Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Puk, puk! Kto tam? To ja…Śmierć.

Rodzimy się i umieramy. Taka kolej rzeczy.
A  wtedy, gdy to rodzice muszą pochować swoje dziecko, również?

Siedziałyśmy na korytarzu. Twarde, niewygodne krzesełka. Obdrapane ściany. Obok, izolatka z jednym łóżkiem. W łóżku, dziewczynka, za tydzień skończy  dziesięć lat.
- Powiedz mi Anika, ona umrze prawda? – Patrzyłam na nią i nie myślałam, co odpowiedzieć. Moje myśli krążyły w okół tego, że sama miesiąc temu dowiedziałam się o tym, że mój syn jest naznaczony. Naznaczony mukowiscydozą. Przerażał mnie każdy jego płytszy oddech, każdy niespokojny ruch. W salach obok, też leżeli naznaczeni. Ci trochę starsi i ci, którzy dopiero się urodzili. Byłam jedną z tych mam, które dopiero uczyły się z tym żyć. Żyć z wyrokiem wydanym, na ich dzieci.
- To niesprawiedliwe. Ty powinnaś być na innej sali, w innym miejscu. Młoda jesteś, pierwsze dziecko, diagnoza i od razu taka przeprawa – Nie wiem czy udawałam, czy nie chciałam wiedzieć, o czym mówi. Ta profesor przecież, nie owijała w bawełnę. Pierwsza rozmowa po pełnej diagnozie, statystyki, umieralność, trud leczenia, brak szpitali i specjalistów. Tylko, ja wtedy myślałam, że to takie gadanie, że musi mnie uświadomić bo w rzeczywistości, to tak przecież nie wygląda.
- W sumie, może to i lepiej, szybciej się oswoisz. I nie unikaj z nim rozmów, o odchodzeniu. I tak się dowie. Jak będzie już miał parę lat, powiedz mu wprost. Tak, tyle wystarczy, nasze dzieci szybciej dostrzegają, mocniej to czują. Widzą, jak ze szpitalnych sal, w czarnych workach, znikają ich koledzy – Nie poruszałam się prawie, nawet oddychałam inaczej. Chciałam, żeby przestała mówić, chciałam wstać i zabrać moje dziecko. Uciec.
- Myślisz, że powinnam iść teraz do niej? Usiąść, wziąć ją za rękę i pozwolić odejść? – Nie patrzyłam na nią, tylko na okienko tej izolatki. Leżała tam. Miliony rurek, kroplówek, kabelki i monitory. Ledwo można było, ją dostrzec. Myślałam – Kobieto! To twoja córka! Po jaką cholerę mnie umoralniasz i tłumaczysz, co mam zrobić z moim synem skoro sama…I wtedy to sobie uświadomiłam. Ona się bała. Siedziała koło mnie na tym zimnym, twardym krzesełku i próbowała oddać mi trochę swojej bezsilności i lęku. Swojego przerażenia i strachu.

Zrozumiałam to, kilkanaście lat później. Gdy w podobnym miejscu, w żółtym ochronnym fartuchu, siedziałam obok innej kobiety. Na Oiomie, niemalże jednocześnie umierał mój mąż i jej syn. Opowiadałyśmy sobie absurdalne sytuacje, radziłyśmy, jak porozmawiać o tym z dziećmi, jak żyć dalej. Lekarze patrząc mi w oczy i wyrzucając z siebie słowa o sepsie, o braku pracy nerek, o lecącym ciśnieniu mówili mi, że on umiera. Ja nie słyszałam. W mojej głowie tliły się inne obrazy i dźwięki. O tym, że jeszcze jest jakaś nadzieja, że cud, że to nie może być prawda. I nawet gdy wyciągałam z szafy garnitur do trumny a mój syn krzyczał – Nie będę się leczył rozumiesz?! Zabierz ten pieprzony inhalator, nie będę tego brał bo i tak zdechnę jak ojciec! Udławię się własną krwią, zakopią mnie w lodowatej ziemi, więc  zabieraj się z tymi wszystkimi lekami! – to ja myślałam, że to się nie dzieje.  Przecież obiecałam mu kiedyś, mojemu ukochanemu mężowi, że zrobię wszystko, żeby uratować jego życie. A okazało się, że byłam jak ta matka z twardego krzesła – chciałam zrobić wszystko, a nie mogłam nic. Nie mogłam.

 
- Mamo, a kiedy umrę, będę tam sam? – Miała rację, pomyślałam, wystarczy im mieć kilka lat, żeby się po prostu domyślić. Tyle rozmów na ten sam, bolesny temat. Tysiące scenariuszy, moich łez i jego pocieszeń. Przerażających myśli, które nagle budzą w środku nocy, uporczywie biegając po głowie. Czy nie będzie mu tam zimno i że boi się ciemności. Modlitw nie wiadomo do kogo, o to, żeby nie cierpiał, nie dusił się. Żebym miała za co go pochować, zapalić znicz, kupić kwiaty. I zaraz po tym, nienawiść do samej siebie, za te myśli, za przedwczesny płacz. I znowu poranek, znajome charczenie, krew, duszność, karetka i jego oczy. Te oczy które mówią i bezgłośnie pytają – Jak długo jeszcze? Dlaczego ja, mamo? Po co to wszystko? To piekło na ziemi? Mamo, pozwolisz mi? Dasz mi odejść, kiedy już nie będę miał sił walczyć?

Dziś rano odebrałam telefon, od przyjaciółki. Miał być przeszczep, miał być koniec ich drogi przez mękę. Stało się inaczej. Mój syn, słysząc te rozmowę i pakując plecak do szkoły, podszedł,  pogłaskał mnie po głowie i wyszedł.

Wytrzymałam sama ze sobą do południa, wsiadłam w miejski i jeździłam bez celu. Koło parku, zauważyłam jego zgarbioną postać, snującą się w ten szary, ponury dzień. Wysiadłam, chciałam podejść ale dostrzegłam, że przysiadł i schował twarz w dłoniach. I dotarło do mnie, że on boi się bardziej, niż ja.

W izolatce zrobiło się głośno i nerwowo. Lekarze, pielęgniarki. Zerwała się z krzesła i pobiegła tam. Mała patrzyła w jeden punkt. - Mamo, puka słyszysz? Otwórz jej.
Patrzyła na drzwi, zza których dobiegał tylko dla niej słyszalny dźwięk.
- Mamo, już czas. Otwórz jej, proszę. To ona. Śmierć.

smierc

 

Moje dziecko ma dziecko

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do ośrodka dla Samotnych Matek, moim zamiarem było przygotowanie ogólnego reportażu. I wtedy, spotkałam  Gosię. Co ją odróżniało, od reszty zamieszkujących tam kobiet?
– Niech pani poczeka jeszcze chwileczkę, ja tylko Kubusia przewinę i już będziemy mogły porozmawiać.

Patrzę jak starannie i spokojnie, przebiera synka. Jest cierpliwa i opanowana. Zauważam chyba tylko lekki niepokój.

– Dopiero się uczę, czasem to nawet jakby się go boję – przerywa i patrzy w oczy dziecka. Mały spokojnie zasypia, a Gosia siada naprzeciw i sama zaczyna opowiadać.
– 15 lat  miałam skończone, gdy do łóżka zaczęliśmy chodzić. Nie, nie zmuszał mnie, choć starszy był o pięć  lat. Rodzice to wie pani,  ojciec po robocie z kumplami pił, a matka nas w sumie siedmioro miała, to i  zmęczona była ciągle. Chyba się cieszyła, jak mnie i części mojego trochę starszego rodzeństwa, nie było w domu. Czasem ojciec się darł, jak ze szkoły ze skargami  dzwonili, no że oceny złe, że wagary, że jakiś chłopak spoza szkoły mnie odbiera.  Ale powrzeszczał chwilę jak się spił i tyle. Zabezpieczaliśmy się. Na początku. Tylko  Rafał mówił, że tak nie chce, że przecież się kochamy, że jak coś to chyba zna sposoby. Żeby no wie pani, pozbyć się. Nie myślałam o tym, co będzie, bo było fajnie. Na imprezy chodziliśmy. Mówił, że zamieszkamy razem, telefon mi kupił. Jak mi się okres spóźnił, to jakoś tak mnie to obeszło. Bo ja w sumie, aż tak chyba regularnie nie miesiączkowałam.

Siedzę, lekko wbita w szary fotel. Wciąż słucham jej i jednocześnie, usiłuję zapanować nad tymi „chyba” w mojej głowie. Dużo ich, za dużo jak na takiego dzieciaka.
– Po dwóch miesiącach, gdy nadal nie miałam miesiączki, powiedziałam mu. Zaczął panikować, darł się coś, że prokurator jakiś, że go posadzi. Obiecywał, że pomoże, że coś wymyśli. I tyle go widziałam. Podobno w Anglii jest – przerywa na chwilę i zagląda do łóżeczka.

– Ja to  zawsze taka chuda byłam jak teraz, dlatego  szczerze to do siódmego miesiąca mało co było widać . Później, to takie większe bluzy po bracie nosiłam.
– Zaraz, to ty nikomu nie powiedziałaś?
– Nie no, powiedziałam przyjaciółce. I ona wymyśliła, że jak się zacznie to do piwnicy takiej pójdziemy i ona mi pomoże urodzić. A potem, pod kościół czy gdzieś położymy, to ktoś weźmie. Tylko, że w domu się w nocy zaczęło. Te wody mi odeszły, czy jakoś tak, matka narobiła rabanu, pogotowie i wszystko się wydało. Ja od razu mówiłam, że tego dziecka nie chcę! Nie mam kasy ani warunków żeby je utrzymać jakoś!  Tylko, że to nie było moje jedyne zmartwienie. Nie wiem skąd i po co ta policja, jakaś kobieta z Opieki?  Poród był koszmarny, bolało, mały nie chciał chyba wyjść. Jak przez mgłę pamiętam, takie strzępki rozmów. Ta pani z Opieki mówiła, że mi pomogą, że znajdą dom dla takich jak ja, jeśli oczywiście chcę dziecko wychować.
– A ty przecież, nie chciałaś?
– Tak mi się wydawało, ale… jak mi Kubusia pokazała taka fajna pielęgniarka to… nie wiem, dziwnie mi się zrobiło. Płakałam, tak mnie w środku coś dławiło i dusiło. Śniło mi się, że Kubie się krzywda dzieje, że płacze, a ja nie mogę go dotknąć.  No i prosiłam, żeby ta Pani z Opieki mi wytłumaczyła, co się stało i żeby mi powiedziała, co robić.

W domu mnie nie chcieli i tyle, nie chcę o tym gadać, ok? Nie chcą nas to nie, poradzimy sobie sami! – przerywa i ponownie  patrzy z czułością, na śpiące maleństwo. – Wie Pani, tu jest serio dobrze. Kończę szkołę  i Siostry są miłe. Bardzo wielu rzeczy mnie nauczyły. Nie myślę aż tak o przyszłości. Dlaczego? Bo się zwyczajnie jej boję, ale wiem, że syna sobie odebrać nie dam! Nigdy tak nikogo nie kochałam i zrobię wszystko żeby był szczęśliwy. Będę dobrą mamą!
– Już jesteś – wstaję i mocno ją przytulam. Rozmawiam jeszcze chwilę z Dyrektorem Domu. Głównie o tym, że ciągle czegoś im brak i na coś brakuje pieniędzy. I o tym, że na trzydzieści dziewczyn takich jak Gośka, mogą przyjąć zaledwie cztery.

Wychodzę i wykonuję telefon. Do innego domu. Kiedy tam dojeżdżam, wita mnie uśmiechnięty mężczyzna około czterdziestki. Dom jest duży i piękny, z ogrodem. Stoją przed nim dwa auta. Wchodzimy do środka. Witam się z panią domu i uśmiecham do ślicznej, półrocznej dziewczynki. Herbata, chwila luźniejszej rozmowy.
– Pewnie panią dziwi, że sami zadzwoniliśmy. Dyrektor Domu Samotnej Matki wspomniał, że będzie pani robiła tam reportaż i… pomyśleliśmy, że może dobrze byłoby napisać o dwóch stronach niby tej samej sytuacji. Ponieważ nasza Asia, nie jest taka jak te dziewczyny z ośrodka.
– Jest gorsza!  – głos pani domu i babci małej Amelki przeszył mnie tak, że na moment zamarłam.
– Nie patrz tak na mnie, dobrze wiesz, że mam rację! Tamte dziewczyny najczęściej pochodzą z domów patologicznych, mają bardzo ciężką sytuację materialną. Ich rodzice piją, bądź nie żyją. A u nas? Przecież nasza cudowna córka miała wszystko! Mamy firmę, zatrudniamy masę ludzi, mamy jeszcze jeden dom, na Mazurach. Wiem co mogłaby pani pomyśleć, że to rozpieszczona gówniara, która robiła co chciała. Ganiający za pieniędzmi rodzice, nie mieli dla niej czasu. Nic bardziej mylnego. Zawsze jadaliśmy, chociaż jeden wspólny posiłek dziennie, żeby móc porozmawiać spokojnie. Chodziłam na wszystkie wywiadówki, miałyśmy fantastyczny kontakt. Aśka świetnie się uczyła, była lubiana. Nie sprawiała nam kłopotów. I gdy powiedziała nam o tej ciąży, to mimo przerażenia, bo przecież to  druga klasa liceum dopiero, to i tak nie myśleliśmy o niej źle. Od razu, co  chyba naturalne w normalnej i kochającej się rodzinie, zaoferowaliśmy pomoc.  Nawet nie naciskałam w kwestii tego chłopaka, ojca dziecka. Tylko moja córka, rozumie to pani?!… moja córka, którą wydawałoby się wychowaliśmy  na dobrego, porządnego człowieka, przyszła do nas z gotowym, zimnym, wręcz bestialskim planem!
– Kochanie, chyba trochę przesadzasz!
– Przesadzam?! Kpisz sobie ze mnie?! Przyszła i ostentacyjnie zażądała pieniędzy na aborcję! Gdy usiłowałam jej tłumaczyć, że pomożemy, że nie ona pierwsza, to śmiała mi się w twarz. Mówiła, że nie ma zamiaru paprać się w pieluchach i zawracać sobie głowy niechcianym bachorem! No niech pani popatrzy na Amelię! Potrafiłaby pani tak o niej pomyśleć, o tym niczego niewinnym dziecku?!
Zaczyna płakać i  przerywa. „Dziadek – tata” małej wstaje i łapie ją za dłoń, uspokaja.
– Gdzie jest Asia, wasza córka, mama Amelki?
– Na imprezie. Wraca, kąpie się, słyszę jak świergocze do telefonu. Gdy do niej zaglądam i zaczynam coś opowiadać o dziecku, zamyka mi usta krótkim: „To wasze. Ja jej nigdy nie chciałam i nie chcę. Mam inne plany na przyszłość i nie ma tam miejsca na tego dzieciaka.” Dlatego proszę, niech jej pani nie nazywa matką!

Wstaje, zabiera dziewczynkę z łóżeczka i wychodzi z salonu. Niezręczna cisza, wkładam do torby dyktafon.
– Ja wierzę, że Asia, że moja córka…Myśli pani, że to możliwe? Co my powiemy Melce jak dorośnie? – chowa twarz w dłoniach.

Miałam 20 lat, gdy urodziłam mojego syna. Czy to był ten odpowiedni wiek? Patrząc z perspektywy czasu, na to co usłyszałam trzy miesiące po jego przyjściu na świat, nie wiem. Miałam kochającą rodzinę, a Patryk był oczekiwanym dzieckiem, chcianym, kochanym. Ale mimo to, po diagnozie miałam ochotę uciec. Raz nawet przeszło mi przez myśl, że może ktoś bardziej odpowiedzialny zajmie się nim lepiej. Bywały momenty, że zostawiałam go płaczącego i wychodziłam, a Patrykiem zajmowała się moja  mama. Nie rozumiałam co robię źle i dlaczego on ciągle krzyczy. Myślałam, że to moja wina, bo za szybko zdecydowałam się na macierzyństwo, a miałam dwadzieścia lat. Gosia,  Asia oraz inne dziewczyny z podobnymi historiami, gdy zostały matkami, miały tyle lat, ile teraz ma mój syn.

Rocznie w Polsce około dwudziestu tysięcy niepełnoletnich dziewcząt dowiaduje się, że zostaną mamami. Dwadzieścia tysięcy dzieci, które noszą w sobie drugie istnienie.

Tekst ukazał się na Portalu http://ogarniecirodzice.pl/

ciąża