Nieobecni…

Drzwi otwiera mi młoda, szczupła kobieta i zaprasza do środka. Dom jest nieduży ale piękny. Jasne okna, ze smakiem urządzone wnętrze. Siadamy na kanapie, na komodzie obok stoi zdjęcie. – Tak, to Asia – odpowiada na moje nieme pytanie – W ubiegłym roku, na wakacjach. Naszych ostatnich, wspólnych wakacjach. Przyglądam się jej przez krótką chwilę. Ubrana na czarno, drżące dłonie, na twarzy wyraźny brak snu, lekko zgarbiona. Jak zawsze, nie zadaję pytań, tylko cierpliwie czekam. - Asia jest naszym jedynym dzieckiem. Przepraszam, była jedynym, tak ciężko mi się przestawić, choć minęło już ponad pół roku. Niczego nie zauważyłam. Często gdy przychodziłam na jej grób to nie płakałam, tylko analizowałam. Gdzie popełniliśmy błąd, bo przecież miała wszystko. Zarabiamy dość dobrze, stać nas na wiele rzeczy. W domu był spokój, wspólne wyjazdy, obiady przy jednym stole. Gdy znalazłam ją wtedy wiszącą w łazience, to w pierwszej chwili pomyślałam, że to nie nasza córka. Przecież jeszcze rano przy śniadaniu śmiała się w głos. Dopiero gdy tydzień temu, jedyna przyjaciółka naszej córki tu przyszła…Ja nawet nie wiedziałam, że Asia taką miała. Zawsze wydawało mi się, że dużo się uczyła, miała dobry kontakt ze swoją klasą, że była lubiana. Nie sprawiała nam problemów, dużo czytała, była grzeczna, kulturalna. Ta jej koleżanka przyniosła nam pamiętnik. Czytałam go już kilkanaście razy i nadal nie mogę tego zrozumieć, uwierzyć. Nic nie zauważyliśmy. Może tylko to, że była taka cicha i skryta. Do głowy by mi nie przyszło, że faszerowała się lekami uspokajającymi. Nigdy nie powiedziała nam, że klasa jej nie znosiła, że ją szykanowali, że bała się chodzić do szkoły. Znalazła jakieś forum dla ” takich jak ona”. Ktoś podał jej nazwę ” cudownych” leków, ktoś inny podpowiedział jak je zdobyć. Pisała o tym jak bardzo jej pomagają, jak wdzięczna jest człowiekowi które je dostarcza, że zawdzięcza mu życie. Boże! Jakie życie, jak nie ma jej z nami i już nigdy nie będzie?! Ostatnie kartki były tylko szarpaniną słów, błaganiem nie wiadomo kogo o pomoc. Pisała, że tamten ktoś zniknął, a ona nie wie jak zdobyć tabletki. Pisała, że dłużej tego nie wytrzyma, że czuje fizyczny ból, że ma koszmary i omamy wzrokowe. Na ostatniej stronie zeszytu, jest wpis ” pójdę tam, gdzie noc nie przychodzi nigdy, a strach i ból nie istnieją”. Wróciłam tego dnia trochę wcześniej, był wtorek a w czwartek Asia miała mieć czternaste urodziny. Chciałam coś zaplanować, coś przygotować. Weszłam do łazienki żeby się przebrać – przerwała nagle, wstała i skinieniem głowy poprosiła, bym poszła za nią. Otworzyła drzwi, weszłyśmy tam niemal jednocześnie. Podniosła dłoń i wyszeptała – Tu wisiała. Twarzą zwróconą do mnie -  zachwiało nią i pomogłam jej usiąść na brzegu wanny. Złapała moją dłoń, rozpłakała się. Ja zrobiłam to samo, już po opuszczeniu jej domu.

Matka Marka, spotkała się ze mną w parku. Usiadłyśmy na ławce, alejką przechadzała się młodzież, rodziny z dziećmi. - Ja, to już chyba nigdy tak z synem na spacer nie pójdę. On od ponad roku, żyje w innym świecie. Nawet nie swoim bo to przecież komputerowy, stworzony nie wiadomo przez kogo i po co. Chyba tylko dla zguby i zatracenia. Miewa czasem przerwy, wie pani, wtedy jak organizm już nie wytrzymuje i traci przytomność z odwodnienia i skrajnego wyczerpania. Zabierają go do szpitala, dają kroplówki, później siłą do psychiatryka. Tak, siłą bo sam przecież nie chce. On tam tylko dni liczy do wyjścia, żeby znowu móc ” wrócić do siebie”. Odkąd przyjechał z ostatniego leczenia, już tak blisko tydzień tam siedzi. Nawet fizjologiczne sprawy do wiaderka załatwia. Nie je, prawie nie pije. Kiedy mu coś przyniosę, to w ogóle mnie nie zauważa.  Jego twarz jest jakby nie jego, oczy przekrwione i wpatrzone w ekran monitora. Szkołę zawalił, prawie tam nie chodzi. Czasami krzyczę do niego i błagam, usiłuje go odciągnąć od biurka. Wtedy staję się agresywny, wypycha mnie z pokoju, nie reaguje na walenie do drzwi. To się zaczęło po śmierci mojego męża, wypadek miał, z synem związany był bardzo.  Tak, mam jeszcze córkę, na studiach jest w innym mieście, wstydzi się takiego brata i rzadko przyjeżdża. Sama z tym jestem, bo rodzina twierdzi, że to moja wina, że na zbyt wiele mu pozwalałam. Może mają rację, w żałobie tkwiłam i mało zauważałam. Nawet mnie cieszyło, że Marek ma tam przyjaciół, no w tym wirtualnym świecie, że może go zrozumieją, pomogą.  Nie przyszło mi do głowy, że to tak się może skończyć. Dopiero teraz do mnie dociera, że rok temu w wypadku straciłam nie tylko męża. Czuję się tak, jakby mój syn też  umarł. Przestaje mówić i pyta, czy chcę go zobaczyć. Wchodzimy do maleńkiego, skromnego mieszkania. Drzwi do jego pokoju są otwarte. Widzę postać, skrajnie wychudzonego chłopca, w samej bieliźnie. Siedzi na podłodze, przed nim laptop. Nie zauważa mojej obecności, choć siadam naprzeciw niego. Na ekranie monitora biegają strzelające do siebie postacie. Pytam go, co to za gra ale w ogóle nie reaguje. Jakby go tak nie było.  Matka odwraca się i wychodzi do kuchni. Zza ściany dobiega do mnie jej szloch.

Domi zaczepiam na forum. Specjalnym, dla dziewczyn uzależnionych od markowej odzieży. Zgadza się na rozmowę ale zastrzega, że nie poda prawdziwego imienia, tylko pseudonim. Bardzo chętnie opowiada o tym, jak zdobywa pieniądze na drogie ubrania czy dodatki. – Najgorzej było pierwszy raz, no wie pani, żeby to zrobić. Do samochodu mnie wziął, rozpiął rozporek a ja zamknęłam oczy i jakoś poszło. Opłacało się jak cholera! Matka by mi nigdy na taką drogą torebkę nie dała! Czy się bałam? No, może trochę ale gdy mu to robiłam to myślałam o tym, jak jutro w budzie, laski na widok mojego nowego zakupu będą gryzły paznokcie z zazdrości. Jestem z dużego miasta, w klasie myślą, że mój stary jest dyrektorem banku, więc się nie dziwią, skąd mam takie drogie rzeczy. Raz się nauczycielka przyczepiła, to jej nakłamałam, że mam bogatą ciotkę za granicą i przestała wypytywać. Moi rodzice pracują ale zarabiają mało. I jeszcze mam chorego brata i wszystko na niego idzie. A ja za nic na świecie nie chcę i nie  będę gorsza! Przecież nie robię niczego złego, przysługa za przysługę. Ja mu dobrze, on mi wskazany ciuch czy telefon. Zresztą mam już 15 lat. Niektóre w tym wieku dzieci rodzą ale spoko, ja taka głupia nie jestem, zabezpieczam się. Pytam ją, jakie ma marzenia. Odpowiada, że najnowszy model iphona i ze śmiechem dodaje, że musiałaby chyba jakiegoś ministra przelecieć, żeby jej taki sprezentował. Pytam o plany na przyszłość i słyszę, że jutro ma zamiar upolować gościa który tylko za  „loda” kupuje rzeczy nawet do 500 zł. Nie daję za wygraną i sugeruje odleglejszy czas, szkołę, studia.
- Upierdliwa się pani robi trochę. Przyszłość? Studia?! Chyba pani żartuje!  Jak sobie „zapracuje” na więcej dobrych ciuchów, to się wkręcę na branżową imprezę z bogaczami.  I złapie jednego na dzieciaka, no wie pani, na ciąże. Ustawie się na całe życie, bo na pewno nie będę biedować jak moi starzy.

Adam ma 16 lat. Trochę ryzykując, zaczepiam go, gdy stoi pod sklepem. Tłumaczę kim jestem i o czym chcę napisać. Słyszę, że jak mu odpalę na wino to ze mną pogada. Mówię, że niestety nie mogę. Mam syna w jego wieku, nie chciałabym żeby mu ktoś ” odpalał na wino” , tym bardziej, że jest bardzo chory. Patrzy na mnie i mówi, że przyjdzie tu jutro po jedenastej, teraz nie ma czasu.
Wracam nazajutrz, pytam czy mnie pamięta. Uśmiecha się z niedowierzaniem, że jednak przyszłam. Siadamy na schodach, z tyłu małej przychodni.
- Piję już 5 lat. Tak, nie przesłyszałaś się. Miałem około jedenastu jak mnie ojciec pierwszy raz poczęstował. Matka się ze mnie śmiała do kumpli, że zuch jestem, bo prawie pół litra wydoiłem i tylko raz rzygałem. Nas w domu, rodzeństwa, było sześcioro ale tylko  ja z siostrą zostałem. Resztę maluchów do domu dziecka opieka zabrała, jak ojca zadźgali. No normalnie, nożem. Pił gdzieś z jakimiś kolesiami, pokłócili się o coś i go sprzątnęli. Matka mówi, że dobrze, że choć ja zostałem, bo pić ma z kim. Szkoła? Chodzę i to bardzo chętnie bo zawsze tam jakiegoś dzieciaka skroję. Nie, nie biję, nie muszę. Jak mnie widzą, to sami mi oddają co mają – uśmiecha się ironicznie, choć w oczach dostrzegam smutek. Miałem dziewczynę, niedawno. Nawet chciałem się dla niej zmienić ale z dobrego domu była. Jej ojciec mnie znalazł i zapłacił pięć stów żebym jej spokój dał. Kurcze, chlaliśmy tydzień bez przerwy, piękny czas to był. No co tak patrzysz? Piękny, bo pijesz i nic nie pamiętasz, nic nie czujesz. Nie myślisz o tym, że po twoim domu biegają karaluchy, że za ścianą jakiś menel obraca twoją matkę, a ty znowu musisz iść skroić parę bachorów, żeby móc choć na chwilę odpłynąć. Leczyć się, wyrwać mówisz? Jeśli kiedykolwiek uda mi się z tym skończyć, to tylko w jeden sposób. Czasem jak za dużo wypiłem, to widziałem moją babcię. Jak przez mgłę ją pamiętam, dzieciak byłem jak umarła. I widzę ją czasem i takie ciepło czuję. Ona dobra była, jeść nam dawała, czytała bajki. Jak z tym skończę, to położę głowę na jej kolanach i będę słuchał jej głosu już na zawsze, rozumiesz?

Wczoraj w Klinice Mukowiscydozy  zostawiłam syna. On też jest uzależniony. Od leków, od tlenu w rurce, od sączących się kroplówek, od czterech ścian szpitalnej izolatki. Ktoś powie, że bredzę, bo przecież  uzależnienie jest winą choroby a nie jego.

Kto więc jest winny  za uzależnienia  Asi, Marka, Domi, Adama i innych dzieciaków?…

Rozejrzyj się dokładnie, bo może właśnie umyka ci fakt, że w twojej rodzinie nie wszyscy są „obecni”…

6 myśli nt. „Nieobecni…

  1. ~Łońska

    Jestem tak bardzo przerażona. Że ona zacznie dorastać, ja nie zauważę i też stanie się nieobecna. Wbrew pozorom nie trzeba wiele.
    Po raz kolejny wychlastałaś mnie po pysku. Dziękuję.

    Odpowiedz
  2. ~Asiulka

    Dziekuje… porazila mnie opwiesc o mojej imienniczce… moze troche inne zdarzenia ale nikt nie wie jak bardzo bylam bliska jej koncowi… co mnie ostatecznie powstrzymalo… strach przed tym co stanie sie z moim dzieckiem i ze moze pomyslec ze go nie kochalam…

    Odpowiedz
  3. ~julka

    Tez sie puszczalam bo kasy w domu nie bylo. To znaczy dla mnie nie bylo. Najpierw sporadycznie tak o na zachcianli, pozniej jak mnie ojciec z domu wyrzucil to gdzie mialam isc? No do burdelu poszlam. Ten czas juz minal ale tyle co przezylam to ksiazke bym napisala. Teraz tkwie w malzenstwie z dziecmi i psem. I brakuje mi burdelu i wolnosci.

    Odpowiedz
  4. ~Ewelina

    Witaj. Jestem tu pierwszy raz. Zazwyczaj omijam taki długi wpisy, ale tym razem tekst pochłonął mnie od pierwszego zdania. Straszne, przerażające i jak bardzo prawdziwe. Nigdy nie wiesz, nigdy nie możesz być pewna. Zawsze miałam dobre relacje z rodzicami. Miałam też przyjaciółkę. Wiadomo, że z wiekiem co raz mniej mówiłam rodzicom. Teraz mieszkam już bardzo daleko, widzimy się maksymalnie raz w roku. Co tu dużo mówić, teraz jestem bardzo samotna. Nie mam takiej osoby, z którą mogłabym pogadać o dowolnej porze. Mąż też mi nie ułatwia. Najbardziej cierpi na tym dziecko, gdyż to na nim się rozładowuje. Krzyki, niekiedy klapsy o głupoty, ale mam na tyle świadomości, by to wszystko wynagradzać późniejszym okazywaniem miłości. Ja wiem co teraz sobie pomyślisz/cie, gdzie miłość do klapsów, mam po prostu ciężki charakter, zawsze sobie powtarzam, że z takim charakterem nie powinno się być rodzicem, ale kocham moje dziecko nad życie i wiem, że to dla niego muszę żyć, walczyć i starać się, żeby nigdy nie zwątpił w to, że go kocham i że może na mnie polegać. Z tym komentarzem właśnie sama siebie troszkę wsparłam. Muszę po prostu podjąć jakieś kroki i coś zmienić, bo sama siebie nie naprawię. Myślałam nawet nad terapią, ale przyznam szczerze, że nie mogę sobie na to pozwolić z przyczyn finansowych, a nikt mnie nie skieruje państwowo, bo nie znam na tyle języka. Czarna dziura z prześwitem na miłość.
    Dzięki za ten wpis. Będę wpadać częściej.

    Odpowiedz
  5. ~turoń

    Uzależnienie częściej chyba jest spowodowane nie tym, co jest, ale tym, czego nie ma. Brak jakiejś umiejętności, brak zadowolenia, brak np. miłości. Dorosły, dojrzały człowiek upora się z takimi brakami, albo słusznie dojdzie do wniosków, że są one nieuzasadnione (np. miłości nie może brakować, bo to ja nią darzę innych, kiedy jest miłość nie ma mnie). Człowiek niedojrzały może znaleźć cudowny lek (w postaci chemii, w postaci czynności, albo innego człowieka), który działa jak proteza. Później jest już z górki. Moim zdaniem niemal niemożliwe jest dostrzeżenie takiej sytuacji wśród bliskich sobie osób odpowiednio wcześnie. Znamy się, obserwujemy, przyzwyczajamy do pewnych niezauważalnych dla nas zmian. Taki sygnał musi nadejść z zewnątrz – nauczyciele, może psycholog, może sąsiadka. To także nasza odpowiedzialność jako tych będących z boku dla naszych sąsiadów, przyjaciół. Myślę, że to tutaj możemy robić błędy nie traktując takich sygnałów poważnie, bagatelizując je. To możemy poprawić. Możemy też poprawić i zmienić nasz stosunek do różnych (byle profesjonalnych, sprawdzonych) terapii, mieć gdzieś stereotypy dotyczące dbania o własne życie (grupy wsparcia, terapie, psychiatrzy). Pozdrawiam i życzę dużo siły, a Tobie szczególnie dużo Anika!

    Odpowiedz
  6. ~Falka

    Widzę, tych moich nieobecnych. Męża, ojca, młodszego brata, współuzależnioną matkę i siebie, w trakcie terapii. Najbardziej mnie zabolało, jak doszło o mnie, że nie mam na nich żadnego wpływu, nie mam magicznej różdżki, którą ich odczaruje. Oni umierają na raty, a ja to widzę. To bardzo boli.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>