, prawie nie pije. Kiedy mu coś przyniosę, to w ogóle mnie nie zauważa.  Jego twarz jest jakby nie jego, oczy przekrwione i wpatrzone w ekran monitora. Szkołę zawalił, prawie tam nie chodzi. Czasami krzyczę do niego i błagam, usiłuje go odciągnąć od biurka. Wtedy staję się agresywny, wypycha mnie z pokoju, nie reaguje na walenie do drzwi. To się zaczęło po śmierci mojego męża, wypadek miał, z synem związany był bardzo.  Tak, mam jeszcze córkę, na studiach jest w innym mieście, wstydzi się takiego brata i rzadko przyjeżdża. Sama z tym jestem, bo rodzina twierdzi, że to moja wina, że na zbyt wiele mu pozwalałam. Może mają rację, w żałobie tkwiłam i mało zauważałam. Nawet mnie cieszyło, że Marek ma tam przyjaciół, no w tym wirtualnym świecie, że może go zrozumieją, pomogą.  Nie przyszło mi do głowy, że to tak się może skończyć. Dopiero teraz do mnie dociera, że rok temu w wypadku straciłam nie tylko męża. Czuję się tak, jakby mój syn też  umarł. Przestaje mówić i pyta, czy chcę go zobaczyć. Wchodzimy do maleńkiego, skromnego mieszkania. Drzwi do jego pokoju są otwarte. Widzę postać, skrajnie wychudzonego chłopca, w samej bieliźnie. Siedzi na podłodze, przed nim laptop. Nie zauważa mojej obecności, choć siadam naprzeciw niego. Na ekranie monitora biegają strzelające do siebie postacie. Pytam go, co to za gra ale w ogóle nie reaguje. Jakby go tak nie było.  Matka odwraca się i wychodzi do kuchni. Zza ściany dobiega do mnie jej szloch.

Domi zaczepiam na forum. Specjalnym, dla dziewczyn uzależnionych od markowej odzieży. Zgadza się na rozmowę ale zastrzega, że nie poda prawdziwego imienia, tylko pseudonim. Bardzo chętnie opowiada o tym, jak zdobywa pieniądze na drogie ubrania czy dodatki. – Najgorzej było pierwszy raz, no wie pani, żeby to zrobić. Do samochodu mnie wziął, rozpiął rozporek a ja zamknęłam oczy i jakoś poszło. Opłacało się jak cholera! Matka by mi nigdy na taką drogą torebkę nie dała! Czy się bałam? No, może trochę ale gdy mu to robiłam to myślałam o tym, jak jutro w budzie, laski na widok mojego nowego zakupu będą gryzły paznokcie z zazdrości. Jestem z dużego miasta, w klasie myślą, że mój stary jest dyrektorem banku, więc się nie dziwią, skąd mam takie drogie rzeczy. Raz się nauczycielka przyczepiła, to jej nakłamałam, że mam bogatą ciotkę za granicą i przestała wypytywać. Moi rodzice pracują ale zarabiają mało. I jeszcze mam chorego brata i wszystko na niego idzie. A ja za nic na świecie nie chcę i nie  będę gorsza! Przecież nie robię niczego złego, przysługa za przysługę. Ja mu dobrze, on mi wskazany ciuch czy telefon. Zresztą mam już 15 lat. Niektóre w tym wieku dzieci rodzą ale spoko, ja taka głupia nie jestem, zabezpieczam się. Pytam ją, jakie ma marzenia. Odpowiada, że najnowszy model iphona i ze śmiechem dodaje, że musiałaby chyba jakiegoś ministra przelecieć, żeby jej taki sprezentował. Pytam o plany na przyszłość i słyszę, że jutro ma zamiar upolować gościa który tylko za  „loda” kupuje rzeczy nawet do 500 zł. Nie daję za wygraną i sugeruje odleglejszy czas, szkołę, studia.
- Upierdliwa się pani robi trochę. Przyszłość? Studia?! Chyba pani żartuje!  Jak sobie „zapracuje” na więcej dobrych ciuchów, to się wkręcę na branżową imprezę z bogaczami.  I złapie jednego na dzieciaka, no wie pani, na ciąże. Ustawie się na całe życie, bo na pewno nie będę biedować jak moi starzy.

Adam ma 16 lat. Trochę ryzykując, zaczepiam go, gdy stoi pod sklepem. Tłumaczę kim jestem i o czym chcę napisać. Słyszę, że jak mu odpalę na wino to ze mną pogada. Mówię, że niestety nie mogę. Mam syna w jego wieku, nie chciałabym żeby mu ktoś ” odpalał na wino” , tym bardziej, że jest bardzo chory. Patrzy na mnie i mówi, że przyjdzie tu jutro po jedenastej, teraz nie ma czasu.
Wracam nazajutrz, pytam czy mnie pamięta. Uśmiecha się z niedowierzaniem, że jednak przyszłam. Siadamy na schodach, z tyłu małej przychodni.
- Piję już 5 lat. Tak, nie przesłyszałaś się. Miałem około jedenastu jak mnie ojciec pierwszy raz poczęstował. Matka się ze mnie śmiała do kumpli, że zuch jestem, bo prawie pół litra wydoiłem i tylko raz rzygałem. Nas w domu, rodzeństwa, było sześcioro ale tylko  ja z siostrą zostałem. Resztę maluchów do domu dziecka opieka zabrała, jak ojca zadźgali. No normalnie, nożem. Pił gdzieś z jakimiś kolesiami, pokłócili się o coś i go sprzątnęli. Matka mówi, że dobrze, że choć ja zostałem, bo pić ma z kim. Szkoła? Chodzę i to bardzo chętnie bo zawsze tam jakiegoś dzieciaka skroję. Nie, nie biję, nie muszę. Jak mnie widzą, to sami mi oddają co mają – uśmiecha się ironicznie, choć w oczach dostrzegam smutek. Miałem dziewczynę, niedawno. Nawet chciałem się dla niej zmienić ale z dobrego domu była. Jej ojciec mnie znalazł i zapłacił pięć stów żebym jej spokój dał. Kurcze, chlaliśmy tydzień bez przerwy, piękny czas to był. No co tak patrzysz? Piękny, bo pijesz i nic nie pamiętasz, nic nie czujesz. Nie myślisz o tym, że po twoim domu biegają karaluchy, że za ścianą jakiś menel obraca twoją matkę, a ty znowu musisz iść skroić parę bachorów, żeby móc choć na chwilę odpłynąć. Leczyć się, wyrwać mówisz? Jeśli kiedykolwiek uda mi się z tym skończyć, to tylko w jeden sposób. Czasem jak za dużo wypiłem, to widziałem moją babcię. Jak przez mgłę ją pamiętam, dzieciak byłem jak umarła. I widzę ją czasem i takie ciepło czuję. Ona dobra była, jeść nam dawała, czytała bajki. Jak z tym skończę, to położę głowę na jej kolanach i będę słuchał jej głosu już na zawsze, rozumiesz?

Wczoraj w Klinice Mukowiscydozy  zostawiłam syna. On też jest uzależniony. Od leków, od tlenu w rurce, od sączących się kroplówek, od czterech ścian szpitalnej izolatki. Ktoś powie, że bredzę, bo przecież  uzależnienie jest winą choroby a nie jego.

Kto więc jest winny  za uzależnienia  Asi, Marka, Domi, Adama i innych dzieciaków?…

Rozejrzyj się dokładnie, bo może właśnie umyka ci fakt, że w twojej rodzinie nie wszyscy są „obecni”…