Archiwa kategorii: depesja

” On mnie bił, upokarzał, zdradzał. A ja wciąż do niego lgnęłam, jak suka do psa. Rozumiesz? Ja do dziś nie…”

Domi, to piękna około trzydziestoletnia dziewczyna. Jej cholernie zgrabne ciało, pokrywają tatuaże. Obserwowałam gdy szła chodnikiem, oglądał się za nią prawie każdy facet. Wystarczyły mi też trzy zdania z jej ust, żeby wiedzieć że mam do czynienia z mądra, nie książkowo inteligentną kobietą  - Jakim więc pieprzonym cudem, siedziała tyle czasu z tym – uciszyłam własne myśli w połowie, stukając się w czoło. Przecież też kiedyś byłam taką Domi. 
- Nie jestem z nim już blisko rok, a nadal oglądam się za siebie. On mnie bił, upokarzał, zdradzał. A ja wciąż do niego lgnęłam, jak suka do psa. Rozumiesz? Ja do dziś nie. W domu rodzinnym mi się ewidentnie nie układało. Ciągle jakieś scysje z matką. Czasem mam wrażenie, że ta baba mnie nienawidzi. Ja jej zresztą też - Zaciąga się e papierosem i wypija spory łyk wody. Zawieszamy się obie. Ona pewnie oglądała w pamięci obrzydliwe kadry, które nigdy nie powinny się w jej życiu wydarzyć. Ja niechcący wróciłam pamięcią do sytuacji sprzed lat – Środek nocy, z dwójką dzieci w spacerówce, szukam otwartej apteki. Puste, zimne ulice. On kazał nam wypierdalać, bo płacz rozgorączkowanej, rocznej córki, nie dawał mu spać.

- Pojawił się nagle. Ja po kolejnej awanturze z matką, siedziałam w barze do którego przychodził. Już wcześniej zwróciłam na niego uwagę, wiem że on na mnie też. Był w moim typie, dobrze zbudowany, silny, też miał tatuaże które uwielbiam. Miał też dom, potrafił się zachować, miał klasę. To się tak szybko podziało, zamieszkałam u niego po miesiącu. Bardzo chciał, nalegał, był taki szczęśliwy gdy się zgodziłam. Przewiózł mi rzeczy, pomógł, pozwolił urządzić salon i sypialnie, po swojemu. Wiesz, szczęściara roku! Nie miałam nic i nagle, dostałam wszystko. I serio bardzo go kochałam i czułam, że on tez mnie kocha tak bardzo jak jeszcze nikogo przedtem. Było nam ze sobą obłędnie dobrze, w łóżku ogień. Kwiaty, podróżne, dobre restauracje i seks, po którym czujesz się jak pierdolona księżniczka. Wiem co myślisz – laska z patologii zachłysnęła się bogatym gościem i hajs jej w dupie poprzewracał. Chciała mieć wszystko za nic. Nie, on nie był bogaczem. Dom postawił, bo na to ciężko zapieprzał, często wyjeżdżał za granicę. Nie było go po dwa, trzy miesiące i wracał na trzytygodniowy urlop. Na początku non stop skype, smsy, tęsknota. Tak, widziałam że popija i jest potem dziwny. Wysyła natarczywe wiadomości, zazdrość granicząca z wulgaryzmem. Potem przepraszał a za chwilę robił to samo. Wiesz kiedy i za co mi pierwszy raz strzelił tak, że wpadłam między krzesła w jego salonie? Zjechał po dwóch miesiącach i zaraz na drugi dzień, czepił się o bzdurę. A ja wiesz jak zwykle, wysprzątane, nagotowane. Nawet upiekłam coś choć tego nienawidzę. Pracowałam też, co prawda głównie w domu bo projekty. Ale co ja ci tłumacze, też pewnie większość w domu piszesz. I on nagle do mnie, że syf. Pytam z gałami wielkimi jak hula hop, o co mu chodzi? Przecież tu jest jak w laboratorium. A o na to, co robiłam cały ten czas, bo raz nie odebrałam telefonu i podobno ktoś mnie w nocy z kimś widział. Zła, bo oskarżona bezpodstawnie, prycham że nie wyłażę stąd miesiącami, tylko to co muszę. On wtedy się zerwał, rozwalił drzewo ułożone koło kominka i przyłożył mi tak, że na chwilę straciłam kontakt z rzeczywistością. Poprawił po głowie, gdy usiłowałam się podnieść - We mnie tłucze się jedna myśl i nie wiem, jak ona ją odczytała. 
- Dlaczego nie odeszłam? A ty? Skąd wiem o tobie? Widzę jak reagujesz – Gasi mnie jednym zdaniem.
- Święciłam dzień, w którym wyjeżdżał. Wiedziałam, że będzie nawet kilkadziesiąt dni spokoju. Niestety podszytego strachem, bo wiedziałam też  co mnie czeka gdy wróci. Nawet gdybym się nie wiem jak starała, on już wracając z delegacji się na mnie buzował. Widziałam to od razu, gdy tylko przekroczył próg domu – Gdzie byłaś?! Z kim?! Łżesz suko, że nie wychodziłaś! Zajebie cię! I jego silna męska dłoń, zaciskała się na szyi, aż siniałam. Ona na moment zamknęła oczy i zacisnęła pięści. Ja znowu w stanie zawieszenia, jakby z góry widziałam scenę z przeszłości – Leże na podłodze w łazience. Z rozciętej wargi i rozbitego nosa sączy się krew. On kopie w brzuch. Mocno, za mocno. Byłam w trzecim miesiącu ciąży.
- Raz w życiu do kumpeli na noc poszłam. Sam mi pozwolił. I dzwoni nawalony po trzech godzinach. Wrzeszczy, przeklina, że mam wracać. Odpowiadam stanowczo, choć z dławiącym lękiem, że nie wracam dziś. On kończy rozmowę a po godzinie widzę z okna, jak jeździ. Tak, po alkoholu. Sprawdza, czy na pewno tu jestem. Miał obsesje. A ja go nawet w myślach nie zdradzałam. Rozumiesz? Ja go tak bardzo kochałam, myślałam że moje uczucie go wyleczy, zmieni na dobrego człowieka. Przestanie bić, krzyczeć, wyzywać. Tym się karmiłam. Złudzeniami i paniką przed samotnością. Wmawiałam to sobie, gdy skulona w kącie czekałam aż przestanie mnie szarpać, pluć na mnie, wyrywać włosy. Bo były momenty, w których płakałam ze szczęścia. Myślałam – to choroba, damy radę. Uspokoi się szybko gdy zobaczy, że rozumiem, że mimo wszystko trwam, że z całych sił wierzę w to, że przestane być szmatą a zacznę dziewczyną. Jego ukochaną - Czuje jak wbija mnie w fotel, zaczynam chcieć żeby skończyła, że już mam materiał żeby napisać. Bo ona kończąc swoją wypowiedź, nieświadomie sprawia, że znowu coś widzę. To z teraz. Mój psycholog, wieczorna sesja. On słucha, patrzy i mówi  - Pani największy problem, polega na jednej podstawowej rzeczy. I nie jest związany z chorobami, żałobą, innymi strasznym rzeczami. Gdy mówi Pani o byłym partnerze, ojcu waszych dzieci to cała się Pani napina, sztywnieje. Po 10 latach od rozwodu, ucieczki na drugi koniec świata, zabezpieczających was pism sadowych, zakazach, braku kontaktu i wiedzy na jego temat. Mimo tego wszystkiego, Pani nadal się go panicznie boi. 
- Wiesz zanim pójdę, bo raz że już późno a dwa, że to już chyba wszystko. Wybacz, jednak więcej nie dam rady. Chciałam ci tylko jeszcze powiedzieć, że teraz jestem sama. Tak, co chwile się ktoś pojawia. Ale gdy tylko dochodzi do deklaracji czy uczuć, to ja uciekam. Najlepiej mi samej ze sobą. Myślisz, że tak już będzie zawsze?  Ty chociaż po gnoju masz dzieci, już nigdy nie będziesz samotna. A ja? Miałam marzenie o dwójce, o ślubie. Przecież mieliśmy dom i ogród. Jestem jeszcze taka młoda, a jak cień. Ktoś, kto w zasadzie nie istnieje. Jakbym nie żyła, przestałam marzyć. O czymkolwiek. 
Podnosi się i wyciąga do mnie rękę. Jakoś tak przyciągam ją do siebie i obejmuje, widzę że tego potrzebowała. Przez moment jeszcze patrzy na mnie tak, jakby chciała powiedzieć – Wiesz co jest najsmutniejsze? Przez ten krótki moment teraz, minęło nas minimum dwadzieścia kobiet. Popatrz, bo wśród nich jest co najmniej kilka takich jak ja. Dziewczyn od miłości, która zabija.
Wracam przez park, odsłuchuje nagranie. Jej głos zabiera mnie w ostatnia dziś podróż. Sala sądowa, druga sprawa o rozwód. Sędzina pyta go, dlaczego mnie tak krzywdził, co mu zrobiłam. – Ja ją kochałem, nadal ją kocham. Pani tego nigdy nie zrozumie.

Ponad 900 tysięcy kobiet rocznie doświadcza przemocy. Większość z nich swój dramat trzyma za zamkniętymi drzwiami.  I mieszka z oprawcą. 

ty

Powiedz im, że narkotyki zabijają nie tylko tego, kto je bierze.

Poznałam go kiedyś na jednym ze spotkań, dla rodzin uzależnionych. Poszłam tam z przyjaciółką, której mąż zaćpał się na śmierć. Zwyczajnie podał mi kubek z wodą, zamieniliśmy kilka zdań. Dałam mu adres swojego bloga i kontakt mailowy. Odezwał się po dwóch miesiącach. Bez ogródek napisał, że zgadza się na rozmowę. – Już od dawna o tym myślałem. O tym, żeby może trochę siebie oczyścić ale też przestrzec innych. Tylko tak sobie myślę, że narkoman w ciągu nie czyta blogów czy gazet. Wiem, bo sam byłem po tamtej stronie. Ale staram się wierzyć, że dobrze robię, że to potrzebne. Jeśli pozwolisz, będę mówił sam, po swojemu, chaotycznie.

Zgadzam się. Milcząc lekkim uśmiechem, włączam dyktafon, dolewam nam herbaty. I znowu zaczynam się bać. Bać tego, co za chwilę usłyszę.

- Dom miałem nijaki. Ani dobry ani szczególnie zły. Ojciec sporo popijał, nie bił, nie krzywdził fizycznie ale pił i prawie nie pracował. Jak umarł, mama została ze swoją skromną rentą. Bieda, nie będę ściemniał. Mieszkanie, opłaty i ja. Ten, który powinien stanąć na wysokości zadania, wesprzeć, akurat zacząłem poznawać tajniki amfetaminy. Tak, od razu z grubej rury i w sporych ilościach. Miałem 21 lat i mieszkałem w miejscu, którego najciemniejsze i omijane zakamarki, zaczęły mnie wciągać. Mama płakała, prosiła. Nie pracowałem a kasa była potrzebna. Udawało się kraść różne rzeczy, w różnych miejscach. A jak się nie udawało, to wynosiłem z domu co popadło. A wiele tego nie było. Po amfetaminie zacząłem szukać i błądzić. Haszysz, tabsy, różne leki, kwasy wszelakiej maści, grzyby. Rozumiesz, wszystko. I w końcu po latach wędrówki znalazłem ją, królową życia. Heroinę. Czułem przed nią jakiś wewnętrzny lęk, jednocześnie z palącym pragnieniem i fascynacją. Pierwszy raz? Wcale nie był taki piękny jak myślałem. Sporo po tym chorowałem ale mimo to, nie mogłem przestać o niej myśleć. Wróciłem, walnąłem kolejny raz i zacząłem płynąć. Płynąć tak, jak jeszcze nigdy.

Nie wiem kim teraz jestem. Staram się być po prostu człowiekiem, tylko wiesz to cholernie trudne. I nie chodzi mi o ludzi, że gadają tylko o mnie samego. Wspomnienia, to co z sobą robiłem. Brzydziłabyś się podać mi rękę. Z domu wyniosłem się sam. Czułem, resztkami człowieczeństwa, że albo się wyniosę albo ją zabiję, własną mamę. Wiesz, okradałem ją tak, że nie miała co jeść, wpadła w długi. Bywałem agresywny, kilka razy uderzyłem, raz dusiłem. Po prostu odszedłem licząc na to, że ktoś jej pomoże. To dobry człowiek był. Skromna, pracowita, nigdy się nikomu na życie i na mnie nie skarżyła. Kochała mnie, zawsze to czułem i wiedziałem. Nawet narkotyki nigdy nie zabiły do końca, tej pewności we mnie. Mieszkałem chwilę u znajomych takich jak ja. Niedługo, bo kłótnie o hajs, podkradanie dragów. W takim środowisku słowo wsparcie nie funkcjonuje. Narkoman to egoista. Wszystko odda za ćpanie. Matkę, dzieci, żonę i własną duszę. Trafiłem dosłownie pod most. Później dworce, klatki schodowe, ulica, altanki. I ciągły brak kasy. I jeszcze gorszy, niekończący się głód. Głód, który sprawia, że przestajesz być człowiekiem. Przestajesz siebie szanować, zrobisz co ci karzą. Dajesz dupy starym, napalonym, bogatym prezesom. Tak dobrze słyszysz, kilka razy to zrobiłem. Byłem męską dziwką za dragi. Byleby się naćpać, odlecieć. Nie musieć być tu, w tym cholernie trudnym świecie, do którego nigdy nie pasowałem.

I to obrzydliwe uczucie, gdy czasem wracasz na chwilę do świata żywych i uświadamiasz sobie, co zrobiłeś ze swoim życiem, ciałem. Na nieszczęście, chwilowe i zbyt słabe, by wyrwać z objęć nałogu. Te myśli, ta gorzka prawda pcha cię w ten nałóg właśnie jeszcze bardziej. I znowu masz argumentacje dla ćpania. Pytanie, po co to robię, skoro to przynosi tylko ból, straty, śmierć. To jest jak wolność. Złudna ale na tyle piękna, że jej ufasz. Chociaż na moment odrywasz się od tego co cię gnębi i przytłacza. I czym więcej tych problemów dochodzi tym bardziej i częściej chcesz, by zniknęły. Bierzesz, odrywasz się od ziemi, zostawiając na dole to, co ci przeszkadza. I płyniesz. Lecą dni, miesiące, lata. Coraz częściej bywasz na pogrzebach swoich kumpli. Upadasz coraz niżej. Znajomi odwracają się od ciebie z odrazą i lękiem, rodzina nie chce cie znać. Jesteś brudny, zawszawiony, skończony. I wtedy przychodzi ta myśl, która pojawia się prędzej czy później. Skończyć z tym, z sobą.

Dlaczego więc nadal tu jestem, od ponad roku czysty? Otworzyłem oczy, nade mną grupka ludzi. Orientowałem się powoli, że leże gdzieś w parku. I nagle widzę oczy mojej matki, ktoś po nią zadzwonił. A ja wiesz, obsikany, obsrany. Napisz to tak, jak mówię. Napisz im, jak wygląda człowiek, którego pokonał nałóg. Trafiłem na jakiś oddział, z którego oczywiście uciekłem. Sporo fantów jednak udało mi się jeszcze po drodze, zwyczajnie zapieprzyć. Sprzedałem to dość szybko i trafiłem na jedną z najgorszych melin w mieście. Towar był tam tańszy i zawsze, ale często zanieczyszczony. Tylko mi przecież  było wszystko jedno. I nagle, między tymi wszystkimi ćpunami, widzę jego. Syna mojej siostry. Przestaję oddychać, nie wiem co się ze mną dzieje. W głowie przeraźliwy krzyk, że on nie ma nawet osiemnastu lat,  w takim miejscu, zaćpany do granic możliwości. I słowa siostry, którą przypadkiem spotkałem jakieś pół roku temu, że mnie nienawidzi. I nigdy nie wybaczy. Gówniarz zapatrzył się we mnie, zachłysnął tym ścierwem. Nie, to nie będzie ckliwa historia o tym, jaki to wywołało wstrząs i sprawiło natychmiastową odmianę. Ćpałem tak dużo, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. W końcu któraś wpadka, wyrok. Więźniowie, odwyk, inny świat. Inni ludzie choć też po ciężkiej drodze. Też jak ja, odtrąceni przez życie. Choć z innych przyczyn. Było tam kilku takich, którzy zabijanie i gwałt, porównywali do narkotyków i nałogu. Myślisz, że to możliwe? Aż takie okrucieństwo? Tylko z drugiej strony, czym ja się różnie od tych zwyrodnialców? Powiedz im, napisz, że narkotyki zabijają nie tylko tych, co je biorą!

Teraz jestem ponad rok czysty. Przećpałem dużo lat swojego życia.Bardzo dużo. Tu, w tym ośrodku, staram się trochę pomóc. Opowiadam o tym, przez co przeszedłem. Ale to nie będzie historia z happy endem. Mój siostrzeniec nadal bierze a z pewnych źródeł wiemy, że zaraził się HIV. I jest też coś, czego nigdy sobie nie wybaczę. I jakbym się nie starał, nie jestem już w stanie tego naprawić. Chciałbym przeprosić moją mamę. Za wszystko. – Dlaczego tego nie zrobisz?. – Jakiś czas temu, przyszła do mnie siostra. Długo rozmawialiśmy, trudne to było, bolesne. Gdy wychodziła, powiedziała, że mama zmarła zaraz po tym, jak mnie w tym parku znaleźli. Serce nie wytrzymało. Myślisz, że ona jeszcze przyjdzie? Moja siostra? Myślisz, ze wróci?

Wierzę, że tak.

43

Zawód? Prostytutka.

Za życiem większości, czai się dramat.
Idąc ulicą i mijając kolejne osoby, nie zdajemy sobie sprawy z tego jak często wydaje nam się, że kogoś znamy.
Pan Jakub, właściciel kilku hoteli, sieci sklepów odzieżowych i dwóch marketów. Życzliwy, uśmiechnięty. Duży dom, basen i cztery samochody. A za ścianą dramat. Córka, podłączona do respiratora.
Pani Basia z warzywniaka. Zawsze uśmiechnięta i z dobrą radą dla innych. Ta wydawałoby się pełna radości kobieta, boi się wracać do własnego mieszkania. Już na klatce schodowej, jej twarz nabiera szarego odcienia. Oczy zapadają się i nie jest już tą uśmiechniętą panią z osiedlowego sklepiku. Bo tam, pod czwórką wraz z nią mieszka mąż. Mąż, który jest katem.                           Pan Stanisław – cichy, uroczy, starszy mężczyzna. Pilnuje aut na parkingu. Spokojny, inteligentny, miły. Jest samotny, bo jego żona zmarła zaraz po tym, jak ich syna zamknięto w więzieniu. Zgwałcił i zabił własną siostrę.

I ona. Pani Jola, mama Kasi.
Kasia ma 10 lat, dobrze się uczy, nie sprawia kłopotów. Ma lekkie upośledzenie umysłowe, porażenie kończyn, wadę wymowy, kłopoty ze wzrokiem. Jej mama stara się jak potrafi, choć samej ciężko. Ojciec dziecka dawno temu, wyjechał za granicę pracować i przepadł. Jola ma zadłużone mieszkanie, spłatę wcześniej zaciągniętych kredytów, rachunki i córkę na utrzymaniu. Szukała pracy bardzo długo i bezskutecznie .Zły los sprawił, że późnym wieczorem gdy Kasia już śpi, jej mama ubiera wyzywającą bieliznę, lakierowane kozaki a na zmęczoną twarz nakłada ostry makijaż. Peruką zmienia kolor włosów.
Staje się Samantą, która obdarta z resztek godności sprzedaje swoje własne ciało i resztki duszy, jak sama o tym mówi.  – Wiesz, wszędzie chodziłam, pisałam podania. Mój błąd, wiem bo nie mam wykształcenia. W domu było byle jak, nie że alkoholizm czy przemoc, nic z tych rzeczy. Po prostu rodzice byli jakby nieporadni. Ciągle jakiś Mops u nas bywał, bo brudno a ja i rodzeństwo zaniedbani. Ojciec dorywczo pracował, mama szyła w domu i ten ciągły bajzel, rozumiesz? Nie rozumiesz – zaciąga się dymem z papierosa.                                                                                      Sama mnie zagadnęła na pewnym forum, gdy szukałam materiałów do tekstu. Była zupełnie inna, niż poprzedniczki z którymi rozmawiałam. Wszystkie one bardzo skrzywione przez życie, poranione, z pękniętymi duszami ale Jola jakoś inaczej. Intensywniej.                                                 – Skończyłam szkołę podstawową i dwie klasy zawodówki. Darka poznałam na dyskotece, zwyczajnie. Piwo, taniec, jakaś rozmowa. Naturalnie, samo wyszło, że zaczęliśmy się spotykać. Bez romantyzmu, bez wzlotów. On po budowlance i w tym robił. Wynajęliśmy mieszkanie i Kasia się urodziła. Ja głównie w domu z nią, bo od razu jakaś inna była. Więcej uwagi wymagała, okazało się że trochę chora. Tak mówię trochę, bo zdaję sobie sprawę z tego jakie straszne tragedie po dzieciach chodzą. A moja księżniczka jest tylko trochę bardziej wrażliwa, nieporadna. Potrzebuje mnie. A ja jej. Jak powietrza – zawiesza się na chwilę. No i zadzwonił jakiś kolega, że praca w Danii, że zarobki duże. Darek powiedział, że na mieszkanie zarobi i wróci. Nie wrócił. Wiem, nieważne skąd, po prostu wiem, że kogoś tam ma, nas już nie chce. Alimenty płaci państwo, bo jego adresu nie można ustalić czy jakoś tak. Niewiele tego. A jeszcze jak tu był, to wiesz życie, więc pożyczki się brało, kredyt. Leki małej, rehabilitacja, od lekarza do lekarza, to kosztowało a pensja jedna była. Darek lubił wypić, nie bił nie awanturował się ale na to musiało być zawsze. A nie zawsze było, rozumiesz. Ponad rok zapomóg i zasiłków pomocowych, kurs w urzędzie pracy. Nawet chwile dwie roboty miałam ale wiesz jak teraz zatrudniają? Tyle ile ZUS zwraca za pracownika, potem następny. A może to mój pech po prostu, brak wiedzy, moja wina?.

Pytam, czy na pewno chce o tym opowiedzieć. – Chcę, nie żeby się wybielić czy wytłumaczyć. Chcę żebyś napisała, że większość z nas, tych które stoją przy drodze czy innym miejscu, nie zawsze robią to z chęci zysku, wyrachowania, własnego wyboru. Ja wciąż szukam innych rozwiązań, uwierz mi ale teraz moim zawodem jest prostytucja. Ktoś powie, że tak co druga z nas mówi, ale ja serio stoję tam dla Kasi. Nie chcę żeby odstawała od innych dzieci, bo buty podarte lub ubrania poniszczone. Bo na wycieczkę z klasą nas nie stać, na porządne biurko do nauki, na leki .Nie mogę! To moja córka, zasługuje na wszystko co najlepsze. Nawet takim kosztem. Pewnie, że cholernie się boję za każdym razem gdy wychodzę, że ją osierocę. Tak, bo nigdy nie wiesz na kogo trafisz. Raz oberwałam, dość poważnie. Nawet tego nie zgłosiłam, bo gdzie? Co im powiem, że jestem dziwką? Zabiorą mi Kasie a to dla mnie to samo, co śmierć. Za tydzień mam rozmowę w takim sklepie, szukają sprzątaczki. Gdyby się udało, nie musiałabym już więcej. Wiesz jak to jest, gdy obcy faceci robią z tobą co chcą, traktują gorzej niż rzecz a na koniec płacą. Wracasz do domu i przez dwie godziny, nie możesz zmyć z siebie ich smrodu. Nie możesz pozbyć się zabijającego cię od środka poczucia wstydu, gdy jesz z córką śniadanie. Albo gdy słyszysz, jak pyta co ma napisać, bo w pracy domowej jest zadanie dotyczące zajęcia rodziców. Wiesz co ja czuje, gdy muszę wyjść do sklepu, do urzędu, do szkoły. A jeśli któryś z nich mnie rozpozna i komuś powie, bo nie będzie zależało mu na własnej reputacji?. Tak to koszmar, który sama sobie zgotowałam. Chociaż, czy to tylko moja wina?

Tak łatwo nam oceniać. Po marce odzieży, modelu auta, wielkości domu. Po ilości wpływowych znajomych, urodzie, wykształceniu. Po charakterze, wykonywanym zawodzie, kolorze skóry. Dlaczego po prostu nie przyjdzie nam do głowy, że nie zawsze mamy wpływ na to, co się w okół nas dzieje. Dlaczego nie pomyślimy, że jesteśmy tylko ludźmi więc popełniamy błędy, zbaczamy z drogi w niebezpieczne rewiry, upadamy. Dlaczego nie chcemy zrozumieć, że życie pisze podłe scenariusze i nie zawsze potrafimy od razu znaleźć do niego odpowiednią korektę.

Dziś Dzień Kobiet. Pomyślałam o mojej walczącej z chorobą mamie. O Iwonie, która nie śpi już od bardzo dawna, bo modli się o życie swojego syna. Pomyślałam o ciężko chorej Ewelinie, której czas gaśnie. O Joli, która dla swojej córeczki jest w stanie zrobić wszystko, nawet się sprzedać. O Marioli, która pracuje ponad siły, zajmuje się domem i uczy po nocach. O bitej przez męża Barbarze. O kwiaciarce staruszce, która mokła dziś na rogu kamienicy. O mojej przyjaciółce,którą ktoś skrzywdził, bo chciała wierzyć, że może być ważna. I pomyślałam, czy to jednodniowe święto, nie jest smutnym żartem.

te

233

Ludzie Cienie

Jakub ma 17 lat.  Jest bardzo wysoki, ma ładną twarz, duże, brązowe oczy. Siadamy w szpitalnej kawiarence, zamawiam herbatę. Widzę jak on się waha, patrząc na spore ciastko z kremem. W końcu kupuje wodę niegazowaną.

– Dlaczego nie kupiłeś tego ciastka? Widziałam jak na nie patrzyłeś.

Uśmiecha się smutno, pokazując szereg zepsutych  zębów.

– To od wymiotów – słyszę – Wiesz, zanim wpadłem w anoreksje, miałem bulimię. Później przez długi okres na przemian, raz jedno raz drugie. Wściekle liczyłem kalorie i gdy matka podawała mi kanapki na śniadanie, po kryjomu zbierałem z nich  masło i wcierałem w skórę. Bo masło tuczy. Mdlałem z głodu i łapczywie patrzyłem na kolegów pochłaniających batoniki i inne słodycze. Kradłem ojcu pieniądze, bo on nigdy nie przywiązuje uwagi do tego, ile ma w portfelu. Kupowałem w sklepie co się da, byle dużo.  Zamykałem się w pokoju pod pretekstem nauki i zaczynałem swoją gehennę. Gdyby ktoś to zobaczył, ten  koszmar. Jesz jedną czekoladę za drugą, zagryzasz lodami i popijasz ogromnymi ilościami gazowanych napojów. Do tego wielka  paczka chipsów i kilka batonów. Przez moment czujesz się jak król. Szybko jednak spadasz ze swojego urojonego tronu. Czujesz ten cholerny ciężar w sobie, stajesz przed lustrem i zaczynasz brzydzić się samego siebie. Usiłujesz to powstrzymać, tę falę rosnąca w tobie, wydaję ci się, że masz ogromny brzuch, że już przytyłeś kilka kilogramów. Nie wytrzymujesz w końcu, sprawdzasz co robią rodzice, podkręcasz głośniej muzykę i wychodzisz do toalety. Wkładasz do ust  palce, masz tę czynność opanowaną do perfekcji. Nawet cichych wymiotów się nauczyłem. Jak? W necie są takie fora, wiesz, wymieniamy się doświadczeniami. Wychodzisz, myjesz twarz i znowu nie jesz. I tak co kilka dni. Czasem ataki obżarstwa były częstsze, czasem po prostu jadłem normalnie, ale to też mi przeszkadzało w żołądku. Strach przed utyciem. Od pół roku nie wymiotuje, mam 184 cm wzrostu i ważę 48 kg. Do szpitala trafiłem, bo mój stan zdrowia bardzo się pogorszył, nie byłem w stanie sam się ubrać czy umyć. Tak, miałem terapie, dwa razy byłem też w ośrodku. Oni swoje, moja głowa swoje. Jeszcze to gadanie ludzi, że to nienormalne. Ludzi szokuje, że na tę chorobę cierpi chłopak. Jakby ktoś gdzieś stwierdził naukowo, że na anoreksje umierają tylko dziewczyny.

– Dlaczego umierają? Wiele osób…

– Co „wiele osób”? Wychodzi z tego? To jakiś mit, nie wierzę w to. Mówią o nas: ludzie cienie. Wiesz dlaczego? Kiedy staniesz pod odpowiednim kątem na słońcu, twój cień będzie o wiele wyższy i wiele szczuplejszy, niż jesteś w rzeczywistości. Więc ja i inni chorzy, wciąż usiłujemy doścignąć ten cień.

Dominika ma 14 lat, od roku walczy o siebie.

– Patrząc w lustro, widzę osobę z nadwagą. Czuję obrzydzenie i złość . Staram się  patrzeć na siebie jak najmniej, by uniknąć poczucia winy.  Rok temu ważyłam 70 kilo przy wzroście 174 cm.  To było dużo, nawet bardzo dużo. Kilka razy usłyszałam, że powinnam zacząć o siebie dbać. Wtedy mnie to nawet szczególnie nie dotknęło, bo akceptowałam swoje ciało.  Najbardziej lubiłam jeść  ciastka i inne wypieki. Postanowiłam pójść na dietę, gdy przestałam się mieścić w ulubione ubrania.

Zaczęło się niewinnie. Stopniowo odstawiałam słodycze, białe pieczywo i ziemniaki. Później przyszło liczenie kalorii i obsesyjne myślenie  o nich. Tabele kaloryczne mam wyryte na pamięć.  Za cel obrałam sobie 500 kalorii dziennie i tego się trzymałam. Jeżeli  zjadłam coś nadprogramowo, to spalałam jeżdżąc na rowerku, czy wykonując rozmaite ćwiczenia. Były dni kiedy jadłam nawet po 200 kalorii. Ten czas jest w mojej głowie zamazany, nie pamiętam kiedy to wymknęło się spod kontroli. Przyszedł taki wstręt do siebie, nie wiem dlaczego. Nie wiem też, kiedy pojawiły się żyletki i okaleczania. Wolałam krzywdzić siebie, niż ludzi wokół. Myślałam, że to lepsze rozwiązanie. To w pewnym stopniu, karanie siebie za coś, nad czym przestałam panować. Dziś mam 179 cm wzrostu i nadal ważę za dużo. Nie powiem ci ile, bo wstydzę się tych okropnych kilogramów.

Patrzę na jej wychudzone ciało i pytam o marzenia.

– Chciałabym, żeby ludzie byli bardziej szczęśliwi. Zwracali uwagę na drugiego człowieka. A ja? Bardzo kocham moich najbliższych, martwi mnie to, że oni cierpią przeze mnie, bo się o mnie boją. To dla nich się staram i wierzę, że dzięki ich wsparciu wygram walkę z tym, co mnie tak niszczy. Tylko najpierw muszę się nauczyć patrzeć na siebie inaczej, akceptować siebie taką jaka jestem. A to bardzo trudne, bo z lustra nadal patrzy na mnie gruba, wstrętna dziewczyna.

„Rośnie liczba młodych osób chorujących na anoreksję. Specjaliści biją na alarm. Na tę śmiertelną chorobę cierpią nawet 9-latki. To nie jedynie wina mediów promujących przesadnie szczupłe modelki i tysiące magicznych „diet cud”. Winę za to ponoszą również relacje rodzinne i dysfunkcje. Według ekspertów młodzi ludzie dążą do śmierci, żeby ratować rodzinę lub któregoś z rodziców.” – źródło Fundacja Drzewo Życia.

Klara chorowała od 10 tego roku życia. Na 21 urodziny dostała piękny, błyszczący wózek.

” Obudziłam się, po dwóch tygodniach śpiączki, ważyłam całe 26 kg. Nie było tortu, fajerwerków, imprezy z przyjaciółmi. Tylko łzy rozpaczy moich rodziców i zdziwione oczy pielęgniarek. Zszokowanych tym, że jeszcze żyje. Wtedy myślałam, że już wszystko pojęłam, zrozumiałam swoją chorobę, wiem jak z nią walczyć. Byłam pewna, że jestem w stanie siebie uratować , że chcę żyć i wiem jak to zrobić. Byłam  pełna nadziei, nawet chyba radości, nie wiem, bo już zapomniałam jakie to uczucie. Mama płakała, ojciec milczał, a ja przez ten krótki moment chciałam normalnie żyć.

Dotarliśmy do domu, znalazłam się w swoim pokoju. Otworzyłam drzwi od szafy, w której miałam ukryte lustro. I wszystko pękło. Przede mną siedziała otyła, obrzydliwa dziewczyna, pod którą uginały się koła wózka inwalidzkiego. Zrozumiałam, że ten euforyczny przebłysk w szpitalu, był spowodowany urodzinami. Urodzinami tylko po to, by nadal umierać w cierpieniu i samotności.”

Rok później, na urodzinach Klary, znowu nie było świeczek na torcie. Tylko kilka zniczy i szarfa z napisem: „Dla naszej ukochanej córki. Na zawsze w naszej pamięci.”

 

Anika Zadylak – Werner: Tekst w dużej mierze powstał dzięki oraz przy współpracy, mojej  13 letniej  córki Klaudii, która w przyszłości chciałaby zostać psychologiem i pomagać osobom cierpiącym na anoreksję i bulimię. Tekst ukazał się również na portalu Ogarnięci Rodzice.

233

depresja

Wiele twarzy tego samego piekła…

- Coś ty taka dziwna ostatnio? Nieobecna i przybita? Deprecha? Nie przejmuj się, to ma każdy  na jesień. Spadnie śnieg, przyjdzie sylwester i zobaczysz, jak ręką odjął!      Nie odzywam się, tylko żegnam i frunę do domu. Tak frunę. Tam nikt nie będzie zadawał pytań. Jest koc, zasłonięte rolety, lampka wina. Duża, ogromna lampka. Jeszcze tylko status na fejsie, coś głupio śmiesznego, niech wszyscy myślą, że jest ok i mogę płynąć. Płynąć w dół.

Budynek w którym jestem, nie ma krat w oknach, obdrapanych ścian a  po korytarzach nie snują się nafaszerowani psychotropami zombie. To obrazek namalowany przez tych, którzy takie placówki znają z horrorów. Pokoje są ładne, dwuosobowe, podział na oddział męski i damski, ogromna sala z pianinem dla terapii grupowych. Piękny ogród, do którego można wyjść praktycznie w każdej chwili. Siadam na ławce, ostatnie promienie słońca. Czekam.

- Cześć, jestem Anika i też tu kiedyś byłam. Mówię ci o tym, bo może wtedy będzie łatwiej rozmawiać. I nie, nie jestem już zdrowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Wciąż się z „nią” zmagam. A ty?    Przygląda mi się chwilę, wyciąga  papierosa, dziwi się że nie palę. I pierwsze co robi, to ściąga z szyi apaszkę. Widzę sino żółty ślad. Jakby ktoś, farbką o brzydkim kolorze pociągnął taką linię, na około głowy.
- Miałam normalny, ciepły dom. Może nie byliśmy bogaczami ale nie brakowało mi niczego. Rodzice mówili do znajomych, że jestem po prostu nieśmiała i wrażliwa, a ja wiedziałam, jakby czułam, że to nie to. Nie bardzo lubiłam ludzi, bywały dni, że symulowałam choroby, żeby tylko nie iść do szkoły. Nie musieć robić tych wszystkich czynności związanych z toaletą, jedzeniem, rozmawianiem. Potrafiłam tak tygodniami.  Pogrążona w sobie. A  zaraz po tym, nagle nie wiadomo skąd i dlaczego przychodziły te stany euforii. Siła do działania, uśmiech i ogromna chęć życia, miłość do świata i ludzi. Kiedy dorastając, zaczynałam rozumieć co to jest, od razu poprosiłam o pomoc. Nie byłam jednym z tych, którzy się nie przyznają. Miałam plany na życie. Te, które rodziły się w mojej głowie w tym ” dobrym czasie”.  A chciałam się  pozbyć tych ” gorszych chwil”, które bez skrupułów te plany niszczyły.  Zaczął się obłędny taniec. Lekarze, specjaliści, ośrodki, tony leków i lata terapii. I ta radość, gdy orientowałam się, że nie ma ” jej” już ponad pół roku. Działanie, robienie milion rzeczy na raz, ufność i wiara. I rozbijane na ścianie przedmioty, gdy patrzyłam jak wraca i nie umiałam tego powstrzymać. Ludzie i ich  dobijające, bezsensowne pytania. I te, szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. Taka zaradna, po studiach, piękna, uśmiechnięta, przebojowa i psychiatryk?! Fanaberie jedynaczki!  Przecież każdy wie, że ta depresja jest  modna, szczególnie w ostatnich latach. Mówili – Urodzi dziecko i mąż ją ustawi, to się chorowanie skończy.   Moja córka ma 10 lat, i gdy przychodzą demony, nie mam nawet ochoty i siły na nią patrzeć, bo i tak nic nie widzę. Nic prócz ciemności i  rozpaczy. Nie ma dla mnie jutra, dziś też raczej nie istnieje. Lewituje między życiem a śmiercią i daje sobą pomiatać. Nie kontroluje swoich myśli, jestem jak czyjaś marionetka. ” Ona” mówi, że moje starania są na nic, że i tak nie dam rady. Zresztą po co, skoro jeśli w ogóle  wypłynę na powierzchnie, to tylko na chwilę. Tydzień temu podała mi sznur, nie wiedziałam nawet, że mogę się sprzeciwić. To taki stan, że nie walczysz o siebie bo myślisz, że nie możesz. Na czas odratowała mnie córka. I teraz  walczę w tym miejscu, choć zdaję sobie sprawę z tego, że mogę nie wygrać i kiedyś, nikt nie wróci na czas.  A ty, Anika?
Nie ukrywam zmieszania i zdenerwowania. Drżą mi dłonie, oczy się szklą.
- Jesteś w miejscu, gdzie nie da rady tego ukryć. Nie musiałaś mówić, że kiedyś tu byłaś. Wystarczy że patrzę na ciebie i na to jak reagujesz . I wiem, że jesteś jedną z milionów, umierających na oczach tłumów.
Wykręcam się zgrabnie tłumacząc, że to zmęczenia i że mam jeszcze jednego rozmówce. Justyna uśmiecha się sarkastycznie i pokazuje mi okno, od swojego pokoju.

Paweł  to facet przed czterdziestką. Człowiek sukcesu. Piękny dom, piękna żona, piękne dzieci. Co tu robi? Usiłuje się pozbyć choroby, która zabrała mu już wiele. Dalszą rodzinę, która nie potrafiła tego zrozumieć, przyjaciół, którzy kpili za plecami a później prosto w twarz, że z dobrobytu się w dupie przewraca. A on kilka razy mało nie umarł, przedawkowując leki. Żona na skraju wytrzymałości, systematycznie błagana o jeszcze jeden powrót. Miliony nieprzespanych koszmarnych nocy, nienawiść do samego siebie. Nie, nie sięgał po alkohol i inne używki. Faszerował się psychotropami, w niedozwolonej ilości, byleby choć na chwilę zasnąć. Na chwilę,  złudnie się uwolnić. -  Nie poddam się, będę się z ” nią” szarpał dla dzieci, bo je kocham, bo są niczemu winne. I wiesz co usłyszałem? Usłyszałem, że mam walczyć dla siebie i o siebie! Nie mogę tego jakoś zrozumieć, bo czym ja jestem bez nich?    – A wiesz, co ja usłyszałam od swojego terapeuty?!  Gdy opowiadałam mu o swojej zdolnej córce, że niesamowicie  maluje i świetnie piszę? Powiedział mi – To pięknie, że odziedziczyła talent po mamie. Niestety wie pani, że nie tylko to jej przekazała?    Myślisz, że jestem ślepa? – Prawię krzyczę do spokojnie patrzącego na mnie Pawła – Że nie widzę jak moja córka się miota?! Najlepsi psycholodzy, innowacyjne leki, wszystko!  Nawet pakt z samym diabłem podpiszę jeśli trzeba będzie, byleby znów zobaczyć ją uśmiechniętą i pogodną. Taką, jaką była jeszcze cztery lata temu. I to moje poczucie winy, w tym wszystkim. Koszmarne, duszące każdego dnia.
Czuje jego dłoń na moich, ale  zabieram je pospiesznie, bo drażni mnie dotyk.  Wbiegam do budynku. Odnajduje pokój Justyny. Siadam na krześle, patrzę na pustą ścianę.
- Usiłujesz podnieść się z łóżka, czujesz przy tym, że śmierdzisz a pościel lepi się z brudu. Podchodzisz do lustra i widzisz siebie. Tylko nie możesz się poznać bo tłuste włosy, nadwaga, bajzel w głowie i głos, który uparcie wmawia ci, że jesteś już do niczego i że nie warto się starać. I jak potulne, ale głupie szczenie wracasz do swojego barłogu, zgarniając po drodze kolejną butelkę wina i leki nasenne, bo przecież sen to zdrowie. W naszym  przypadku niestety, to tylko coraz bliżej roztrzaskania głowy o zimny beton. Niby to wiesz ale toniesz, nie rozglądając się nawet za jakimś brzegiem – Przerywam na chwilę, bo kręci mi się w głowie.  – Ostatkami sił nakładasz maskę. Wychodzisz z domu po zakupy, rozmawiasz  z sąsiadem, nieustannie się uśmiechając. Gotujesz obiad i myślisz tylko o tym, żeby uciec. Twoje ciało długo nie wytrzymuje braku snu, złego żywienia, nadmiaru alkoholu i leków. Zaczynasz chorować fizycznie, co skandalicznie cię cieszy, bo teraz już jak torpeda, bez tłumaczenia się z niczego, możesz spadać coraz niżej. I zabijają cię wewnętrzne pytania, dlaczego i skąd? Przecież dzieciństwo wspaniałe, przyjaciół mnóstwo, rodzice nadal na każde zawołanie, cudowne dzieci. Nie wiesz, nie chcesz wiedzieć, nie rozumiesz, pogrążasz się. Buntujesz w końcu ale jest za późno, nie masz sił, motywacji, czujesz się jak wrak. Jak śmieć, który ma odruchy wymiotne na swój widok.  Myślisz nawet o tym, żeby zasłonić albo wytłuc wszystkie lustra w domu i uświadamiasz sobie, że szyba też odbija twoją postać. I szafa, i komoda.  I co, zniszczysz cały dom?!   Krzyczysz z całych sił, ale nikt cię nie słyszy. Bo deprechę przecież, miewa każdy. Skończy się z pierwszą gwiazdką, karpiem, wiosennym deszczem  czy innym gównem. Nie potrafisz myśleć inaczej! Masz żal do ludzi ale największy do siebie, bo może mogłaś coś zrobić, bo jesteś słaba. I przychodzą te najgorsze myśli, że twoje dzieci, bliscy, przyjaciele zasługują na kogoś lepszego…
- Przestań! – Zapłakane oczy, patrzą na mnie – Rozejrzyj się dziewczyno! I tu i w okół siebie! Widzisz?! Lekarze, nauczyciele, bibliotekarka, biznesmen, profesor, kasjerka, policjant, gwiazda z telewizora czy tak zwana zwykła sprzątaczka! Każdy może „ją” mieć, i u każdego wygląda to podobnie. Miliony, pozornie  uśmiechających się ludzi, w różnym wieku. Miliony istnień, takich samych jak ty. Mijasz ich każdego dnia, choć nawet o tym nie wiesz.

Na depresję choruje ponad 120 milionów ludzi na świecie. Cierpi na nią co dziesiąty Polak.
Dziękuję moim czytelnikom, którzy zechcieli się ze mną podzielić swoimi własnymi przeżyciami i spostrzeganiami. To pozwoliło mi zrozumieć, że trzeba o tym mówić głośno. Trzeba wyjść z cienia, chociażby po to, żeby innym łatwiej było zrozumieć, z czym się zmagamy. I że nie jest to chwilowe coś, które przejdzie z pierwszym wiosennym słońcem, czy podmuchem ciepłego wiatru.

Za trzy tygodnie, jeśli „ona” pozwoli, spakujemy się i pojedziemy nad morze. Zawsze gdy tam jestem, odwiedzam grób Bartka. Miał 30 lat, gdy stojąc w strugach deszczu na pogrzebie, słuchałam jego mamy, czytającej list pożegnalny, który zostawił – Starałem się, długie lata. Przegrałem swoją walkę ale ty, nie musisz. Proś i błagaj o pomoc, szukaj jej, nie ukrywaj choroby, walcz. I  podnoś  się z przegranych bitew, żebyś tak jak ja, nie poległ na wojnie.

Przegrałam z ” nią”  kolejną swoją bitwę  ale wojna, wciąż jeszcze przede mną. Jedyna wojna, która niesie nadzieję.

depresja

 

 

 

Nieobecni…

Drzwi otwiera mi młoda, szczupła kobieta i zaprasza do środka. Dom jest nieduży ale piękny. Jasne okna, ze smakiem urządzone wnętrze. Siadamy na kanapie, na komodzie obok stoi zdjęcie. – Tak, to Asia – odpowiada na moje nieme pytanie – W ubiegłym roku, na wakacjach. Naszych ostatnich, wspólnych wakacjach. Przyglądam się jej przez krótką chwilę. Ubrana na czarno, drżące dłonie, na twarzy wyraźny brak snu, lekko zgarbiona. Jak zawsze, nie zadaję pytań, tylko cierpliwie czekam. - Asia jest naszym jedynym dzieckiem. Przepraszam, była jedynym, tak ciężko mi się przestawić, choć minęło już ponad pół roku. Niczego nie zauważyłam. Często gdy przychodziłam na jej grób to nie płakałam, tylko analizowałam. Gdzie popełniliśmy błąd, bo przecież miała wszystko. Zarabiamy dość dobrze, stać nas na wiele rzeczy. W domu był spokój, wspólne wyjazdy, obiady przy jednym stole. Gdy znalazłam ją wtedy wiszącą w łazience, to w pierwszej chwili pomyślałam, że to nie nasza córka. Przecież jeszcze rano przy śniadaniu śmiała się w głos. Dopiero gdy tydzień temu, jedyna przyjaciółka naszej córki tu przyszła…Ja nawet nie wiedziałam, że Asia taką miała. Zawsze wydawało mi się, że dużo się uczyła, miała dobry kontakt ze swoją klasą, że była lubiana. Nie sprawiała nam problemów, dużo czytała, była grzeczna, kulturalna. Ta jej koleżanka przyniosła nam pamiętnik. Czytałam go już kilkanaście razy i nadal nie mogę tego zrozumieć, uwierzyć. Nic nie zauważyliśmy. Może tylko to, że była taka cicha i skryta. Do głowy by mi nie przyszło, że faszerowała się lekami uspokajającymi. Nigdy nie powiedziała nam, że klasa jej nie znosiła, że ją szykanowali, że bała się chodzić do szkoły. Znalazła jakieś forum dla ” takich jak ona”. Ktoś podał jej nazwę ” cudownych” leków, ktoś inny podpowiedział jak je zdobyć. Pisała o tym jak bardzo jej pomagają, jak wdzięczna jest człowiekowi które je dostarcza, że zawdzięcza mu życie. Boże! Jakie życie, jak nie ma jej z nami i już nigdy nie będzie?! Ostatnie kartki były tylko szarpaniną słów, błaganiem nie wiadomo kogo o pomoc. Pisała, że tamten ktoś zniknął, a ona nie wie jak zdobyć tabletki. Pisała, że dłużej tego nie wytrzyma, że czuje fizyczny ból, że ma koszmary i omamy wzrokowe. Na ostatniej stronie zeszytu, jest wpis ” pójdę tam, gdzie noc nie przychodzi nigdy, a strach i ból nie istnieją”. Wróciłam tego dnia trochę wcześniej, był wtorek a w czwartek Asia miała mieć czternaste urodziny. Chciałam coś zaplanować, coś przygotować. Weszłam do łazienki żeby się przebrać – przerwała nagle, wstała i skinieniem głowy poprosiła, bym poszła za nią. Otworzyła drzwi, weszłyśmy tam niemal jednocześnie. Podniosła dłoń i wyszeptała – Tu wisiała. Twarzą zwróconą do mnie -  zachwiało nią i pomogłam jej usiąść na brzegu wanny. Złapała moją dłoń, rozpłakała się. Ja zrobiłam to samo, już po opuszczeniu jej domu.

Matka Marka, spotkała się ze mną w parku. Usiadłyśmy na ławce, alejką przechadzała się młodzież, rodziny z dziećmi. - Ja, to już chyba nigdy tak z synem na spacer nie pójdę. On od ponad roku, żyje w innym świecie. Nawet nie swoim bo to przecież komputerowy, stworzony nie wiadomo przez kogo i po co. Chyba tylko dla zguby i zatracenia. Miewa czasem przerwy, wie pani, wtedy jak organizm już nie wytrzymuje i traci przytomność z odwodnienia i skrajnego wyczerpania. Zabierają go do szpitala, dają kroplówki, później siłą do psychiatryka. Tak, siłą bo sam przecież nie chce. On tam tylko dni liczy do wyjścia, żeby znowu móc ” wrócić do siebie”. Odkąd przyjechał z ostatniego leczenia, już tak blisko tydzień tam siedzi. Nawet fizjologiczne sprawy do wiaderka załatwia. Nie je, prawie nie pije. Kiedy mu coś przyniosę, to w ogóle mnie nie zauważa.  Jego twarz jest jakby nie jego, oczy przekrwione i wpatrzone w ekran monitora. Szkołę zawalił, prawie tam nie chodzi. Czasami krzyczę do niego i błagam, usiłuje go odciągnąć od biurka. Wtedy staję się agresywny, wypycha mnie z pokoju, nie reaguje na walenie do drzwi. To się zaczęło po śmierci mojego męża, wypadek miał, z synem związany był bardzo.  Tak, mam jeszcze córkę, na studiach jest w innym mieście, wstydzi się takiego brata i rzadko przyjeżdża. Sama z tym jestem, bo rodzina twierdzi, że to moja wina, że na zbyt wiele mu pozwalałam. Może mają rację, w żałobie tkwiłam i mało zauważałam. Nawet mnie cieszyło, że Marek ma tam przyjaciół, no w tym wirtualnym świecie, że może go zrozumieją, pomogą.  Nie przyszło mi do głowy, że to tak się może skończyć. Dopiero teraz do mnie dociera, że rok temu w wypadku straciłam nie tylko męża. Czuję się tak, jakby mój syn też  umarł. Przestaje mówić i pyta, czy chcę go zobaczyć. Wchodzimy do maleńkiego, skromnego mieszkania. Drzwi do jego pokoju są otwarte. Widzę postać, skrajnie wychudzonego chłopca, w samej bieliźnie. Siedzi na podłodze, przed nim laptop. Nie zauważa mojej obecności, choć siadam naprzeciw niego. Na ekranie monitora biegają strzelające do siebie postacie. Pytam go, co to za gra ale w ogóle nie reaguje. Jakby go tak nie było.  Matka odwraca się i wychodzi do kuchni. Zza ściany dobiega do mnie jej szloch.

Domi zaczepiam na forum. Specjalnym, dla dziewczyn uzależnionych od markowej odzieży. Zgadza się na rozmowę ale zastrzega, że nie poda prawdziwego imienia, tylko pseudonim. Bardzo chętnie opowiada o tym, jak zdobywa pieniądze na drogie ubrania czy dodatki. – Najgorzej było pierwszy raz, no wie pani, żeby to zrobić. Do samochodu mnie wziął, rozpiął rozporek a ja zamknęłam oczy i jakoś poszło. Opłacało się jak cholera! Matka by mi nigdy na taką drogą torebkę nie dała! Czy się bałam? No, może trochę ale gdy mu to robiłam to myślałam o tym, jak jutro w budzie, laski na widok mojego nowego zakupu będą gryzły paznokcie z zazdrości. Jestem z dużego miasta, w klasie myślą, że mój stary jest dyrektorem banku, więc się nie dziwią, skąd mam takie drogie rzeczy. Raz się nauczycielka przyczepiła, to jej nakłamałam, że mam bogatą ciotkę za granicą i przestała wypytywać. Moi rodzice pracują ale zarabiają mało. I jeszcze mam chorego brata i wszystko na niego idzie. A ja za nic na świecie nie chcę i nie  będę gorsza! Przecież nie robię niczego złego, przysługa za przysługę. Ja mu dobrze, on mi wskazany ciuch czy telefon. Zresztą mam już 15 lat. Niektóre w tym wieku dzieci rodzą ale spoko, ja taka głupia nie jestem, zabezpieczam się. Pytam ją, jakie ma marzenia. Odpowiada, że najnowszy model iphona i ze śmiechem dodaje, że musiałaby chyba jakiegoś ministra przelecieć, żeby jej taki sprezentował. Pytam o plany na przyszłość i słyszę, że jutro ma zamiar upolować gościa który tylko za  „loda” kupuje rzeczy nawet do 500 zł. Nie daję za wygraną i sugeruje odleglejszy czas, szkołę, studia.
- Upierdliwa się pani robi trochę. Przyszłość? Studia?! Chyba pani żartuje!  Jak sobie „zapracuje” na więcej dobrych ciuchów, to się wkręcę na branżową imprezę z bogaczami.  I złapie jednego na dzieciaka, no wie pani, na ciąże. Ustawie się na całe życie, bo na pewno nie będę biedować jak moi starzy.

Adam ma 16 lat. Trochę ryzykując, zaczepiam go, gdy stoi pod sklepem. Tłumaczę kim jestem i o czym chcę napisać. Słyszę, że jak mu odpalę na wino to ze mną pogada. Mówię, że niestety nie mogę. Mam syna w jego wieku, nie chciałabym żeby mu ktoś ” odpalał na wino” , tym bardziej, że jest bardzo chory. Patrzy na mnie i mówi, że przyjdzie tu jutro po jedenastej, teraz nie ma czasu.
Wracam nazajutrz, pytam czy mnie pamięta. Uśmiecha się z niedowierzaniem, że jednak przyszłam. Siadamy na schodach, z tyłu małej przychodni.
- Piję już 5 lat. Tak, nie przesłyszałaś się. Miałem około jedenastu jak mnie ojciec pierwszy raz poczęstował. Matka się ze mnie śmiała do kumpli, że zuch jestem, bo prawie pół litra wydoiłem i tylko raz rzygałem. Nas w domu, rodzeństwa, było sześcioro ale tylko  ja z siostrą zostałem. Resztę maluchów do domu dziecka opieka zabrała, jak ojca zadźgali. No normalnie, nożem. Pił gdzieś z jakimiś kolesiami, pokłócili się o coś i go sprzątnęli. Matka mówi, że dobrze, że choć ja zostałem, bo pić ma z kim. Szkoła? Chodzę i to bardzo chętnie bo zawsze tam jakiegoś dzieciaka skroję. Nie, nie biję, nie muszę. Jak mnie widzą, to sami mi oddają co mają – uśmiecha się ironicznie, choć w oczach dostrzegam smutek. Miałem dziewczynę, niedawno. Nawet chciałem się dla niej zmienić ale z dobrego domu była. Jej ojciec mnie znalazł i zapłacił pięć stów żebym jej spokój dał. Kurcze, chlaliśmy tydzień bez przerwy, piękny czas to był. No co tak patrzysz? Piękny, bo pijesz i nic nie pamiętasz, nic nie czujesz. Nie myślisz o tym, że po twoim domu biegają karaluchy, że za ścianą jakiś menel obraca twoją matkę, a ty znowu musisz iść skroić parę bachorów, żeby móc choć na chwilę odpłynąć. Leczyć się, wyrwać mówisz? Jeśli kiedykolwiek uda mi się z tym skończyć, to tylko w jeden sposób. Czasem jak za dużo wypiłem, to widziałem moją babcię. Jak przez mgłę ją pamiętam, dzieciak byłem jak umarła. I widzę ją czasem i takie ciepło czuję. Ona dobra była, jeść nam dawała, czytała bajki. Jak z tym skończę, to położę głowę na jej kolanach i będę słuchał jej głosu już na zawsze, rozumiesz?

Wczoraj w Klinice Mukowiscydozy  zostawiłam syna. On też jest uzależniony. Od leków, od tlenu w rurce, od sączących się kroplówek, od czterech ścian szpitalnej izolatki. Ktoś powie, że bredzę, bo przecież  uzależnienie jest winą choroby a nie jego.

Kto więc jest winny  za uzależnienia  Asi, Marka, Domi, Adama i innych dzieciaków?…

Rozejrzyj się dokładnie, bo może właśnie umyka ci fakt, że w twojej rodzinie nie wszyscy są „obecni”…