Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

” To nie są ludzie…”

Przekraczając próg tego ogromnego, zimnego budynku i słysząc szczęk zamykanych, ciężkich drzwi, poczułam niesamowity lęk. Moja jasna i racjonalna świadomość mówiła mi, że jestem tu tylko na kilka chwil, w pracy. Mimo to, gdy nagle  wokół widzisz tylko ciężkie kraty i uzbrojonych strażników, strach robi swoje.  Dlatego swój pierwszy krok zrobiłam w tył i usłyszałam, że tak reaguje każdy „normalny”, kto tu bywa z jakichś tam przyczyn, tylko na chwilę. W głowie od razu pojawiła się myśl, kto i co decyduje o normalności człowieka.

Weszliśmy do dość ponurej, niewielkiej salki. Przeszukano mnie ponownie, zadano kilka pytań, podpisałam kilka formularzy, sprawdzono mi sprzęt i kazano czekać. Patrzyłam na kawałek świata za  maleńkim oknem, gdy weszła pierwsza moja rozmówczyni. Podałam jej dłoń a ona nic nie mówiąc, spojrzała  na mnie jakby oburzona. - Te ręce zabiły dwoje dzieci, ty nie wiesz?! I nie, nie żałuje bo pewnie o to chciałaś zapytać.
Jej oczy były martwe. Wpatrzone we mnie ale bez oznak jakichkolwiek uczuć.
- Chciałam się przedstawić, po prostu, bez głębszych filozofii – odparłam i ponownie wyciągnęłam rękę. Przyglądała mi się  przez chwilę i w końcu, podała swoją. Jej uścisk był mocny ale niepewny.
- Nie zadawaj mi pytań. Sama powiem tyle, ile będę chciała. Ojciec i matka pili odkąd pamiętam. Pili, bili, w domu wieczna melina. Jak jego poznałam, to myślałam, że wiesz Boga za nogi złapałam. I owszem trzymałam, tyle że Diabła za kopyta. Był ode mnie starszy, silniejszy i według niego, z prawem do mojego ciała. I to ciało, często używali jego koledzy, za flaszkę albo amfe. Zabrał mnie z piekła, w niekończącą się przepaść. Spadałam bez przerwy, boleśnie obijając się o wąskie ściany. 17 lat miałam skończone jak się okazało, że matką będę. Nienawidziłam tego, co we mnie rosło. Tak „tego” bo lepiej wiesz, nie uczłowieczać. Potem jest łatwiej się tego pozbyć. Próbowaliśmy jakoś sami usunąć. Skakanie po brzuchu, alkohol, dragi ale „to”,  nadal było. Siedziałam w domu, żeby nikt nie zauważył, nie czepiał się potem. Kolegom od flaszki i kreski, brzuch w używaniu mnie, nie przeszkadzał. Nocą zaczęłam rodzić. Nawet, jakoś tak nie bolało. Nie wiem czy w ogóle żyło, bo nie ryczało. Reklamówkę sobie przygotowałam wcześniej. On poszedł z „tym”, zakopać bo ja się źle czułam. Później się na mnie długo wściekał, bo mi się tam paprało i nie mogłam zarabiać.
Przerwała nagle i gdzieś zapatrzyła… Przez moment, wydawało mi się, że jej oczy się zaszkliły.
- W końcu wyzdrowiałam, życie się jakoś toczyło. Nawet się pozmieniało. On zaczął na budowie robić, a ja klatki schodowe sprzątać. Ty wiesz, że mi się wtedy wydawało, że my normalnie możemy żyć? Nawet zasypialiśmy razem. Aż się okazało, że znowu jestem w ciąży i wtedy zrozumiałam, że uczucie oparte na depresji i uzależnieniu, podszyte zbrodnią, nie może być rajem tylko piekłem. I to nie jest tak, że on mnie zmuszał. Sama to zrobiłam. Nie żałuję. Nic nie czuję. Nie „To” mi się nie śni.. Nie myślę, kim mogłyby teraz być. Jestem morderczynią. I chcę już iść. Skończyłam z tobą gadać.
Zawołałam strażniczki i chyba nawet chciałam, coś jeszcze powiedzieć ale wyszła szybko, nie oglądając się.

W zasadzie od razu, wprowadzono drugą.  Po czterdziestce, piękna, zadbana kobieta. Przedstawiła się, powiedziała kilka zdań o sobie. Wykształcona, z dobrego domu.
- Zastanawia się pani, co tu robi, ktoś taki jak ja? Mieliśmy z mężem szczęście, dostatnie życie. I ukochanego synka. Miał 10 lat gdy potrącił go pijany kierowca. Śmierć na miejscu. Pogrzeb, sąd, wyrok. Dla mnie to było za mało. Coraz więcej piłam, coraz więcej różnych prochów łykałam. Opętała mnie żądza zemsty. Chciałam, żeby za kratami cierpiał tak, jak ja nad grobem czy pustym łóżkiem mojego dziecka. Dowiedziałam się gdzie mieszkał, że ma żonę i córkę. Rok młodsza od mojego Dawida. Śledziłam ich. Wjechałam w tę małą, rozpędzonym autem, gdy wracała ze szkoły. Zmarła po kilku dniach, w szpitalu. Kiedy przyszła jakaś świadomość, refleksja? Gdy trafiłam tu i pewnej nocy, przyszedł skrawek snu. Mój syn i ta dziewczynka szli, trzymając się za ręce. Gdy go zawołałam, ona mu coś szepnęła. On popatrzył na mnie jak na obcego i powiedział do niej, że to niemożliwe. Jego mama, by nigdy czegoś takiego nie zrobiła. I odeszli… Dopiero wtedy do mnie dotarło, że przecież to dziecko nic nie zawiniło. Zachciało mi się zabawy w Pana Boga, co daje i odbiera. Tylko…ja nie dałam jej życia. Za to odebrałam kilkoro. Jej ojciec niedługo po tym, powiesił się w celi, jej matka jest w zakładzie dla psychicznie chorych, mój mąż jest cieniem człowieka. Swoje życie, też odebrałam. Jestem przecież jak żywy trup. Kraty w oknach, brak możliwości wyjścia, nie są dla mnie karą. Więzieniem jestem ja sama i moje sumienie, które mnie w nim trzyma. Już na zawsze…

Przed rozmową z trzecią kobietą, poprosiłam o chwilę przerwy.  - Nie rozumiem, po co to pani robi? – strażniczka odezwała się nagle – Z całym szacunkiem, ale po co o tych potworach pisać? To nie są ludzie. To więźniarki, morderczynie!
- Tak pani uważa? A my w ogóle mamy prawo, do takich osądów? Każdy z nas ma różne doświadczenia, inne postrzeganie świata, swoje małe lub ogromne dramaty i zawirowania życiowe. Jestem tu, bo często zastanawiam się czy większość tych, którzy nie siedzą w więzieniach, na pewno są ludźmi?
- Coś w tym jest, co pani teraz powiedziała. Przyprowadzę następną.

Starsza pani miała łagodną, miłą twarz. I ciepłe, mądre oczy.   - Zabiłam mojego męża. Wzięłam nóż i biłam nim na oślep. Śledczy powiedział później, że nigdy nie widział tak zmasakrowanego ciała.
- On panią bił, prawda? – zapytałam, patrząc w podłogę.
- Był jak bestia. Jakby mieszkało w nim coś jeszcze, coś złego. Twarz mu się zmieniała i oczy, jakby wpadał w obłąkanie. Zawsze, po alkoholu czyli praktycznie, każdego dnia. Bił wszystkim i gdzie popadło. Krzyczał, upodlał, niszczył rzeczy w domu. Dzieci moczyły się nawet w dzień, ze strachu. Nigdzie po pomoc nie poszłam, bo wie pani jak to na wiosce kiedyś. Chłop ma prawo zrobić z babą wszystko. Zresztą, jego matka twierdziła, że ona też lekko nie miała i jakoś przeżyła. I ja tak jakoś, żyłam. Bardzo długo, zbyt długo. Jak to się stało, to najgorsze? Dzień jak co dzień. Wrócił, nawet  niespecjalnie pijany. To ja byłam jakaś dziwna, osłabiona i obojętna. Gdy podniósł głos o brak obiadu, chwyciłam nóż. Nie planowałam tego. Ręka sama otworzyła szufladę i zadawała ciosy.
I ta obojętność z wtedy, jest ze mną do dziś. Pomieszana z ulgą i radością. Tak, radością bo dzieci są bezpieczne. A i mnie już w końcu, też nic nie grozi. To nie jest dla mnie więzienie. Nie boję się tu zasypiać, jak wcześniej, w domu. Nie boję się kroków, podchodzących do drzwi celi. Tylko jedno mnie napawa lękiem. Co mu powiem, kiedy się spotkamy po mojej śmierci? Czy on mi wybaczy? Chociaż…ja pewnie i tak pójdę do piekła, więc się miniemy.

Zbierałam z biurka swoje rzeczy i chciałam opuścić mury Zakładu Karnego dla kobiet, gdy ponownie zajrzała strażniczka:  - Ta pierwsza, chce jeszcze pani coś powiedzieć, dodać. Bardzo prosiła, wręcz błagała i dyrektor się zgodził.
Usiadła naprzeciw mnie. Ręce jej drżały, a oczy straciły wcześniejszy chłód.
- Nie myśl o mnie źle. Ja nie jestem zła! Ja musiałam tak zrobić. Wiem co myślisz, że mogłam je gdzieś oddać. Nie! Takie dzieci jak ja, jak one, są naznaczone. Miałyby takie samo życie jak moje, a to już lepiej nie żyć. Ja nie zabiłam swoich dzieci, rozumiesz?
Ja je uratowałam…

Wyszłam na zewnątrz.
Na moją twarz padały jasne promienie słońca, a skóra czuła lekki podmuch wiatru.
Myślałam o tym, jak okrutny jest los.
Jak nierówno dzieli.
Jak bez pytania, zabiera to co najcenniejsze.
Jak wkłada w ludzkie dłonie, narzędzia zbrodni.
I jak zapomina przy tym, że to on sam, stworzył taki scenariusz.

Scenariusz, bez możliwości korekty…

wie