Archiwa kategorii: Bez kategorii

Gdy księżyc idzie spać, wstaje nowy dzień.

W marcu miną cztery lata. Cztery długie, dziwne lata. Od czasu gdy księżyc zasnął i mimo to, wstał nowy dzień.

Upalny czerwiec 2009 rok. W miejscu, gdzie życie odjeżdża pociągiem z biletem w jedną stronę, dwa skrajnie inne serca zaczynają bić. Życie rodzi się w umieralni i nie jest to opowiadanie science fiction. On skrajnie chory, Ona skrzywdzona do granic możliwości. Oboje nie wierzą już w nic, obdarci ze złudzeń i marzeń. Pogodzeni z losem, oswojeni z własną samotnością. Siadają na tej samej ławce. Na tej samej ławce, która mimo upływu lat, nadal tam stoi. Stoi pod zamkniętym oddziałem, po którym przechadzają się już tylko duchy. Jego dusza też tam hula. Wtedy byli razem. Byli mimo burz i powodzi.  Mimo setek kilometrów, pokonywanych dzięki łączom internetowym lub słuchawce telefonu. Jej głos. Jego oddech. Nie potrzebowali niczego więcej. Łąka nad rzeką, niebo pełne spadających gwiazd, obserwowane ze wspólnego balkonu. Splecione palce i wspólny szum krwi w żyłach. A między tym wszystkim ludzkie sprawy. Rachunki, wywiadówki, szklanki z hukiem rozbijane o ścianę. I szept rozdzierający ciszę, gdy w nocy przepraszał Ją za rozsypane szkło. I łzy i błagalne spojrzenie błękitnych oczu, gdy dławił się krwią. I mozolnie targane ciało, gdy On nie miał sił sam odkręcić kranu z wodą.   I taniec na działce pełnej kwiatów, gdy boso śmiejąc się głośniej od śpiewu ptaków, krzyczała, że kocha nad życie. Kocha, ponad śmierć. I milion wspólnych koncertów, kończących się wspólnym szpitalnym łóżkiem. Wtulał się wtedy w Nią resztkami sił i nie otwierając ust powtarzał, że dziękuje. Ona dzielnie udawała, że się nie boi i  że nie czuje nadchodzącej zimy.

I przyszedł marzec. Wszystko ucichło. Szklanki przestały pękać, kwiaty na działce nie chciały zakwitnąć, ławkę pokryła gęsta mgła. Zostało jedno serce z poszarpaną duszą. Przestał padać deszcz i wszystko uschło. Opustoszało szpitalne i małżeńskie łoże. I te noce bez świtu. I muzyka, która nagle zamilkła. Jak głos, który nie może się wydostać z gardła. Przez pierwszy rok, słyszała tylko zgrzyt zamka, suwaka czarnego worka. Dźwięk podszyty lodowatym powietrzem, odbijającym się od szarych ścian kostnicy.

Pierwszy raz, sama rzuciła talerzem o ścianę. Myślała, że nadejdzie noc, którą przepraszali się do utraty tchu. Nie rozumiała, dlaczego klamka w drzwiach sypialni nawet nie drgnęła, mimo to. Szalała na koncertach, wracając do domu otulona neonami ich małego miasta. I nikt Jej nie dziękował. Działkę porosły chwasty. Usiłowała je wytępić, bezskutecznie. Patrząc w lustro widziała swoją zmęczoną twarz i oczy, które już dawno straciły blask i kolor. Ptaki ją zagłuszyły, a śmiech był tylko sztucznym tworem Jej wyobraźni. Taniec zamieniła na długie spacery w jednym kierunku. Do miejsca, gdzie znicz rozświetlał Jego twarz. Gdzie piękne, mądre  martwe oczy patrzyły w dal, z płyty pomnika. Miotała się pomiędzy tysiącem wspólnych zdjęć, obcym łóżkiem, obcymi dłoniami a powrotami. Powrotami do swetrów przesiąkniętych Jego zapachem.

Blisko cztery lata po tym, jak przeszedł przez drzwi do których nie oddał nikomu kluczy, Ona żyje. Zasadziła na działce słoneczniki i latem tańczy wśród nich, skąpana ciepłym deszczem. Zbiera bilety z koncertów, nie oczekując na podziękowania od nikogo. Na swoim balkonie karmi ptaki, które nie są w stanie zagłuszyć Jej głosu, gdy śpiewa, że „nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości, jak ty”. Przestała się wzdrygać za każdym razem, gdy zapina kurtkę. Przestała panicznie się bać widoku nadjeżdżającej karetki pogotowia. Wie, że nic i nikt nie trwa wiecznie. Chociaż…

Pytałaś mnie, co czuje się cztery lata po śmierci kogoś, kto był całym światem.

Wdzięczność. Za każdą wspólną sekundę. I wiarę, że jednak nie wszystko umiera.

Tekst powstał na prośbę jednej  z czytelniczek.

P.S. Nie bójcie się kochać, bo to co prawdziwe, zostanie z wami już na zawsze. Nawet gdy jedno z serc,  wsiądzie do pociągu, bez powrotnego biletu.

tor1

Puk, puk! Kto tam? To ja…Śmierć.

Rodzimy się i umieramy. Taka kolej rzeczy.
A  wtedy, gdy to rodzice muszą pochować swoje dziecko, również?

Siedziałyśmy na korytarzu. Twarde, niewygodne krzesełka. Obdrapane ściany. Obok, izolatka z jednym łóżkiem. W łóżku, dziewczynka, za tydzień skończy  dziesięć lat.
- Powiedz mi Anika, ona umrze prawda? – Patrzyłam na nią i nie myślałam, co odpowiedzieć. Moje myśli krążyły w okół tego, że sama miesiąc temu dowiedziałam się o tym, że mój syn jest naznaczony. Naznaczony mukowiscydozą. Przerażał mnie każdy jego płytszy oddech, każdy niespokojny ruch. W salach obok, też leżeli naznaczeni. Ci trochę starsi i ci, którzy dopiero się urodzili. Byłam jedną z tych mam, które dopiero uczyły się z tym żyć. Żyć z wyrokiem wydanym, na ich dzieci.
- To niesprawiedliwe. Ty powinnaś być na innej sali, w innym miejscu. Młoda jesteś, pierwsze dziecko, diagnoza i od razu taka przeprawa – Nie wiem czy udawałam, czy nie chciałam wiedzieć, o czym mówi. Ta profesor przecież, nie owijała w bawełnę. Pierwsza rozmowa po pełnej diagnozie, statystyki, umieralność, trud leczenia, brak szpitali i specjalistów. Tylko, ja wtedy myślałam, że to takie gadanie, że musi mnie uświadomić bo w rzeczywistości, to tak przecież nie wygląda.
- W sumie, może to i lepiej, szybciej się oswoisz. I nie unikaj z nim rozmów, o odchodzeniu. I tak się dowie. Jak będzie już miał parę lat, powiedz mu wprost. Tak, tyle wystarczy, nasze dzieci szybciej dostrzegają, mocniej to czują. Widzą, jak ze szpitalnych sal, w czarnych workach, znikają ich koledzy – Nie poruszałam się prawie, nawet oddychałam inaczej. Chciałam, żeby przestała mówić, chciałam wstać i zabrać moje dziecko. Uciec.
- Myślisz, że powinnam iść teraz do niej? Usiąść, wziąć ją za rękę i pozwolić odejść? – Nie patrzyłam na nią, tylko na okienko tej izolatki. Leżała tam. Miliony rurek, kroplówek, kabelki i monitory. Ledwo można było, ją dostrzec. Myślałam – Kobieto! To twoja córka! Po jaką cholerę mnie umoralniasz i tłumaczysz, co mam zrobić z moim synem skoro sama…I wtedy to sobie uświadomiłam. Ona się bała. Siedziała koło mnie na tym zimnym, twardym krzesełku i próbowała oddać mi trochę swojej bezsilności i lęku. Swojego przerażenia i strachu.

Zrozumiałam to, kilkanaście lat później. Gdy w podobnym miejscu, w żółtym ochronnym fartuchu, siedziałam obok innej kobiety. Na Oiomie, niemalże jednocześnie umierał mój mąż i jej syn. Opowiadałyśmy sobie absurdalne sytuacje, radziłyśmy, jak porozmawiać o tym z dziećmi, jak żyć dalej. Lekarze patrząc mi w oczy i wyrzucając z siebie słowa o sepsie, o braku pracy nerek, o lecącym ciśnieniu mówili mi, że on umiera. Ja nie słyszałam. W mojej głowie tliły się inne obrazy i dźwięki. O tym, że jeszcze jest jakaś nadzieja, że cud, że to nie może być prawda. I nawet gdy wyciągałam z szafy garnitur do trumny a mój syn krzyczał – Nie będę się leczył rozumiesz?! Zabierz ten pieprzony inhalator, nie będę tego brał bo i tak zdechnę jak ojciec! Udławię się własną krwią, zakopią mnie w lodowatej ziemi, więc  zabieraj się z tymi wszystkimi lekami! – to ja myślałam, że to się nie dzieje.  Przecież obiecałam mu kiedyś, mojemu ukochanemu mężowi, że zrobię wszystko, żeby uratować jego życie. A okazało się, że byłam jak ta matka z twardego krzesła – chciałam zrobić wszystko, a nie mogłam nic. Nie mogłam.

 
- Mamo, a kiedy umrę, będę tam sam? – Miała rację, pomyślałam, wystarczy im mieć kilka lat, żeby się po prostu domyślić. Tyle rozmów na ten sam, bolesny temat. Tysiące scenariuszy, moich łez i jego pocieszeń. Przerażających myśli, które nagle budzą w środku nocy, uporczywie biegając po głowie. Czy nie będzie mu tam zimno i że boi się ciemności. Modlitw nie wiadomo do kogo, o to, żeby nie cierpiał, nie dusił się. Żebym miała za co go pochować, zapalić znicz, kupić kwiaty. I zaraz po tym, nienawiść do samej siebie, za te myśli, za przedwczesny płacz. I znowu poranek, znajome charczenie, krew, duszność, karetka i jego oczy. Te oczy które mówią i bezgłośnie pytają – Jak długo jeszcze? Dlaczego ja, mamo? Po co to wszystko? To piekło na ziemi? Mamo, pozwolisz mi? Dasz mi odejść, kiedy już nie będę miał sił walczyć?

Dziś rano odebrałam telefon, od przyjaciółki. Miał być przeszczep, miał być koniec ich drogi przez mękę. Stało się inaczej. Mój syn, słysząc te rozmowę i pakując plecak do szkoły, podszedł,  pogłaskał mnie po głowie i wyszedł.

Wytrzymałam sama ze sobą do południa, wsiadłam w miejski i jeździłam bez celu. Koło parku, zauważyłam jego zgarbioną postać, snującą się w ten szary, ponury dzień. Wysiadłam, chciałam podejść ale dostrzegłam, że przysiadł i schował twarz w dłoniach. I dotarło do mnie, że on boi się bardziej, niż ja.

W izolatce zrobiło się głośno i nerwowo. Lekarze, pielęgniarki. Zerwała się z krzesła i pobiegła tam. Mała patrzyła w jeden punkt. - Mamo, puka słyszysz? Otwórz jej.
Patrzyła na drzwi, zza których dobiegał tylko dla niej słyszalny dźwięk.
- Mamo, już czas. Otwórz jej, proszę. To ona. Śmierć.

smierc

 

Moje dziecko ma dziecko

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do ośrodka dla Samotnych Matek, moim zamiarem było przygotowanie ogólnego reportażu. I wtedy, spotkałam  Gosię. Co ją odróżniało, od reszty zamieszkujących tam kobiet?
– Niech pani poczeka jeszcze chwileczkę, ja tylko Kubusia przewinę i już będziemy mogły porozmawiać.

Patrzę jak starannie i spokojnie, przebiera synka. Jest cierpliwa i opanowana. Zauważam chyba tylko lekki niepokój.

– Dopiero się uczę, czasem to nawet jakby się go boję – przerywa i patrzy w oczy dziecka. Mały spokojnie zasypia, a Gosia siada naprzeciw i sama zaczyna opowiadać.
– 15 lat  miałam skończone, gdy do łóżka zaczęliśmy chodzić. Nie, nie zmuszał mnie, choć starszy był o pięć  lat. Rodzice to wie pani,  ojciec po robocie z kumplami pił, a matka nas w sumie siedmioro miała, to i  zmęczona była ciągle. Chyba się cieszyła, jak mnie i części mojego trochę starszego rodzeństwa, nie było w domu. Czasem ojciec się darł, jak ze szkoły ze skargami  dzwonili, no że oceny złe, że wagary, że jakiś chłopak spoza szkoły mnie odbiera.  Ale powrzeszczał chwilę jak się spił i tyle. Zabezpieczaliśmy się. Na początku. Tylko  Rafał mówił, że tak nie chce, że przecież się kochamy, że jak coś to chyba zna sposoby. Żeby no wie pani, pozbyć się. Nie myślałam o tym, co będzie, bo było fajnie. Na imprezy chodziliśmy. Mówił, że zamieszkamy razem, telefon mi kupił. Jak mi się okres spóźnił, to jakoś tak mnie to obeszło. Bo ja w sumie, aż tak chyba regularnie nie miesiączkowałam.

Siedzę, lekko wbita w szary fotel. Wciąż słucham jej i jednocześnie, usiłuję zapanować nad tymi „chyba” w mojej głowie. Dużo ich, za dużo jak na takiego dzieciaka.
– Po dwóch miesiącach, gdy nadal nie miałam miesiączki, powiedziałam mu. Zaczął panikować, darł się coś, że prokurator jakiś, że go posadzi. Obiecywał, że pomoże, że coś wymyśli. I tyle go widziałam. Podobno w Anglii jest – przerywa na chwilę i zagląda do łóżeczka.

– Ja to  zawsze taka chuda byłam jak teraz, dlatego  szczerze to do siódmego miesiąca mało co było widać . Później, to takie większe bluzy po bracie nosiłam.
– Zaraz, to ty nikomu nie powiedziałaś?
– Nie no, powiedziałam przyjaciółce. I ona wymyśliła, że jak się zacznie to do piwnicy takiej pójdziemy i ona mi pomoże urodzić. A potem, pod kościół czy gdzieś położymy, to ktoś weźmie. Tylko, że w domu się w nocy zaczęło. Te wody mi odeszły, czy jakoś tak, matka narobiła rabanu, pogotowie i wszystko się wydało. Ja od razu mówiłam, że tego dziecka nie chcę! Nie mam kasy ani warunków żeby je utrzymać jakoś!  Tylko, że to nie było moje jedyne zmartwienie. Nie wiem skąd i po co ta policja, jakaś kobieta z Opieki?  Poród był koszmarny, bolało, mały nie chciał chyba wyjść. Jak przez mgłę pamiętam, takie strzępki rozmów. Ta pani z Opieki mówiła, że mi pomogą, że znajdą dom dla takich jak ja, jeśli oczywiście chcę dziecko wychować.
– A ty przecież, nie chciałaś?
– Tak mi się wydawało, ale… jak mi Kubusia pokazała taka fajna pielęgniarka to… nie wiem, dziwnie mi się zrobiło. Płakałam, tak mnie w środku coś dławiło i dusiło. Śniło mi się, że Kubie się krzywda dzieje, że płacze, a ja nie mogę go dotknąć.  No i prosiłam, żeby ta Pani z Opieki mi wytłumaczyła, co się stało i żeby mi powiedziała, co robić.

W domu mnie nie chcieli i tyle, nie chcę o tym gadać, ok? Nie chcą nas to nie, poradzimy sobie sami! – przerywa i ponownie  patrzy z czułością, na śpiące maleństwo. – Wie Pani, tu jest serio dobrze. Kończę szkołę  i Siostry są miłe. Bardzo wielu rzeczy mnie nauczyły. Nie myślę aż tak o przyszłości. Dlaczego? Bo się zwyczajnie jej boję, ale wiem, że syna sobie odebrać nie dam! Nigdy tak nikogo nie kochałam i zrobię wszystko żeby był szczęśliwy. Będę dobrą mamą!
– Już jesteś – wstaję i mocno ją przytulam. Rozmawiam jeszcze chwilę z Dyrektorem Domu. Głównie o tym, że ciągle czegoś im brak i na coś brakuje pieniędzy. I o tym, że na trzydzieści dziewczyn takich jak Gośka, mogą przyjąć zaledwie cztery.

Wychodzę i wykonuję telefon. Do innego domu. Kiedy tam dojeżdżam, wita mnie uśmiechnięty mężczyzna około czterdziestki. Dom jest duży i piękny, z ogrodem. Stoją przed nim dwa auta. Wchodzimy do środka. Witam się z panią domu i uśmiecham do ślicznej, półrocznej dziewczynki. Herbata, chwila luźniejszej rozmowy.
– Pewnie panią dziwi, że sami zadzwoniliśmy. Dyrektor Domu Samotnej Matki wspomniał, że będzie pani robiła tam reportaż i… pomyśleliśmy, że może dobrze byłoby napisać o dwóch stronach niby tej samej sytuacji. Ponieważ nasza Asia, nie jest taka jak te dziewczyny z ośrodka.
– Jest gorsza!  – głos pani domu i babci małej Amelki przeszył mnie tak, że na moment zamarłam.
– Nie patrz tak na mnie, dobrze wiesz, że mam rację! Tamte dziewczyny najczęściej pochodzą z domów patologicznych, mają bardzo ciężką sytuację materialną. Ich rodzice piją, bądź nie żyją. A u nas? Przecież nasza cudowna córka miała wszystko! Mamy firmę, zatrudniamy masę ludzi, mamy jeszcze jeden dom, na Mazurach. Wiem co mogłaby pani pomyśleć, że to rozpieszczona gówniara, która robiła co chciała. Ganiający za pieniędzmi rodzice, nie mieli dla niej czasu. Nic bardziej mylnego. Zawsze jadaliśmy, chociaż jeden wspólny posiłek dziennie, żeby móc porozmawiać spokojnie. Chodziłam na wszystkie wywiadówki, miałyśmy fantastyczny kontakt. Aśka świetnie się uczyła, była lubiana. Nie sprawiała nam kłopotów. I gdy powiedziała nam o tej ciąży, to mimo przerażenia, bo przecież to  druga klasa liceum dopiero, to i tak nie myśleliśmy o niej źle. Od razu, co  chyba naturalne w normalnej i kochającej się rodzinie, zaoferowaliśmy pomoc.  Nawet nie naciskałam w kwestii tego chłopaka, ojca dziecka. Tylko moja córka, rozumie to pani?!… moja córka, którą wydawałoby się wychowaliśmy  na dobrego, porządnego człowieka, przyszła do nas z gotowym, zimnym, wręcz bestialskim planem!
– Kochanie, chyba trochę przesadzasz!
– Przesadzam?! Kpisz sobie ze mnie?! Przyszła i ostentacyjnie zażądała pieniędzy na aborcję! Gdy usiłowałam jej tłumaczyć, że pomożemy, że nie ona pierwsza, to śmiała mi się w twarz. Mówiła, że nie ma zamiaru paprać się w pieluchach i zawracać sobie głowy niechcianym bachorem! No niech pani popatrzy na Amelię! Potrafiłaby pani tak o niej pomyśleć, o tym niczego niewinnym dziecku?!
Zaczyna płakać i  przerywa. „Dziadek – tata” małej wstaje i łapie ją za dłoń, uspokaja.
– Gdzie jest Asia, wasza córka, mama Amelki?
– Na imprezie. Wraca, kąpie się, słyszę jak świergocze do telefonu. Gdy do niej zaglądam i zaczynam coś opowiadać o dziecku, zamyka mi usta krótkim: „To wasze. Ja jej nigdy nie chciałam i nie chcę. Mam inne plany na przyszłość i nie ma tam miejsca na tego dzieciaka.” Dlatego proszę, niech jej pani nie nazywa matką!

Wstaje, zabiera dziewczynkę z łóżeczka i wychodzi z salonu. Niezręczna cisza, wkładam do torby dyktafon.
– Ja wierzę, że Asia, że moja córka…Myśli pani, że to możliwe? Co my powiemy Melce jak dorośnie? – chowa twarz w dłoniach.

Miałam 20 lat, gdy urodziłam mojego syna. Czy to był ten odpowiedni wiek? Patrząc z perspektywy czasu, na to co usłyszałam trzy miesiące po jego przyjściu na świat, nie wiem. Miałam kochającą rodzinę, a Patryk był oczekiwanym dzieckiem, chcianym, kochanym. Ale mimo to, po diagnozie miałam ochotę uciec. Raz nawet przeszło mi przez myśl, że może ktoś bardziej odpowiedzialny zajmie się nim lepiej. Bywały momenty, że zostawiałam go płaczącego i wychodziłam, a Patrykiem zajmowała się moja  mama. Nie rozumiałam co robię źle i dlaczego on ciągle krzyczy. Myślałam, że to moja wina, bo za szybko zdecydowałam się na macierzyństwo, a miałam dwadzieścia lat. Gosia,  Asia oraz inne dziewczyny z podobnymi historiami, gdy zostały matkami, miały tyle lat, ile teraz ma mój syn.

Rocznie w Polsce około dwudziestu tysięcy niepełnoletnich dziewcząt dowiaduje się, że zostaną mamami. Dwadzieścia tysięcy dzieci, które noszą w sobie drugie istnienie.

Tekst ukazał się na Portalu http://ogarniecirodzice.pl/

ciąża

” To nie są ludzie…”

Przekraczając próg tego ogromnego, zimnego budynku i słysząc szczęk zamykanych, ciężkich drzwi, poczułam niesamowity lęk. Moja jasna i racjonalna świadomość mówiła mi, że jestem tu tylko na kilka chwil, w pracy. Mimo to, gdy nagle  wokół widzisz tylko ciężkie kraty i uzbrojonych strażników, strach robi swoje.  Dlatego swój pierwszy krok zrobiłam w tył i usłyszałam, że tak reaguje każdy „normalny”, kto tu bywa z jakichś tam przyczyn, tylko na chwilę. W głowie od razu pojawiła się myśl, kto i co decyduje o normalności człowieka.

Weszliśmy do dość ponurej, niewielkiej salki. Przeszukano mnie ponownie, zadano kilka pytań, podpisałam kilka formularzy, sprawdzono mi sprzęt i kazano czekać. Patrzyłam na kawałek świata za  maleńkim oknem, gdy weszła pierwsza moja rozmówczyni. Podałam jej dłoń a ona nic nie mówiąc, spojrzała  na mnie jakby oburzona. - Te ręce zabiły dwoje dzieci, ty nie wiesz?! I nie, nie żałuje bo pewnie o to chciałaś zapytać.
Jej oczy były martwe. Wpatrzone we mnie ale bez oznak jakichkolwiek uczuć.
- Chciałam się przedstawić, po prostu, bez głębszych filozofii – odparłam i ponownie wyciągnęłam rękę. Przyglądała mi się  przez chwilę i w końcu, podała swoją. Jej uścisk był mocny ale niepewny.
- Nie zadawaj mi pytań. Sama powiem tyle, ile będę chciała. Ojciec i matka pili odkąd pamiętam. Pili, bili, w domu wieczna melina. Jak jego poznałam, to myślałam, że wiesz Boga za nogi złapałam. I owszem trzymałam, tyle że Diabła za kopyta. Był ode mnie starszy, silniejszy i według niego, z prawem do mojego ciała. I to ciało, często używali jego koledzy, za flaszkę albo amfe. Zabrał mnie z piekła, w niekończącą się przepaść. Spadałam bez przerwy, boleśnie obijając się o wąskie ściany. 17 lat miałam skończone jak się okazało, że matką będę. Nienawidziłam tego, co we mnie rosło. Tak „tego” bo lepiej wiesz, nie uczłowieczać. Potem jest łatwiej się tego pozbyć. Próbowaliśmy jakoś sami usunąć. Skakanie po brzuchu, alkohol, dragi ale „to”,  nadal było. Siedziałam w domu, żeby nikt nie zauważył, nie czepiał się potem. Kolegom od flaszki i kreski, brzuch w używaniu mnie, nie przeszkadzał. Nocą zaczęłam rodzić. Nawet, jakoś tak nie bolało. Nie wiem czy w ogóle żyło, bo nie ryczało. Reklamówkę sobie przygotowałam wcześniej. On poszedł z „tym”, zakopać bo ja się źle czułam. Później się na mnie długo wściekał, bo mi się tam paprało i nie mogłam zarabiać.
Przerwała nagle i gdzieś zapatrzyła… Przez moment, wydawało mi się, że jej oczy się zaszkliły.
- W końcu wyzdrowiałam, życie się jakoś toczyło. Nawet się pozmieniało. On zaczął na budowie robić, a ja klatki schodowe sprzątać. Ty wiesz, że mi się wtedy wydawało, że my normalnie możemy żyć? Nawet zasypialiśmy razem. Aż się okazało, że znowu jestem w ciąży i wtedy zrozumiałam, że uczucie oparte na depresji i uzależnieniu, podszyte zbrodnią, nie może być rajem tylko piekłem. I to nie jest tak, że on mnie zmuszał. Sama to zrobiłam. Nie żałuję. Nic nie czuję. Nie „To” mi się nie śni.. Nie myślę, kim mogłyby teraz być. Jestem morderczynią. I chcę już iść. Skończyłam z tobą gadać.
Zawołałam strażniczki i chyba nawet chciałam, coś jeszcze powiedzieć ale wyszła szybko, nie oglądając się.

W zasadzie od razu, wprowadzono drugą.  Po czterdziestce, piękna, zadbana kobieta. Przedstawiła się, powiedziała kilka zdań o sobie. Wykształcona, z dobrego domu.
- Zastanawia się pani, co tu robi, ktoś taki jak ja? Mieliśmy z mężem szczęście, dostatnie życie. I ukochanego synka. Miał 10 lat gdy potrącił go pijany kierowca. Śmierć na miejscu. Pogrzeb, sąd, wyrok. Dla mnie to było za mało. Coraz więcej piłam, coraz więcej różnych prochów łykałam. Opętała mnie żądza zemsty. Chciałam, żeby za kratami cierpiał tak, jak ja nad grobem czy pustym łóżkiem mojego dziecka. Dowiedziałam się gdzie mieszkał, że ma żonę i córkę. Rok młodsza od mojego Dawida. Śledziłam ich. Wjechałam w tę małą, rozpędzonym autem, gdy wracała ze szkoły. Zmarła po kilku dniach, w szpitalu. Kiedy przyszła jakaś świadomość, refleksja? Gdy trafiłam tu i pewnej nocy, przyszedł skrawek snu. Mój syn i ta dziewczynka szli, trzymając się za ręce. Gdy go zawołałam, ona mu coś szepnęła. On popatrzył na mnie jak na obcego i powiedział do niej, że to niemożliwe. Jego mama, by nigdy czegoś takiego nie zrobiła. I odeszli… Dopiero wtedy do mnie dotarło, że przecież to dziecko nic nie zawiniło. Zachciało mi się zabawy w Pana Boga, co daje i odbiera. Tylko…ja nie dałam jej życia. Za to odebrałam kilkoro. Jej ojciec niedługo po tym, powiesił się w celi, jej matka jest w zakładzie dla psychicznie chorych, mój mąż jest cieniem człowieka. Swoje życie, też odebrałam. Jestem przecież jak żywy trup. Kraty w oknach, brak możliwości wyjścia, nie są dla mnie karą. Więzieniem jestem ja sama i moje sumienie, które mnie w nim trzyma. Już na zawsze…

Przed rozmową z trzecią kobietą, poprosiłam o chwilę przerwy.  - Nie rozumiem, po co to pani robi? – strażniczka odezwała się nagle – Z całym szacunkiem, ale po co o tych potworach pisać? To nie są ludzie. To więźniarki, morderczynie!
- Tak pani uważa? A my w ogóle mamy prawo, do takich osądów? Każdy z nas ma różne doświadczenia, inne postrzeganie świata, swoje małe lub ogromne dramaty i zawirowania życiowe. Jestem tu, bo często zastanawiam się czy większość tych, którzy nie siedzą w więzieniach, na pewno są ludźmi?
- Coś w tym jest, co pani teraz powiedziała. Przyprowadzę następną.

Starsza pani miała łagodną, miłą twarz. I ciepłe, mądre oczy.   - Zabiłam mojego męża. Wzięłam nóż i biłam nim na oślep. Śledczy powiedział później, że nigdy nie widział tak zmasakrowanego ciała.
- On panią bił, prawda? – zapytałam, patrząc w podłogę.
- Był jak bestia. Jakby mieszkało w nim coś jeszcze, coś złego. Twarz mu się zmieniała i oczy, jakby wpadał w obłąkanie. Zawsze, po alkoholu czyli praktycznie, każdego dnia. Bił wszystkim i gdzie popadło. Krzyczał, upodlał, niszczył rzeczy w domu. Dzieci moczyły się nawet w dzień, ze strachu. Nigdzie po pomoc nie poszłam, bo wie pani jak to na wiosce kiedyś. Chłop ma prawo zrobić z babą wszystko. Zresztą, jego matka twierdziła, że ona też lekko nie miała i jakoś przeżyła. I ja tak jakoś, żyłam. Bardzo długo, zbyt długo. Jak to się stało, to najgorsze? Dzień jak co dzień. Wrócił, nawet  niespecjalnie pijany. To ja byłam jakaś dziwna, osłabiona i obojętna. Gdy podniósł głos o brak obiadu, chwyciłam nóż. Nie planowałam tego. Ręka sama otworzyła szufladę i zadawała ciosy.
I ta obojętność z wtedy, jest ze mną do dziś. Pomieszana z ulgą i radością. Tak, radością bo dzieci są bezpieczne. A i mnie już w końcu, też nic nie grozi. To nie jest dla mnie więzienie. Nie boję się tu zasypiać, jak wcześniej, w domu. Nie boję się kroków, podchodzących do drzwi celi. Tylko jedno mnie napawa lękiem. Co mu powiem, kiedy się spotkamy po mojej śmierci? Czy on mi wybaczy? Chociaż…ja pewnie i tak pójdę do piekła, więc się miniemy.

Zbierałam z biurka swoje rzeczy i chciałam opuścić mury Zakładu Karnego dla kobiet, gdy ponownie zajrzała strażniczka:  - Ta pierwsza, chce jeszcze pani coś powiedzieć, dodać. Bardzo prosiła, wręcz błagała i dyrektor się zgodził.
Usiadła naprzeciw mnie. Ręce jej drżały, a oczy straciły wcześniejszy chłód.
- Nie myśl o mnie źle. Ja nie jestem zła! Ja musiałam tak zrobić. Wiem co myślisz, że mogłam je gdzieś oddać. Nie! Takie dzieci jak ja, jak one, są naznaczone. Miałyby takie samo życie jak moje, a to już lepiej nie żyć. Ja nie zabiłam swoich dzieci, rozumiesz?
Ja je uratowałam…

Wyszłam na zewnątrz.
Na moją twarz padały jasne promienie słońca, a skóra czuła lekki podmuch wiatru.
Myślałam o tym, jak okrutny jest los.
Jak nierówno dzieli.
Jak bez pytania, zabiera to co najcenniejsze.
Jak wkłada w ludzkie dłonie, narzędzia zbrodni.
I jak zapomina przy tym, że to on sam, stworzył taki scenariusz.

Scenariusz, bez możliwości korekty…

wie

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

A. wierzyła uparcie, że miłość i oddanie, uleczy jego zgniłe serce. Za każdym razem, gdy jej głową uderzał o ścianę, zamykała oczy i wmawiała sobie, że to już ostatni raz. Myślała, że przecież to się może zdarzyć każdemu. Miał ciężkie dzieciństwo, matkę i ojca którzy zajmowali się sobą, a nie nim i jego rodzeństwem. Miał więc prawo odreagować na niej.
 A. znajdowała miliony wytłumaczeń. Dla siebie też. Zasługiwała na takie traktowanie, jak nikt inny. Wmawiał jej to od rana do nocy, aż w to uwierzyła.
Urodziła mu chore dziecko, a on miał względem niego sportowe plany.  A dzieciak był  z niewydolnością płuc. Nie umiała zrozumieć,  dlaczego krzyczy i bije. Przecież mówił jej wyraźnie, że jest do niczego, że nie ma mózgu. Chyba nie miała, bo nie umiała pojąć za co obrywa.

Gdy któryś już raz, zmywając z twarzy krew usłyszała, że nie powinna nazywać się matką, bo w domu bieda. Ona zamiast pracować, skakała tylko  koło wiecznie duszącego się bachora, a on nie miał  przez to na siłownie. I jeszcze  musi ją zdradzać bo się jej brzydzi, a ma swoje potrzeby…W A. coś pękło. Dotarło do niej, że jest tak jak on mówił. Wmawiał jej słownie i ręcznie.

Spakowała dzieci i oddała bez wyjaśnień, swoim rodzicom. Usiadła w kącie znienawidzonego mieszkania. Popijając winem, kolejne kolorowe tabletki – przepustki – do złudnej wolności, wmawiała sobie, że tak będzie lepiej. Rodzice zajmą się skrzywdzonymi przez nią, w jej mniemaniu  dziećmi, a ona w końcu nie będzie musiała się bać. Nie o siebie… O to, że on w końcu sięgnie po nie.

Gdy oddech A. stawał się coraz płytszy, serce zwalniało rytm, ręce i nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, ze ściany spadła ramka ze zdjęciem  dzieci i roztrzaskała się o zimną posadzkę. A. ostatkiem, sił doczołgała się do telefonu…

Dziś A. walczy o córkę, zamkniętą w szpitalu dla chorych dusz. Jednak okazała się nie najgorszą i w ogóle matką, zauważyła na czas i niebawem, razem wrócą do domu.

Gdybyś kiedyś pomyślał, że garść kolorowych drażetek, sznurek czy ostra żyletka to bramy do raju, a z twojej ściany nie spadnie na czas ramka ze zdjęciem. Zadzwoń tam, gdzie po drugiej stronie słuchawki ktoś na ciebie czeka. Poda ci rękę i sprowadzi z nad przepaści, bezpieczną ścieżką…

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.

A. siada teraz często nad rzeką i jej oddaje swoje łzy. Możesz usiąść obok niej…

A kiedy zaświeci księżyc…

Zanim odważyłam się wejść, jeździłam tam przez  tydzień.  Chodziłam na około,  podchodziłam do drzwi i odpuszczałam.
Dlaczego w ogóle, zdecydowałam się tam  być?

Budynek jest nieduży, kolorowy, zadbany. Wewnątrz jest kilka łóżek, a w nich one – mniejsze lub większe istnienia.
Przechodzę korytarzem, boję się nawet patrzeć. Znalazłam krzesło i usiłuje się uspokoić, zebrać myśli. Obok mnie siada dziewczynka, ma ze sobą stojak z kroplówką, uśmiecha się i pyta skąd mam taki ładny tatuaż. Opowiadam jej, jak się znalazł na moim barku i dlaczego akurat jest to słonecznik. Rozmawiamy, i pyta mnie czy mam dzieci i czym się zajmuje. Ma około 12 lat, bardzo szczupłe dłonie, chustkę na głowie, piękną choć zmęczoną twarz.
- A ja mam raka. Już bardzo długo go mam, i jest  coraz gorzej i nic już nie pomaga. Mama i tata pracują, dom mamy ciasny i nie możemy mieć pielęgniarki na stałe. I ciocia przywiozła mnie tu. Tu jest dobrze proszę pani, tu tak nie boli, bo jeśli tylko zaczyna, to od razu dostaje leki i nic nie czuję. Panie pielęgniarki i pan doktor są dla nas mili, są kochani i pomocni, nigdy się nie denerwują. Tylko czasem słyszę jak płaczą gdy, no wie pani co? Bo my tu później, umieramy. Niech pani się nie smuci. Tu się dobrze umiera. Jest spokój i cisza i wszyscy o nas dbają. O to, żebyśmy nic złego nie czuli. Też bym chciała, taki tatuaż ale pewnie już nie zdążę…

Przychodzi pielęgniarka, zabiera dziewczynkę a ja spotykam się z jej mamą.  - Zgodziłam się na tę rozmowę, bo wiem, że pani mnie zrozumie. Sama ma pani syna, śmiertelnie chorego, czytałam. I nie chodzi o nas, o naszą historię, tylko o to miejsce. O to, żeby jak najwięcej ludzi zrozumiało, jak bardzo są one potrzebne. Amelia to nasze jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Zaczęła słabnąć, krwotoki z nosa, spadek wagi. Badania, szukanie przyczyn. Diagnoza była szybka i bolesna, jak nóż wbijany bez ostrzeżenia. Chemie, leki ściągane z Niemiec, miliony różnych szpitali a nawet znachorów. To jedna, z najcięższych odmian nowotworów. Przychodzi żeby zabrać, zabić, nie daje szans. Czasem myślę, że ma jakąś postać, taką namacalną?  Jak człowiek, rozumie pani? Okrutny ktoś, kogo bawi cierpienie jej i nasze. Mówię bez sensu, przepraszam. W domu ciasno, nie ma warunków, my pracujemy bo kredyty, bo życie. Ktoś nam powiedział o tym miejscu. Zdenerwowałam się tym, byłam wściekła. Krzyczałam, że to niedorzeczność, bo przecież hospicjum to śmierć a nasza mała żyję…Było coraz gorzej, ona tak się męczyła. Zanim dojechała karetka, zanim ktoś mógł jej pomóc, przechodziła piekło bólu. Przyjechaliśmy tu trzy tygodnie temu, od razu chciała tu zostać. Nie wiem, może czuła, że za ścianą leżą takie dzieci jak ona, często młodsze a tak cholernie odważne. Kiedy tylko coś złego się dzieje, pomoc jest błyskawiczna. Widzimy, że tu nikt nie pozwoli jej  dodatkowo cierpieć, że tu nigdy nie będzie sama. Nawet gdybyśmy my, nie zdążyli dojechać kiedy… wie pani kiedy… – przerwała nagle i zapytała, co trzymam w ręku. Odpowiedziałam, że wypis ze szpitala mojej córki, bo  nie zdążyłam wcześniej odebrać. Uśmiechnęła się lekko. – Z tego szpitala, też dostaje się w końcu wypis. Tylko już nie do domu. Stąd, któregoś dnia, ja i mój mąż wrócimy sami… Mówię jej , że mam prośbę. Będę tu za dwa dni i chciałabym dla jej córki przynieść tatuaż. Taki zmywalny ale słonecznik, bo wiem że taki by chciała. Uśmiecha się ciepło i zgadza się.

Wstaję i chcę wyjść ale  zza otwartych drzwi, wychyla się  mała łysa główka i zaprasza do siebie. Wkłada mi w dłoń żółtą krędkę.
- Ja dokończę niebo i gwiazdy a ty narysujesz księżyc- słyszę, bez zbędnych ceregieli. Zaczynamy rysować. Mówi mi, że ma całe 8 lat ale żebym nie myślała sobie, że jest dzieckiem. Wie dużo o historii, polityce, najwięcej jednak o astronomii. Chłonę jego słowa i uśmiechnięte oczy.
- Tylko ten księżyc proszę, musi być bardzo duży i jasny. Będę na nim mieszkał, wiesz? Pytałem tatę jak to jest kiedy się umiera, bo zawsze myślałem, że wtedy ludzie krzyczą, ze strachu. A to, nie prawda. Gdy Grzesiu umierał, to nikt nie słyszał, taki był cichutki. I tata mi powiedział, że wtedy zaświeci ogromny księżyc, otworzy się okno i będę mógł na niego polecieć…

Wracam po trzech dniach, bo stan zdrowia mojej córki nie pozwolił być tu w terminie. Ściskam w ręku wodny tatuaż. Wchodzę do jej sali, widzę jak bardzo osłabła. Cieszy się na mój widok. Podciągam jej rękaw, słonecznik już kwitnie. Zostawiam ich samych, bo są rodzice i chyba babcia Amelki. Pytam lekarza ale jego oczy, odpowiadają  mi same, bez niepotrzebnych  słów…        Przechodzę obok pokoju chłopca z księżyca. Otwarte okno i puste łóżko…

Zdecydowałam się tam pójść, bo kiedyś usłyszałam, że to miejsce pozwoli mi w pełni zrozumieć i oswoić lęk. Lęk przed  podróżą mojego syna, gdy przyjdzie ten czas, by narysować księżyc… Przebywanie tam, pozwoliło też nabrać mi  pewności, że nie muszę  być z tym sama. Nauczyło jeszcze większego szacunku do każdego dnia, minuty, sekundy. Sprawiło, że uśmiecham się jeszcze intensywniej do ludzi, jeszcze bardziej kocham, jeszcze mocniej doceniam to co mam.

A gdy przychodzi noc, wychodzę czasami na zewnątrz, patrzę w jasną, ogromną tarcze na niebie. I może kiedyś, odważę się Mu pomachać…

http://pomozbudowac.pl/ 
okno

 

 

Długa droga do domu…

Drzwi do sal wyglądają, jak te w kajutach. Mają okrągłe szyby, żeby stale móc obserwować.
Obserwować pacjentów, ze szpitala dla chorych dusz. Mają od dziewięciu do siedemnastu lat.
Na ich rękach, udach czy innych częściach ciała, wyryty jest strach i ból.
Ich twarze i oczy mówią wiele, a ściany pokoi w których żyją opowiadają straszne historie.

Sylwia ma 17 lat, od pięciu zmaga się z anoreksją i uzależnieniem od leków przeciwbólowych.     - Ma pani rację, z tymi drzwiami, bo to miejsce jest trochę jak okręt. Okręt na morzu, którym bez przerwy targa sztorm. Nie pamiętam kiedy to się zaczęło, czasem to mi się wydaję, że taka się urodziłam. Chciałam być jak  jedna moja koleżanka, wie pani idealna. Piękna, szczupła, popularna. Cieszyłam się jak głupia kiedy schudłam pierwsze pięć kilo i chciałam więcej, szybciej. Ciągle było mi mało, ciągle mi coś odstawało, było za dużo. Kiedy pojawiły się bóle głowy i żołądka, ratowałam się lekami. Ratowałam, jak to teraz śmiesznie zabrzmiało, bo tak na prawdę, staczałam się tym w jeszcze głębszą otchłań. Tak, mam rodziców. Mamę i ojczyma. Dlaczego mimo to mieszkam z babcią? Ojczym mnie…No wie pani – chowa na moment twarz i zaczyna ciężej oddychać. Pytam czy komuś powiedziała. – Komu? Matka by mi i tak nie uwierzyła, bo uważa mnie za wariatkę, córka z psychiatryka to nie jest powód do dumy. Mówi, że to nie jej wina i powinnam sama sobie poradzić, bo sama w to wdepnęłam. A babcia jest dobra, łagodna, tylko nie umie mi pomóc. Nic nie wie o mojej chorobie, po prostu co jakiś czas oddaje mnie tu. Tak, chciałabym jakoś z tego wyjść, normalnie żyć, tylko problem w tym, że ja już nie pamiętam co to normalne życie. A może, nigdy go nie miałam?- milknie i patrzy w okno, w którym kraty zamiast firan.

- Jutro wychodzisz, cieszysz się pewnie?- pytam Marysie, szesnastolatkę po próbie samobójczej. Była tu ponad miesiąc, pakuje do walizki mnóstwo rzeczy. Ubrania, zdjęcia i książki, ponieważ jest tu też szkoła. Siada w końcu, patrzy mi prosto w oczy, zaczynają jej drżeć dłonie. - Gdy mnie tu przywieźli,  po połknięciu dużej ilości leków, krzyczałam, że nie chcę tu być. Wydawało mi się, że to jakieś piekło. Pełno dzieciaków snujących się po korytarzach, lekarzy zadających miliony pytań. Kamery, kontrole, pasy przy łóżku ” na wszelki wypadek”. Nie jadłam, buntowałam się, z nikim nie rozmawiałam, byłam wściekła na matkę, która mnie tu oddała. Chciałam uciec, wciąż planowałam jak mogłabym ponownie, coś sobie zrobić. Dlaczego? Kiedyś myślałam, że przez chłopaka, później odkryłam, że przez znajomych, potem  dołożyłam brak kontaktu z ojcem, który nas zostawił i jeszcze to, że…Moi rówieśnicy mają pieniądze, normalne domy a ja zawsze czułam się inna, gorsza. Z biegiem czasu, zaczęłam akceptować to miejsce, nawet byłam matce wdzięczna, że mnie tu zostawiła. Byłam tu bezpieczna, wie pani, wśród swoich – przerywa i zaczyna płakać. Pytam co się dzieje i czy zawołać lekarza. – Nie, ja po prostu zrozumiałam, że nie chcę jeszcze stąd wyjść. Boję się, świata poza murami szpitala. Pewnie, niedługo znowu tu trafie, prawda?

Gdy przyglądam się Arkowi, to pierwsza myśl jaka przelatuje przez moją głowę jest taka, że chyba się ktoś bardzo pomylił. Pogodny, dusza towarzystwa, uwielbiany, buzia mu się nie zamyka.   - Dobry jestem aktor prawda? Nawet pani się nabrała – uśmiecha się dość bezczelnie. – Wszystkich tak nabierałem. Rodziców, znajomych, nauczycieli. Grzeczny byłem, oceny świetne, nie kłamałem, nie uciekałem. A nocami, gdy już mogłem zdjąć maskę – przerywa i podciąga nogawki spodni. Czuję, że na moment przestałam oddychać. Nie chcę ale patrzę. Rany są różne, niektóre głębokie, duże, niektóre lżejsze. Jest ich mnóstwo, stare i świeże. – To były jedyne momenty, gdy ból fizyczny zagłuszał ten gorszy, w głowie. Trzy lata temu, brat mojej matki, zabierał mnie do siebie, sklejać modele. Najpierw myślałem, że on się wygłupia ale gdy przy tym co  kazał mi  robić, strzelił kilka fotek…  Zaczął szantażować, że pokażę kolegom, że jestem gejem. Nie byłem, nie jestem, zresztą już pewnie nigdy nie pozwolę się nikomu dotknąć, nawet dziewczynie. Gdy sprawa wyszła na jaw, to pomyślałem, że to koniec mojego koszmaru. A ten, po rozprawie sądowej się dopiero zaczął. Ciągle to czuje, widzę, wciąż o tym myślę. I biorę nożyczki, nóż, cokolwiek, co  choć na chwilę pozwoli zagłuszyć tamten wstręt i  zabierze obrazy tamtych dni. Gdy wyjdę, nadal będę to robił, wiem o tym doskonale. Może kiedyś się uda z tym skończyć. A może będzie jeszcze gorzej. Myśli pani, że może być coś jeszcze gorszego?

Daria ma 13 lat. Krzyczy każdej nocy. Gdy tylko robi się ciemno, jej lęk zaczyna w niej rosnąć. Przestały pomagać włączone lampy. Usilnie walczy ze zmęczeniem, coraz szerzej otwierając oczy, żeby tylko nie zasnąć. Przegrywa, zasypia i budzi się przerażona. Biegną do niej pielęgniarki i lekarz. Daria dusi się, jest biała ze strachu, nie słyszy tego co się do niej mówi, jej ciałem po całym łóżku rzucają spazmatyczne drgawki, pielęgniarka podtrzymuje jej głowę, doktor usiłuje uspokoić. Ona tego nie wie, jest w samym środku swojego koszmaru, widzi postacie których nie ma, myśli że chcą jej zrobić krzywdę, nie umie się bronić. Trwa to godzinę, czasem dłużej, często kończy się podaniem leków. W dzień jest spokojna, małomówna, wycofana ale lubiana przez grupę. Mówią o niej ” silence” bo bardzo cicho mówi. Pomyślała ostatnio, że jeśli będzie tak szeptać, to  „oni” jej nie usłyszą, uwierzą, że zniknęła i już nie przyjdą do niej w nocy. Marzy o tym, żeby dzień się nigdy nie kończył, to jej największe pragnienie. Ma kochającą rodzinę ale mimo młodego wieku wiele przeszła, zbyt wiele. Śmierć kogoś bardzo bliskiego, ciężka choroba, brak stabilizacji, sprowadziły „ich”.

Wychodzę z budynku, siadam na ławce i myślę. Nie rozumiem, co się stało z tym światem, że muszą istnieć takie miejsca jak to?
Kilkanaście istnień, często bezpowrotnie, złamanych dusz.
A do przyjęcia, czekają kolejne, równie zagubione, poranione.

W uszach wciąż echem odbija się kilka ostatnich zdań, wypowiedzianych przez jednego z tamtych dzieciaków. - Pytała mnie pani, czy daleko mieszkam? Mnie i moich kolegów, wszystkich bez wyjątku, bez względu na miejsce zamieszkania, czeka długa droga do domu. A niektórzy z nas, nigdy tej drogi nie znajdą i nigdy nie wrócą. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?…

Rozumiem.

zdje

Halo?! Czy pani mnie słyszy?!…

Popatrzył na nią smutno ale uśmiechnął mimo wszystko. Wstał i skierował w stronę łazienki. Zdążyła powiedzieć jeszcze, że bardzo go kocha i zaczeka w łóżku, żeby mogli zasnąć razem. Kiedy po chwili biegła w jego stronę, wiedziała już, co się za chwilę wydarzy. Ich dzieci przerażone, modliły się w pokoju obok. Dzwoniła na pogotowie, błagając jednocześnie by wytrzymał. Jego twarz była sina, z ust buchała krew. Ściany, on, jej dłonie, wszystko we krwi. Dusił się na jej oczach, karetki jeszcze nie było. Ona klęczała przed nim, słyszała szloch dobiegający zza ściany i nic nie mogła zrobić.Patrzyła jak się męczy, jak cierpi, jak przeszywa go ból. Patrzyła jak odchodzi… Patrzyłam, bo tak umierał mój mąż. Łukasz, 26 lat. W naszym domu. Wcześniej, przez ponad dwa tygodnie, szukaliśmy miejsca w szpitalu. Bezskutecznie.

Jeden z oddziałów, od lat nieremontowanych, gdzieś w Polsce. W obdrapanej izolatce, z wypadającymi z ram oknami i grzybem w łazience, w potwornych męczarniach umierała Ola. Szpital nie posiadał respiratora, dlatego dwudziestolatka o posturze małej dziewczynki, dusiła się tydzień. Siedem dni obdartych ze złudzeń, podszytych niewyobrażalnym bólem i paraliżującym strachem. Ola nie mogła już chodzić, nie mogła już nawet usiąść. Ola mogła patrzeć, jak do podłączonego worka przestał spływać mocz, nerki odmówiły współpracy. Mogła resztkami sił, jak ryba gwałtownie wyciągnięta z wody, łapać resztki powietrza. Ola mogła też, cichym szeptem błagać o śmierć.

Patryk ma 19 lat, czeka na nowe płuca. Jego mama, też czeka. Nocami, gdy jej syn kaszle i śpi na siedząco, ona  czeka na telefon. Na telefon, o śmierci kogoś innego. Tylko tak można uratować życie jej dziecka. Mając świadomość, o tragedii rodziny dawcy. Mama Patryka czeka też na zmiany. Ona niestety nie posiada komfortu, tylko jednego lęku. Z trwogą, zagląda też na konto i liczy, ile na te cudzą śmierć niosącą życie, brakuje jeszcze pieniędzy. Przeszczep i leczenie po zabiegu kosztuje, czasem więcej niż leczenie chorego przed operacją.I nie daję żadnej gwarancji. Chory przecież, może nigdy nie wrócić ze stołu operacyjnego, może dojść do odrzutu organu. O czym więc  najczęściej myśli mama Patryka? Myślę, że o tym samym, o czym często myślę ja. Żeby się nie męczył, kiedy przyjdzie ten czas. I żeby mógł odejść w godnych warunkach, podłączony do leków uśmierzających ból.

Piotr jest szczęściarzem. Ma już ponad trzydzieści lat, żonę i wspaniałego synka. Coraz częściej jednak, ląduje w szpitalu. Jeśli oczywiście, znajdzie się wolne łóżko.Ta choroba to nie tylko płuca. Atakuje też wątrobę, trzustkę, osłabia serce, powoduje cukrzycę. Piotr nie dostanie jednak  miejsca, na odpowiednim  do leczenia mukowiscydozy oddziale. Dorosłych chorych w tym kraju, nie opłaca się leczyć, bo procedury medyczne są nisko oceniane. Piotr, jak inni pełnoletni z tą chorobą leży na zwykłych, nieprzystosowanych oddziałach. Leczony jest w salach wieloosobowych, wraz z pacjentami z zapaleniem płuc lub innymi gorszymi schorzeniami, które są dla niego zagrożeniem. Piotr i jego żona mają świadomość tego, że jeśli szybko coś się nie zmieni w systemie leczenia, kiedyś z tego szpitala nie wróci. Co powie Asia ich synkowi? Opowie, że Polska to kraj, w którym broni się życia poczętego. A kiedy to  życie już się narodzi, jest zostawiane na pastwę losu. Bez refundacji na kosztowne leczenie, bez miejsc w szpitalach. Z  Komisjami  Orzekającymi o Niepełnosprawności, na których lekarz orzecznik, bardzo często poniża chorego do granic możliwości. Sugerując rodzicom chorych, że usiłują od Państwa wyłudzić kolosalne pieniądze na leczenie.156 zł zasiłku pielęgnacyjnego.

Marcin miał burzę długich, kręconych loków. Grał na gitarze, miał swój zespół, studiował. Włosy ściął, wypadały garściami od nadmiaru przyjmowanych leków. Gitara coraz częściej, stoi w kącie jego pokoju. Czasem, samo wyjęcie jej z pokrowca sprawia, że musi podłączyć tlen. Mówi, że nie chce przeszczepu. Nie będzie zostawiał rodziców z długami, że już dawno i świadomie podjął taką decyzję. Chcę żyć ile będzie mu dane. I odejść. Boi się. Najbardziej, w takie dni jak ten. Gdy od ubiegłego piątku usiłuje dodzwonić się na „swój” oddział, a gdy w końcu się udaję, odmawiają mu po raz kolejny przyjęcia. Przyjęcia są planowane- mówią. A od kiedy, zaostrzenie w tej paskudnej chorobie, można zaplanować?! Dzwonię do niego rano, słyszę z jakim trudem wypowiada każde słowo. Nie męczę go, rozłączam się i piszę, że wszystko będzie dobrze. Dostaję odpowiedź zwrotną- gdyby jednak coś poszło nie tak, fajnie było mieć taką siostrę jak ty…Na moment przestaję oddychać, wciskam się w ścianę. Nie mogę płakać, bo obok mnie stoi mój syn, z tą samą chorobą. Dusił się dziś do czwartej nad ranem. O piątej, wykończony powiedział mi, że chciałby jeszcze trochę tu pobyć ale nie wie, na ile wystarczy mu sił. I żebym się nie gniewała, gdyby mu ich zabrakło.

Gdy rozmawiam z chorymi nastolatkami, najczęściej słyszę, że boją się pełnoletności. Na razie, póki  są dziećmi, w świetle przepisów NFZ, ceny procedur medycznych są na tyle wysokie, że ich leczenie się kalkuluje. Gdy staną się dorośli, ich szanse na życie skurczą się. Chorych na mukowiscydozę żyję w Polsce około 2 tysięcy, niestety, 15 lat krócej niż na Zachodzie.

 

Pani Ewa o łóżko dla trzynastoletniej córki, prosiła prawie miesiąc. Potrzebne było miejsce w specjalistycznej klinice. Wciąż odmawiano, obiecywano późniejsze terminy. Krwotok przyszedł w nocy, był zbyt masywny. Pani Ewa, właśnie wróciła z cmentarza, weszła do pustego mieszkania. Podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu:

- Dzwonię z kliniki, mamy już wolne łóżko dla pani córki, możecie przyjechać nawet dziś. Halo? Halo?! Czy pani mnie słyszy?! Mamy wolne łóżko…

111

 

 

 

 

Zwyczajna Historia…

Ona była Zwykłą dziewczyną. Ani zbyt ładną, ani też brzydką. Przeciętny ubiór, mysi kolor włosów.
Nic jej nie wyróżniało. Może tylko szczupła sylwetka, nienaturalnie szczupła.
On w swoim mniemaniu był Niezwykły. Wszystko miał lepsze. Lepszy wygląd, lepsze ubrania, lepszą markę samochodu.
35 lat pełnego sukcesu.
Kilka hoteli, kilka sklepów z markową odzieżą i duży market.
W tym właśnie markecie, u Niezwykłego pracowała Zwykła.

Nigdy się nie spóźniała, nigdy nie skarżyła, nigdy o nic nie prosiła.
Kilka razy donoszono, że Zwykła zabiera do domu resztki.  Wyrzuconych do kontenerów warzyw lub innej żywności ze sklepu. 
Niezwykły w swej łaskawości, zezwalał jej na to.
Życie biegło swoim tempem. 
Lipiec, sierpień, wrzesień.
Zwykła nadal była pracownicą Niezwykłego.
Nadal ciężko pracowała, nie zwracając na siebie większej uwagi.
On również, nadal pławił się w swoim idealnym, wspaniałym świecie.
Styczeń, luty, marzec.
Nadszedł czas świąt.
Niezwykły przyjechał do swojego ogromnego sklepu, okazać swą łaskawość po raz drugi.
Pracownicy otrzymali życzenia i bony upominkowe.
Nagle, zauważył nieobecność Zwykłej.
Usłyszał, że od dwóch tygodni jest na zwolnieniu lekarskim.
Nie rozumiejąc swojego zachowania, kazał zrobić paczkę żywnościową, poprosił kadry o adres i odjechał.

Po drodze, w jego głowie namalował się obraz.
Stara, rozsypująca się rudera a w niej wielodzietna rodzina, w skrajnym ubóstwie.
Gdy wjechał w dzielnice pięknych, jednorodzinnych domów, pomyślał, że pomylił adresy.
Zatrzymał się jednak i zapukał do drzwi.
Otworzyła uśmiechnięta, starsza pani.
Przedstawił się i od razu przeprosił za ewentualną pomyłkę.
- Pan do naszej Laury, pracodawca prawda? Proszę wejść.
- Państwo są rodzicami Pani Laury?
- Nie, dziadkami. Zresztą myślę, że Laura sama panu wyjaśni. Zaprowadzę pana.
Starsza pani wstała i wskazała ręką drzwi.
Niezwykły otworzył je. Zwykła siedziała w fotelu, podniosła głowę i lekko się uśmiechnęła.
Wyglądała na skrajnie wyczerpaną.
Niezwykły usiadł, bojąc się zapytać o cokolwiek.
- Byłam podobna do ciebie-  zaczęła. Bez obrazy ale..moi rodzice połknęliby taką płotkę jak ty, na śniadanie- roześmiała się gorzko.
Nawet nie musiałam pstryknąć palcami, żeby mieć wszystko.
A tak na prawdę nic.
Żyłam pełną gębą.
A tak na prawdę nie miałam pojęcia, co to życie.
Myślisz, że bredzę?
 Rodzice mieli wypadek, tak zginęli, oboje.
Jakim cudem, tak szybko przepuściłam taką fortunę?
Choć wyda ci się to niewyobrażalne, to jednak jest to nieistotne.

Najgorsze było zderzenie z prawdą.
Zostałam sama? Nie! Ja zawsze byłam sama.
Dziadkowie? Pojawili się niedawno, ktoś im doniósł o mojej sytuacji, o diagnozie.
Nowotwór.
Rodzice?
Tak…Miałam dom, piękny, ogromny jak widzisz, marmury i inne cuda.
Gdzieś mieliśmy więzi rodzinne, wujków, babcie.
Pewnie chcieliby naszych pieniędzy.
Wigilia i inne święta na Teneryfie.
Choinka, opłatek, Droga Krzyżowa i inne tego typu bzdury- komu to potrzebne?
My mieliśmy drinki z palemką, drogie kurorty i kąpiele w szampanie.
Jedyne momenty gdy byliśmy razem. Chociaż..
Ojciec wiecznie coś przeliczał, matka dzwoniła, na mnie nikt nie zwracał uwagi.
Nie potrzebowałam tego.
Śmieszyły mnie koleżanki, opowiadające o wakacjach u ciotki.
Drażniły zachwyty nad obiadem mamy.
Ja wracałam do swojego, pięknego domu.
Nie widziałam różnicy, po ich odejściu.
 Wcześniej, też nikt na mnie w nim nie czekał.
Rodzice pilnowali firm, ale gdy odeszli…

Usiadłam w salonie i chciałam sie otulić wspomnieniami, ze wspólnych spacerów z tatą.
Z kuchni wypełnionej zapachem i śmiechem mamy.
Czułam niestety tylko chłód.
 I echo odbijające się od pustych ścian – pieniądze, biznes, praca.
Postanowiłam to zmienić, zakochać się, mieć dom.
Nudny, normalny, ciepły.
I usłyszałam, że został mi rok. 
Wracałam z kliniki, z wynikami w ręku.
Na drzwiach twojego sklepu, wisiała kartka z informacją o pracy.
Dlaczego właśnie tak? Trochę z ciekawości, nigdy nie pracowałam.
Trochę dla odkupienia win.
- Odkupienia win?
- Tak. Wiesz ile razy naśmiewałam się i szydziłam z ludzi pracujących, w takich miejscach?
A wtedy, zapragnęłam zostać jedną z nich. Zwykłą dziewczyną.
 Nie uwierzysz! Do tamtej pory myślałam, że jestem lepsza, niezwykła! Straszne, prawda?

Niezwykły czuł jak się kurczy, jak zaczyna brakować mu powietrza.
- Zabierałaś wyrzucane produkty, odpadki- usiłował się pozbierać.
- Odpadki mówisz? Wiesz, że niedaleko twojej willi, w opuszczonych barakach mieszkają bezdomni?
Twoje odpadki sprawiają, że nie są głodni.
Nie rozumiesz, nadal nie rozumiesz…
Wiesz co uświadomiła mi śmierć rodziców? Powiem ci.
Prawdziwie żyje się tylko wtedy, gdy ma się dla kogo żyć.
Gdy wracasz do domu, w którym czeka na ciebie talerz zupy.
Gdy budzisz się z krzykiem w nocy, a ktoś przybiega by cię uspokoić.
Gdy ktoś stęskniony, uśmiecha się na
twój widok.
Gdy druga osoba biegnie na złamanie karku, żeby ci pomóc kiedy się przewrócisz.
Gdy masz z kim wypatrywać pierwszej gwiazdy lub oblewać się wodą, w lany poniedziałek.
Gdy możesz usłyszeć- nie odchodź, jesteś nam potrzebna-  tak jak ja usłyszałam, od moich bezdomnych.
Tak, moich.
To dla nich byłam ten rok i zrozumiałam to czego nigdy nie pojmowałam. 
W sumie jestem ci winna podziękowania. 
Gdybyś nie szukał wtedy pracownika, to nawet spokojnie umrzeć bym nie mogła..bo przecież nigdy, nie żyłam.

Niezwykły wybiegł z jej pokoju. Zostawił samochód, zgubił telefon.
Biegł.
Usiadł w końcu w salonie, swojej olbrzymiej posiadłości i zrozumiał.
Miał wszystko, a nie miał nic.
W tym samym czasie Zwykła, uśmiechała się do otwartych drzwi.
W ich progu bowiem, stali już jej rodzice…

Na pogrzebie Zwykłej nie było Niezwykłego.
Było kilku bezdomnych, dziadkowie i Robert.
Robert, lat 35, zwykły chłopak, który właśnie zaczął żyć.

Życzę wam, abyście w te święta, mogli odpowiedzieć sobie, na jedno proste pytanie.
- Żyjecie?…


 



 

.

Dom może być wszedzie…

Mijałam go, praktycznie każdego dnia.
 Stał tam gdzie zwykle oni wszyscy. Tacy sami.
 W brudnych, zniszczonych ubraniach.
Już pod wpływem świeżego, wyżebranego wina lub w oparach jeszcze wczorajszego.
Wiecznie zaczepiający i proszący o pieniądze na chleb…
Na chleb w szklanej butelce, po którym łatwiej znieść im ból wegetacji, bo przecież życiem tego nazwać nie można. 
Tak myślałam…
On jednak się wyróżniał.
Nie był bardziej czysty, trzeźwy.
Tylko stał jakby z boku, obserwował, nie prosił o nic, nic nie mówił.
Patrzył na drzewa, góry, ludzi. Czasem siedział na ławce i czytał książki, które miał w pomiętej reklamówce.
Wracałam kiedyś z córką z zakupów, gdy usłyszałam jak mówi do niego „dzień dobry”. Zapytałam czy go zna?
Odpowiedziała – Nie, ale kiedyś byłyśmy tu z koleżanką i chłopcy z osiedla tego pana zaczepiali, a on im opowiedział anegdotę o głupcach i mędrcu. Było im strasznie wstyd, a ja pomyślałam, że to przecież człowiek mamo. Skąd wiadomo dlaczego mieszka na ławce?
Tego dnia szłam tą samą drogą później niż zwykle, pogrążona we własnych myślach, gdy nagle wyrwało mnie z nich – Czas nie znosi, aby go zabijano, gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla ciebie, z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała. Zatrzymałam się…
To jeden z moich ulubionych cytatów ukochanej „Alicji w krainie czarów”. Usiadłam obok niego na ławce, trzymał książkę w rękach, wyciągnął termos i zapytał czy nie chcę herbaty.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, trzymałam kubek w rękach.
- Powiedz mi, gdzie ci ludzie tak się ciągle spieszą? – zapytał.
-Wiesz, różnie.
 Jedni do pracy, drudzy z pracy do domu,  jeszcze inni po dzieci do szkoły. Zakochani pędzą ratować swoje rozpadające się związki, a tamta pani popatrz, trzyma w dłoniach teczkę z dokumentami, może właśnie biegnie zapłacić rachunki za dom. Zawiesiłam się bo nagle, nie wiedząc dlaczego zrobiło mi się jakoś przykro.
- Pij herbatę, bo zmarzniesz – uśmiechnął się – Wiem, o czym pomyślałaś. Dom to pojęcie względne, jest tam, gdzie ty zechcesz, żeby był.
- Zbliża się zima… – chciałam jakoś wybrnąć.
- Nie moja pierwsza, na tej czy innej ławce, klatce schodowej, schronisku, altance.
 Popatrz jakim jestem bogatym człowiekiem!  Miałaś w życiu tyle domów dziecino?- roześmiał się, a ja z nim.
- Bywa ciężko.
 Bywam głodny, chory, jest mi zimno, chce mi się pić, ale.. Sam wybrałem taki los. Jestem jego panem, sprawcą. Nawet, nie wypada więc narzekać – wciąż miał pogodną twarz.
Usiłowałam coś z niej wyczytać…
 Bardzo łagodne rysy, ciepłe, mądre oczy. Każde wypowiedziane zdanie przepełnione nieprzesadną, prostą mądrością….
- Nie dziecino. Nie usłyszysz, że miałem żonę, która zginęła w wypadku. Albo, że byłem wiecznie pijanym niewdzięcznikiem, którego nie chcą znać własne dzieci lub też zagubionym filozofem, który w widoku gór szuka wyjaśnień swych teorii.
 Nie jestem również zbiegłym więźniem, nigdy nikogo nie skrzywdziłem.
Mówi się, że nikt nigdy nie jest sam…
 Ja w swoim życiu na tyle sam byłem, że inaczej nie potrafię.
Pracowałem w wiejskiej bibliotece, gdzie umęczeni ludzie, prawie nie zaglądali.
 Mieszkałem w niej.
 Ja, moje książki i zaprzyjaźniona mysz – przez cały czas się lekko uśmiechał.
Aż któregoś dnia wszystko spłonęło. Wszystko prócz mnie i tego – uniósł w rękach reklamówkę z kilkoma książkami i wtedy posmutniał.
- Tyle pięknych pozycji. Wspaniałych, przenoszących w inny, lepszy świat zapisanych kartek.
 Tyle historii,  które pozwalały mi poznawać inne lądy.- po jego policzku spłynęła łza.
Moje zdumione oczy, też były mokre.
Nadal go spotykałam, tam gdzie zawsze.
  Nadal mnie nie zaczepiał. Uśmiechał tylko gdy przechodząc, nieśmiało, żeby nie urazić, kładłam śniadanie lub pożyczałam mu książki.
 Czasem słuchałam jak coś cytuję.
Taka cicha, wręcz mistyczna przyjaźń? A może lepiej tego nie nazywać?
Zniknął zimą.
 Pomyślałam, że nawet lepiej.
  Pewnie przeniósł się do któregoś ze swoich „domów”.
Nie wrócił już….
Nadal chodzę tamtędy bardzo często i mijam, tę pustą ławkę.
I zawsze wtedy zastanawiam się, komu teraz czyta…