Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Halo?! Czy pani mnie słyszy?!…

Popatrzył na nią smutno ale uśmiechnął mimo wszystko. Wstał i skierował w stronę łazienki. Zdążyła powiedzieć jeszcze, że bardzo go kocha i zaczeka w łóżku, żeby mogli zasnąć razem. Kiedy po chwili biegła w jego stronę, wiedziała już, co się za chwilę wydarzy. Ich dzieci przerażone, modliły się w pokoju obok. Dzwoniła na pogotowie, błagając jednocześnie by wytrzymał. Jego twarz była sina, z ust buchała krew. Ściany, on, jej dłonie, wszystko we krwi. Dusił się na jej oczach, karetki jeszcze nie było. Ona klęczała przed nim, słyszała szloch dobiegający zza ściany i nic nie mogła zrobić.Patrzyła jak się męczy, jak cierpi, jak przeszywa go ból. Patrzyła jak odchodzi… Patrzyłam, bo tak umierał mój mąż. Łukasz, 26 lat. W naszym domu. Wcześniej, przez ponad dwa tygodnie, szukaliśmy miejsca w szpitalu. Bezskutecznie.

Jeden z oddziałów, od lat nieremontowanych, gdzieś w Polsce. W obdrapanej izolatce, z wypadającymi z ram oknami i grzybem w łazience, w potwornych męczarniach umierała Ola. Szpital nie posiadał respiratora, dlatego dwudziestolatka o posturze małej dziewczynki, dusiła się tydzień. Siedem dni obdartych ze złudzeń, podszytych niewyobrażalnym bólem i paraliżującym strachem. Ola nie mogła już chodzić, nie mogła już nawet usiąść. Ola mogła patrzeć, jak do podłączonego worka przestał spływać mocz, nerki odmówiły współpracy. Mogła resztkami sił, jak ryba gwałtownie wyciągnięta z wody, łapać resztki powietrza. Ola mogła też, cichym szeptem błagać o śmierć.

Patryk ma 19 lat, czeka na nowe płuca. Jego mama, też czeka. Nocami, gdy jej syn kaszle i śpi na siedząco, ona  czeka na telefon. Na telefon, o śmierci kogoś innego. Tylko tak można uratować życie jej dziecka. Mając świadomość, o tragedii rodziny dawcy. Mama Patryka czeka też na zmiany. Ona niestety nie posiada komfortu, tylko jednego lęku. Z trwogą, zagląda też na konto i liczy, ile na te cudzą śmierć niosącą życie, brakuje jeszcze pieniędzy. Przeszczep i leczenie po zabiegu kosztuje, czasem więcej niż leczenie chorego przed operacją.I nie daję żadnej gwarancji. Chory przecież, może nigdy nie wrócić ze stołu operacyjnego, może dojść do odrzutu organu. O czym więc  najczęściej myśli mama Patryka? Myślę, że o tym samym, o czym często myślę ja. Żeby się nie męczył, kiedy przyjdzie ten czas. I żeby mógł odejść w godnych warunkach, podłączony do leków uśmierzających ból.

Piotr jest szczęściarzem. Ma już ponad trzydzieści lat, żonę i wspaniałego synka. Coraz częściej jednak, ląduje w szpitalu. Jeśli oczywiście, znajdzie się wolne łóżko.Ta choroba to nie tylko płuca. Atakuje też wątrobę, trzustkę, osłabia serce, powoduje cukrzycę. Piotr nie dostanie jednak  miejsca, na odpowiednim  do leczenia mukowiscydozy oddziale. Dorosłych chorych w tym kraju, nie opłaca się leczyć, bo procedury medyczne są nisko oceniane. Piotr, jak inni pełnoletni z tą chorobą leży na zwykłych, nieprzystosowanych oddziałach. Leczony jest w salach wieloosobowych, wraz z pacjentami z zapaleniem płuc lub innymi gorszymi schorzeniami, które są dla niego zagrożeniem. Piotr i jego żona mają świadomość tego, że jeśli szybko coś się nie zmieni w systemie leczenia, kiedyś z tego szpitala nie wróci. Co powie Asia ich synkowi? Opowie, że Polska to kraj, w którym broni się życia poczętego. A kiedy to  życie już się narodzi, jest zostawiane na pastwę losu. Bez refundacji na kosztowne leczenie, bez miejsc w szpitalach. Z  Komisjami  Orzekającymi o Niepełnosprawności, na których lekarz orzecznik, bardzo często poniża chorego do granic możliwości. Sugerując rodzicom chorych, że usiłują od Państwa wyłudzić kolosalne pieniądze na leczenie.156 zł zasiłku pielęgnacyjnego.

Marcin miał burzę długich, kręconych loków. Grał na gitarze, miał swój zespół, studiował. Włosy ściął, wypadały garściami od nadmiaru przyjmowanych leków. Gitara coraz częściej, stoi w kącie jego pokoju. Czasem, samo wyjęcie jej z pokrowca sprawia, że musi podłączyć tlen. Mówi, że nie chce przeszczepu. Nie będzie zostawiał rodziców z długami, że już dawno i świadomie podjął taką decyzję. Chcę żyć ile będzie mu dane. I odejść. Boi się. Najbardziej, w takie dni jak ten. Gdy od ubiegłego piątku usiłuje dodzwonić się na „swój” oddział, a gdy w końcu się udaję, odmawiają mu po raz kolejny przyjęcia. Przyjęcia są planowane- mówią. A od kiedy, zaostrzenie w tej paskudnej chorobie, można zaplanować?! Dzwonię do niego rano, słyszę z jakim trudem wypowiada każde słowo. Nie męczę go, rozłączam się i piszę, że wszystko będzie dobrze. Dostaję odpowiedź zwrotną- gdyby jednak coś poszło nie tak, fajnie było mieć taką siostrę jak ty…Na moment przestaję oddychać, wciskam się w ścianę. Nie mogę płakać, bo obok mnie stoi mój syn, z tą samą chorobą. Dusił się dziś do czwartej nad ranem. O piątej, wykończony powiedział mi, że chciałby jeszcze trochę tu pobyć ale nie wie, na ile wystarczy mu sił. I żebym się nie gniewała, gdyby mu ich zabrakło.

Gdy rozmawiam z chorymi nastolatkami, najczęściej słyszę, że boją się pełnoletności. Na razie, póki  są dziećmi, w świetle przepisów NFZ, ceny procedur medycznych są na tyle wysokie, że ich leczenie się kalkuluje. Gdy staną się dorośli, ich szanse na życie skurczą się. Chorych na mukowiscydozę żyję w Polsce około 2 tysięcy, niestety, 15 lat krócej niż na Zachodzie.

 

Pani Ewa o łóżko dla trzynastoletniej córki, prosiła prawie miesiąc. Potrzebne było miejsce w specjalistycznej klinice. Wciąż odmawiano, obiecywano późniejsze terminy. Krwotok przyszedł w nocy, był zbyt masywny. Pani Ewa, właśnie wróciła z cmentarza, weszła do pustego mieszkania. Podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu:

- Dzwonię z kliniki, mamy już wolne łóżko dla pani córki, możecie przyjechać nawet dziś. Halo? Halo?! Czy pani mnie słyszy?! Mamy wolne łóżko…

111

 

 

 

 

Zwyczajna Historia…

Ona była Zwykłą dziewczyną. Ani zbyt ładną, ani też brzydką. Przeciętny ubiór, mysi kolor włosów.
Nic jej nie wyróżniało. Może tylko szczupła sylwetka, nienaturalnie szczupła.
On w swoim mniemaniu był Niezwykły. Wszystko miał lepsze. Lepszy wygląd, lepsze ubrania, lepszą markę samochodu.
35 lat pełnego sukcesu.
Kilka hoteli, kilka sklepów z markową odzieżą i duży market.
W tym właśnie markecie, u Niezwykłego pracowała Zwykła.

Nigdy się nie spóźniała, nigdy nie skarżyła, nigdy o nic nie prosiła.
Kilka razy donoszono, że Zwykła zabiera do domu resztki.  Wyrzuconych do kontenerów warzyw lub innej żywności ze sklepu. 
Niezwykły w swej łaskawości, zezwalał jej na to.
Życie biegło swoim tempem. 
Lipiec, sierpień, wrzesień.
Zwykła nadal była pracownicą Niezwykłego.
Nadal ciężko pracowała, nie zwracając na siebie większej uwagi.
On również, nadal pławił się w swoim idealnym, wspaniałym świecie.
Styczeń, luty, marzec.
Nadszedł czas świąt.
Niezwykły przyjechał do swojego ogromnego sklepu, okazać swą łaskawość po raz drugi.
Pracownicy otrzymali życzenia i bony upominkowe.
Nagle, zauważył nieobecność Zwykłej.
Usłyszał, że od dwóch tygodni jest na zwolnieniu lekarskim.
Nie rozumiejąc swojego zachowania, kazał zrobić paczkę żywnościową, poprosił kadry o adres i odjechał.

Po drodze, w jego głowie namalował się obraz.
Stara, rozsypująca się rudera a w niej wielodzietna rodzina, w skrajnym ubóstwie.
Gdy wjechał w dzielnice pięknych, jednorodzinnych domów, pomyślał, że pomylił adresy.
Zatrzymał się jednak i zapukał do drzwi.
Otworzyła uśmiechnięta, starsza pani.
Przedstawił się i od razu przeprosił za ewentualną pomyłkę.
- Pan do naszej Laury, pracodawca prawda? Proszę wejść.
- Państwo są rodzicami Pani Laury?
- Nie, dziadkami. Zresztą myślę, że Laura sama panu wyjaśni. Zaprowadzę pana.
Starsza pani wstała i wskazała ręką drzwi.
Niezwykły otworzył je. Zwykła siedziała w fotelu, podniosła głowę i lekko się uśmiechnęła.
Wyglądała na skrajnie wyczerpaną.
Niezwykły usiadł, bojąc się zapytać o cokolwiek.
- Byłam podobna do ciebie-  zaczęła. Bez obrazy ale..moi rodzice połknęliby taką płotkę jak ty, na śniadanie- roześmiała się gorzko.
Nawet nie musiałam pstryknąć palcami, żeby mieć wszystko.
A tak na prawdę nic.
Żyłam pełną gębą.
A tak na prawdę nie miałam pojęcia, co to życie.
Myślisz, że bredzę?
 Rodzice mieli wypadek, tak zginęli, oboje.
Jakim cudem, tak szybko przepuściłam taką fortunę?
Choć wyda ci się to niewyobrażalne, to jednak jest to nieistotne.

Najgorsze było zderzenie z prawdą.
Zostałam sama? Nie! Ja zawsze byłam sama.
Dziadkowie? Pojawili się niedawno, ktoś im doniósł o mojej sytuacji, o diagnozie.
Nowotwór.
Rodzice?
Tak…Miałam dom, piękny, ogromny jak widzisz, marmury i inne cuda.
Gdzieś mieliśmy więzi rodzinne, wujków, babcie.
Pewnie chcieliby naszych pieniędzy.
Wigilia i inne święta na Teneryfie.
Choinka, opłatek, Droga Krzyżowa i inne tego typu bzdury- komu to potrzebne?
My mieliśmy drinki z palemką, drogie kurorty i kąpiele w szampanie.
Jedyne momenty gdy byliśmy razem. Chociaż..
Ojciec wiecznie coś przeliczał, matka dzwoniła, na mnie nikt nie zwracał uwagi.
Nie potrzebowałam tego.
Śmieszyły mnie koleżanki, opowiadające o wakacjach u ciotki.
Drażniły zachwyty nad obiadem mamy.
Ja wracałam do swojego, pięknego domu.
Nie widziałam różnicy, po ich odejściu.
 Wcześniej, też nikt na mnie w nim nie czekał.
Rodzice pilnowali firm, ale gdy odeszli…

Usiadłam w salonie i chciałam sie otulić wspomnieniami, ze wspólnych spacerów z tatą.
Z kuchni wypełnionej zapachem i śmiechem mamy.
Czułam niestety tylko chłód.
 I echo odbijające się od pustych ścian – pieniądze, biznes, praca.
Postanowiłam to zmienić, zakochać się, mieć dom.
Nudny, normalny, ciepły.
I usłyszałam, że został mi rok. 
Wracałam z kliniki, z wynikami w ręku.
Na drzwiach twojego sklepu, wisiała kartka z informacją o pracy.
Dlaczego właśnie tak? Trochę z ciekawości, nigdy nie pracowałam.
Trochę dla odkupienia win.
- Odkupienia win?
- Tak. Wiesz ile razy naśmiewałam się i szydziłam z ludzi pracujących, w takich miejscach?
A wtedy, zapragnęłam zostać jedną z nich. Zwykłą dziewczyną.
 Nie uwierzysz! Do tamtej pory myślałam, że jestem lepsza, niezwykła! Straszne, prawda?

Niezwykły czuł jak się kurczy, jak zaczyna brakować mu powietrza.
- Zabierałaś wyrzucane produkty, odpadki- usiłował się pozbierać.
- Odpadki mówisz? Wiesz, że niedaleko twojej willi, w opuszczonych barakach mieszkają bezdomni?
Twoje odpadki sprawiają, że nie są głodni.
Nie rozumiesz, nadal nie rozumiesz…
Wiesz co uświadomiła mi śmierć rodziców? Powiem ci.
Prawdziwie żyje się tylko wtedy, gdy ma się dla kogo żyć.
Gdy wracasz do domu, w którym czeka na ciebie talerz zupy.
Gdy budzisz się z krzykiem w nocy, a ktoś przybiega by cię uspokoić.
Gdy ktoś stęskniony, uśmiecha się na
twój widok.
Gdy druga osoba biegnie na złamanie karku, żeby ci pomóc kiedy się przewrócisz.
Gdy masz z kim wypatrywać pierwszej gwiazdy lub oblewać się wodą, w lany poniedziałek.
Gdy możesz usłyszeć- nie odchodź, jesteś nam potrzebna-  tak jak ja usłyszałam, od moich bezdomnych.
Tak, moich.
To dla nich byłam ten rok i zrozumiałam to czego nigdy nie pojmowałam. 
W sumie jestem ci winna podziękowania. 
Gdybyś nie szukał wtedy pracownika, to nawet spokojnie umrzeć bym nie mogła..bo przecież nigdy, nie żyłam.

Niezwykły wybiegł z jej pokoju. Zostawił samochód, zgubił telefon.
Biegł.
Usiadł w końcu w salonie, swojej olbrzymiej posiadłości i zrozumiał.
Miał wszystko, a nie miał nic.
W tym samym czasie Zwykła, uśmiechała się do otwartych drzwi.
W ich progu bowiem, stali już jej rodzice…

Na pogrzebie Zwykłej nie było Niezwykłego.
Było kilku bezdomnych, dziadkowie i Robert.
Robert, lat 35, zwykły chłopak, który właśnie zaczął żyć.

Życzę wam, abyście w te święta, mogli odpowiedzieć sobie, na jedno proste pytanie.
- Żyjecie?…


 



 

.