Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

A. wierzyła uparcie, że miłość i oddanie, uleczy jego zgniłe serce. Za każdym razem, gdy jej głową uderzał o ścianę, zamykała oczy i wmawiała sobie, że to już ostatni raz. Myślała, że przecież to się może zdarzyć każdemu. Miał ciężkie dzieciństwo, matkę i ojca którzy zajmowali się sobą, a nie nim i jego rodzeństwem. Miał więc prawo odreagować na niej.
 A. znajdowała miliony wytłumaczeń. Dla siebie też. Zasługiwała na takie traktowanie, jak nikt inny. Wmawiał jej to od rana do nocy, aż w to uwierzyła.
Urodziła mu chore dziecko, a on miał względem niego sportowe plany.  A dzieciak był  z niewydolnością płuc. Nie umiała zrozumieć,  dlaczego krzyczy i bije. Przecież mówił jej wyraźnie, że jest do niczego, że nie ma mózgu. Chyba nie miała, bo nie umiała pojąć za co obrywa.

Gdy któryś już raz, zmywając z twarzy krew usłyszała, że nie powinna nazywać się matką, bo w domu bieda. Ona zamiast pracować, skakała tylko  koło wiecznie duszącego się bachora, a on nie miał  przez to na siłownie. I jeszcze  musi ją zdradzać bo się jej brzydzi, a ma swoje potrzeby…W A. coś pękło. Dotarło do niej, że jest tak jak on mówił. Wmawiał jej słownie i ręcznie.

Spakowała dzieci i oddała bez wyjaśnień, swoim rodzicom. Usiadła w kącie znienawidzonego mieszkania. Popijając winem, kolejne kolorowe tabletki – przepustki – do złudnej wolności, wmawiała sobie, że tak będzie lepiej. Rodzice zajmą się skrzywdzonymi przez nią, w jej mniemaniu  dziećmi, a ona w końcu nie będzie musiała się bać. Nie o siebie… O to, że on w końcu sięgnie po nie.

Gdy oddech A. stawał się coraz płytszy, serce zwalniało rytm, ręce i nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, ze ściany spadła ramka ze zdjęciem  dzieci i roztrzaskała się o zimną posadzkę. A. ostatkiem, sił doczołgała się do telefonu…

Dziś A. walczy o córkę, zamkniętą w szpitalu dla chorych dusz. Jednak okazała się nie najgorszą i w ogóle matką, zauważyła na czas i niebawem, razem wrócą do domu.

Gdybyś kiedyś pomyślał, że garść kolorowych drażetek, sznurek czy ostra żyletka to bramy do raju, a z twojej ściany nie spadnie na czas ramka ze zdjęciem. Zadzwoń tam, gdzie po drugiej stronie słuchawki ktoś na ciebie czeka. Poda ci rękę i sprowadzi z nad przepaści, bezpieczną ścieżką…

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.

A. siada teraz często nad rzeką i jej oddaje swoje łzy. Możesz usiąść obok niej…

A kiedy zaświeci księżyc…

Zanim odważyłam się wejść, jeździłam tam przez  tydzień.  Chodziłam na około,  podchodziłam do drzwi i odpuszczałam.
Dlaczego w ogóle, zdecydowałam się tam  być?

Budynek jest nieduży, kolorowy, zadbany. Wewnątrz jest kilka łóżek, a w nich one – mniejsze lub większe istnienia.
Przechodzę korytarzem, boję się nawet patrzeć. Znalazłam krzesło i usiłuje się uspokoić, zebrać myśli. Obok mnie siada dziewczynka, ma ze sobą stojak z kroplówką, uśmiecha się i pyta skąd mam taki ładny tatuaż. Opowiadam jej, jak się znalazł na moim barku i dlaczego akurat jest to słonecznik. Rozmawiamy, i pyta mnie czy mam dzieci i czym się zajmuje. Ma około 12 lat, bardzo szczupłe dłonie, chustkę na głowie, piękną choć zmęczoną twarz.
- A ja mam raka. Już bardzo długo go mam, i jest  coraz gorzej i nic już nie pomaga. Mama i tata pracują, dom mamy ciasny i nie możemy mieć pielęgniarki na stałe. I ciocia przywiozła mnie tu. Tu jest dobrze proszę pani, tu tak nie boli, bo jeśli tylko zaczyna, to od razu dostaje leki i nic nie czuję. Panie pielęgniarki i pan doktor są dla nas mili, są kochani i pomocni, nigdy się nie denerwują. Tylko czasem słyszę jak płaczą gdy, no wie pani co? Bo my tu później, umieramy. Niech pani się nie smuci. Tu się dobrze umiera. Jest spokój i cisza i wszyscy o nas dbają. O to, żebyśmy nic złego nie czuli. Też bym chciała, taki tatuaż ale pewnie już nie zdążę…

Przychodzi pielęgniarka, zabiera dziewczynkę a ja spotykam się z jej mamą.  - Zgodziłam się na tę rozmowę, bo wiem, że pani mnie zrozumie. Sama ma pani syna, śmiertelnie chorego, czytałam. I nie chodzi o nas, o naszą historię, tylko o to miejsce. O to, żeby jak najwięcej ludzi zrozumiało, jak bardzo są one potrzebne. Amelia to nasze jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Zaczęła słabnąć, krwotoki z nosa, spadek wagi. Badania, szukanie przyczyn. Diagnoza była szybka i bolesna, jak nóż wbijany bez ostrzeżenia. Chemie, leki ściągane z Niemiec, miliony różnych szpitali a nawet znachorów. To jedna, z najcięższych odmian nowotworów. Przychodzi żeby zabrać, zabić, nie daje szans. Czasem myślę, że ma jakąś postać, taką namacalną?  Jak człowiek, rozumie pani? Okrutny ktoś, kogo bawi cierpienie jej i nasze. Mówię bez sensu, przepraszam. W domu ciasno, nie ma warunków, my pracujemy bo kredyty, bo życie. Ktoś nam powiedział o tym miejscu. Zdenerwowałam się tym, byłam wściekła. Krzyczałam, że to niedorzeczność, bo przecież hospicjum to śmierć a nasza mała żyję…Było coraz gorzej, ona tak się męczyła. Zanim dojechała karetka, zanim ktoś mógł jej pomóc, przechodziła piekło bólu. Przyjechaliśmy tu trzy tygodnie temu, od razu chciała tu zostać. Nie wiem, może czuła, że za ścianą leżą takie dzieci jak ona, często młodsze a tak cholernie odważne. Kiedy tylko coś złego się dzieje, pomoc jest błyskawiczna. Widzimy, że tu nikt nie pozwoli jej  dodatkowo cierpieć, że tu nigdy nie będzie sama. Nawet gdybyśmy my, nie zdążyli dojechać kiedy… wie pani kiedy… – przerwała nagle i zapytała, co trzymam w ręku. Odpowiedziałam, że wypis ze szpitala mojej córki, bo  nie zdążyłam wcześniej odebrać. Uśmiechnęła się lekko. – Z tego szpitala, też dostaje się w końcu wypis. Tylko już nie do domu. Stąd, któregoś dnia, ja i mój mąż wrócimy sami… Mówię jej , że mam prośbę. Będę tu za dwa dni i chciałabym dla jej córki przynieść tatuaż. Taki zmywalny ale słonecznik, bo wiem że taki by chciała. Uśmiecha się ciepło i zgadza się.

Wstaję i chcę wyjść ale  zza otwartych drzwi, wychyla się  mała łysa główka i zaprasza do siebie. Wkłada mi w dłoń żółtą krędkę.
- Ja dokończę niebo i gwiazdy a ty narysujesz księżyc- słyszę, bez zbędnych ceregieli. Zaczynamy rysować. Mówi mi, że ma całe 8 lat ale żebym nie myślała sobie, że jest dzieckiem. Wie dużo o historii, polityce, najwięcej jednak o astronomii. Chłonę jego słowa i uśmiechnięte oczy.
- Tylko ten księżyc proszę, musi być bardzo duży i jasny. Będę na nim mieszkał, wiesz? Pytałem tatę jak to jest kiedy się umiera, bo zawsze myślałem, że wtedy ludzie krzyczą, ze strachu. A to, nie prawda. Gdy Grzesiu umierał, to nikt nie słyszał, taki był cichutki. I tata mi powiedział, że wtedy zaświeci ogromny księżyc, otworzy się okno i będę mógł na niego polecieć…

Wracam po trzech dniach, bo stan zdrowia mojej córki nie pozwolił być tu w terminie. Ściskam w ręku wodny tatuaż. Wchodzę do jej sali, widzę jak bardzo osłabła. Cieszy się na mój widok. Podciągam jej rękaw, słonecznik już kwitnie. Zostawiam ich samych, bo są rodzice i chyba babcia Amelki. Pytam lekarza ale jego oczy, odpowiadają  mi same, bez niepotrzebnych  słów…        Przechodzę obok pokoju chłopca z księżyca. Otwarte okno i puste łóżko…

Zdecydowałam się tam pójść, bo kiedyś usłyszałam, że to miejsce pozwoli mi w pełni zrozumieć i oswoić lęk. Lęk przed  podróżą mojego syna, gdy przyjdzie ten czas, by narysować księżyc… Przebywanie tam, pozwoliło też nabrać mi  pewności, że nie muszę  być z tym sama. Nauczyło jeszcze większego szacunku do każdego dnia, minuty, sekundy. Sprawiło, że uśmiecham się jeszcze intensywniej do ludzi, jeszcze bardziej kocham, jeszcze mocniej doceniam to co mam.

A gdy przychodzi noc, wychodzę czasami na zewnątrz, patrzę w jasną, ogromną tarcze na niebie. I może kiedyś, odważę się Mu pomachać…

http://pomozbudowac.pl/ 
okno