Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Dom może być wszedzie…

Mijałam go, praktycznie każdego dnia.
 Stał tam gdzie zwykle oni wszyscy. Tacy sami.
 W brudnych, zniszczonych ubraniach.
Już pod wpływem świeżego, wyżebranego wina lub w oparach jeszcze wczorajszego.
Wiecznie zaczepiający i proszący o pieniądze na chleb…
Na chleb w szklanej butelce, po którym łatwiej znieść im ból wegetacji, bo przecież życiem tego nazwać nie można. 
Tak myślałam…
On jednak się wyróżniał.
Nie był bardziej czysty, trzeźwy.
Tylko stał jakby z boku, obserwował, nie prosił o nic, nic nie mówił.
Patrzył na drzewa, góry, ludzi. Czasem siedział na ławce i czytał książki, które miał w pomiętej reklamówce.
Wracałam kiedyś z córką z zakupów, gdy usłyszałam jak mówi do niego „dzień dobry”. Zapytałam czy go zna?
Odpowiedziała – Nie, ale kiedyś byłyśmy tu z koleżanką i chłopcy z osiedla tego pana zaczepiali, a on im opowiedział anegdotę o głupcach i mędrcu. Było im strasznie wstyd, a ja pomyślałam, że to przecież człowiek mamo. Skąd wiadomo dlaczego mieszka na ławce?
Tego dnia szłam tą samą drogą później niż zwykle, pogrążona we własnych myślach, gdy nagle wyrwało mnie z nich – Czas nie znosi, aby go zabijano, gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla ciebie, z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała. Zatrzymałam się…
To jeden z moich ulubionych cytatów ukochanej „Alicji w krainie czarów”. Usiadłam obok niego na ławce, trzymał książkę w rękach, wyciągnął termos i zapytał czy nie chcę herbaty.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, trzymałam kubek w rękach.
- Powiedz mi, gdzie ci ludzie tak się ciągle spieszą? – zapytał.
-Wiesz, różnie.
 Jedni do pracy, drudzy z pracy do domu,  jeszcze inni po dzieci do szkoły. Zakochani pędzą ratować swoje rozpadające się związki, a tamta pani popatrz, trzyma w dłoniach teczkę z dokumentami, może właśnie biegnie zapłacić rachunki za dom. Zawiesiłam się bo nagle, nie wiedząc dlaczego zrobiło mi się jakoś przykro.
- Pij herbatę, bo zmarzniesz – uśmiechnął się – Wiem, o czym pomyślałaś. Dom to pojęcie względne, jest tam, gdzie ty zechcesz, żeby był.
- Zbliża się zima… – chciałam jakoś wybrnąć.
- Nie moja pierwsza, na tej czy innej ławce, klatce schodowej, schronisku, altance.
 Popatrz jakim jestem bogatym człowiekiem!  Miałaś w życiu tyle domów dziecino?- roześmiał się, a ja z nim.
- Bywa ciężko.
 Bywam głodny, chory, jest mi zimno, chce mi się pić, ale.. Sam wybrałem taki los. Jestem jego panem, sprawcą. Nawet, nie wypada więc narzekać – wciąż miał pogodną twarz.
Usiłowałam coś z niej wyczytać…
 Bardzo łagodne rysy, ciepłe, mądre oczy. Każde wypowiedziane zdanie przepełnione nieprzesadną, prostą mądrością….
- Nie dziecino. Nie usłyszysz, że miałem żonę, która zginęła w wypadku. Albo, że byłem wiecznie pijanym niewdzięcznikiem, którego nie chcą znać własne dzieci lub też zagubionym filozofem, który w widoku gór szuka wyjaśnień swych teorii.
 Nie jestem również zbiegłym więźniem, nigdy nikogo nie skrzywdziłem.
Mówi się, że nikt nigdy nie jest sam…
 Ja w swoim życiu na tyle sam byłem, że inaczej nie potrafię.
Pracowałem w wiejskiej bibliotece, gdzie umęczeni ludzie, prawie nie zaglądali.
 Mieszkałem w niej.
 Ja, moje książki i zaprzyjaźniona mysz – przez cały czas się lekko uśmiechał.
Aż któregoś dnia wszystko spłonęło. Wszystko prócz mnie i tego – uniósł w rękach reklamówkę z kilkoma książkami i wtedy posmutniał.
- Tyle pięknych pozycji. Wspaniałych, przenoszących w inny, lepszy świat zapisanych kartek.
 Tyle historii,  które pozwalały mi poznawać inne lądy.- po jego policzku spłynęła łza.
Moje zdumione oczy, też były mokre.
Nadal go spotykałam, tam gdzie zawsze.
  Nadal mnie nie zaczepiał. Uśmiechał tylko gdy przechodząc, nieśmiało, żeby nie urazić, kładłam śniadanie lub pożyczałam mu książki.
 Czasem słuchałam jak coś cytuję.
Taka cicha, wręcz mistyczna przyjaźń? A może lepiej tego nie nazywać?
Zniknął zimą.
 Pomyślałam, że nawet lepiej.
  Pewnie przeniósł się do któregoś ze swoich „domów”.
Nie wrócił już….
Nadal chodzę tamtędy bardzo często i mijam, tę pustą ławkę.
I zawsze wtedy zastanawiam się, komu teraz czyta…

Zaginiona…

- Dziś skończyłaby 18 lat – patrzyła w okno, wykrzywiając palce w szczupłych dłoniach.
Ciekawe, czy urodziny wolałaby spędzić z nami, czy może raczej z koleżankami?
Patrzę na nią i milczę.
Mam milion pytań ale boję się odezwać. Jak zapytać o cokolwiek matkę, która od siedmiu lat nie wie, co się dzieje z jej córką?
- Wiesz za co się nienawidzę? Natalia nie była jednym z tych dzieci, którymi chwalisz się przed znajomymi. Była rozpieszczona i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Pyskata i krnąbrna, wręcz odpychająco złośliwa.
Uczyła się przeciętnie. Jedynaczka, której zarówno my rodzice jak i jej dziadkowie, pozwalaliśmy na wszystko.
 Czasami myślałam, że lepiej gdyby jej nie było. Tak, ja, matka. Za każdym razem, gdy swoim zachowaniem doprowadzała mnie do łez. Może, to przeze mnie zniknęła?
Moja cicha, wypowiedziana w skrajnej i głupiej złości prośba, została spełniona.

- Doskonale wiesz, że to nie tak!- wyrwało mi się nagle.
Odwróciła głowę w moją stronę.
- Masz ładne oczy, niebieskie, jak moja Natalka- zaczęła mówić.
To był zwykły poranek, nerwówka w kuchni, my do pracy a ona do szkoły.
Żadne z nas nie mogło jej wtedy odwieźć, przystanek autobusowy jest niedaleko.
Gdy wychodziła rzuciła niemiłe:
- Znowu zrobiłaś mi kanapki z tym ohydnym serem!
- A może tak- dziękuję mamo?!-
- Za co, za zmuszanie mnie? !
Trzasnęła drzwiami.
Może gdybym wtedy wybiegła za nią, nie zostawiła tego tak, zareagowała…

Wróciłam do domu około piętnastej. Powinna już być. Nie miała komórki, mąż zabrał ją po ostatniej awanturze o złe oceny. Niepokoić zaczęłam się o 16 tej. Zadzwoniłam do szkoły, sprawdzili, w ogóle jej tam nie było tego dnia. Moja pierwsza myśl? Szczerze? Jak zwykle chciała zrobić nam na złość i pojechała do dziadków. Mieszkali w centrum. Zadzwoniłam do jednych i drugich. Nic. Koleżanki, koledzy też nie mieli pojęcia. Wpadliśmy w panikę, przecież to dzieciak, ma jedenaście lat!
Policja, autobus, monitoring. Wysiadła dwa przystanki przed szkołą, sama. Udała się w kierunku parku. Tam…zniknęła, rozmyła się jak mgła.

Mijały godziny, dni, tygodnie. Tysiące poszlak, wątków. Świadkowie, którzy ostatecznie nie wnosili niczego istotnego do sprawy, martwy punkt.
Pół roku intensywnych, nieustających poszukiwań. Rodzice innych dzieciaków pomagali, rozwieszając plakaty ze zdjęciem Nati. Lokalna prasa wciąż pisała, prosiła o pomoc, kontakt.
Jeździliśmy do jasnowidzów, wskazywali nam różne miejsca, hipotezy. Żadna się nie potwierdziła.
Mniej więcej po dziewięciu miesiącach śledztwa, zadzwonili. Znaleźli zwłoki dziewczynki. Wiek, rysopis, wszystko się zgadzało. Telefon odebrał mój ojciec, stracił przytomność. Zanim dojechała pomoc, było już za późno.. Zawał.

Pojechałam na identyfikacje zwłok z moim mężem. Do środka jednak, chciałam wejść sama. Zanim odważyłam się na rozsunięcie worka, minęła wieczność. Wyprowadzono mnie stamtąd.
Mąż pytał – Aśka, powiedz, że to nie ona! Błagam , powiedz, że to nie nasza córka!
A ja nie mogłam złapać oddechu. Miałam przed oczyma twarz tamtego dziecka i myślałam o jej rodzicach. Cieszyć się z tego, że to jednak nie moja córka?
Umiałabyś się cieszyć, no powiedz ?
Siedzę blisko niej i nadal milczę. Nie mogę ruszyć ręką, by sięgnąć kubek z herbatą, powstrzymuje łzy.
- To trochę jak u mnie- odpowiadam w końcu – tak jakbym miała cieszyć się z nowych płuc dla mojego syna. Nie umiałabym. Jego nowe życie, oznaczałoby śmierć innej osoby. Czyjegoś dziecka,  męża, ojca.
- No więc rozumiesz.
Wróciliśmy do domu. Wtedy pierwszy raz słyszałam jak mój mąż płakał. Zdemolował łazienkę, krzyczał, wył jak zwierze. Siedziałam pod drzwiami. Nie byłam w stanie nic zrobić, pomóc mu.

Mijały kolejne miesiące, lata. Codziennie jakieś telefony, które okazywały się fałszywym alarmem albo nawet głupim żartem. Tak, nie przesłyszałaś się. Podnosiłam słuchawkę, a ktoś po drugiej stronie udawał jej głos.
- Obrzydliwe, straszne!- wyrwało się ze mnie.
- Straszne to są noce. W dzień jeszcze, jest jakoś. Trochę praca, trochę obowiązki, poszukiwania na portalach, analizowanie zebranych dowodów.
A noc. Usiłuję zamknąć oczy, zasnąć. Nie mogę. Widzę jej ciało, zmasakrowane, leżące na dnie jakiegoś dołu. Chodzą po niej ludzie, nie zdając sobie z tego sprawy. Może ja też tak depcze po niej? Przecież może być wszędzie.
Gdy udaję się na chwilę złapać sen, budzę się z lękiem. Wyobrażam sobie, jak ten, kto nam ją zabrał, regularnie ją gwałci. Bije i maltretuje. Ona jest sama w ciemnej piwnicy, boi się i przepełnia ją tylko ból.
To samo przychodzi, te wstrętne myśli.

- Powiedz, masz jakieś marzenia?- jestem wściekła, że zadałam tak absurdalne w tej sytuacji pytanie.
- Mam, dwa. Chciałabym, żeby okazało się że jakaś chora psychicznie kobieta, która sama kiedyś straciła dziecko, porwała naszą Natalię.
I traktowała przez te lata, jak córkę. Nie krzywdziła.
A drugie? Jeśli los nie chcę by pierwsze marzenie, było prawdą, to…żeby ktoś zapukał do drzwi, powiedział, że znaleźli jej ciało, że to był wypadek. Sprawca śmiertelnie ją potrącił i bał się przyznać. Rozumiesz? Wiedziałabym, że nikt jej nie krzywdził przez ten cały czas.
Mogłabym ją wtedy pochować, na cmentarzu i w sobie. Zanieść kwiaty, posiedzieć przy niej, przeprosić.
Przeprosić za to, że nie zdołałam jej ochronić.
Napiszesz o tym? Napisz proszę, powiedz takim rodzicom jak ja, żeby nie przestawali wierzyć.
Bo wiesz, ja nadal wierzę, że ona stanie w tych drzwiach.
- Co byś jej wtedy powiedziała?- pytam cicho.
- Obiecałabym, że już nigdy więcej nie będę zmuszała jej do jedzenia tego obrzydliwego sera.

Wracam do domu.
Łzy z mojej twarzy zdążył osuszyć wiatr.
Wchodzę do pokoju mojej córki.
- Co robisz mała?
- Pracę domową. Mamy zobrazować swój strach, na płótnie. Mamo? Co ci jest? Dobrze się czujesz?
- Tak, przepraszam. Wszystko ok- uśmiecham się lekko.
I myślę o tym, że strach mojej bohaterki, miałby pewnie oczy Natalii…

W Polsce, rocznie, bez wieści ginie ponad 15 tysięcy osób.

Tekst dedykuję wszystkim rodzicom oraz bliskim osób zaginionych.

Joanno- dziękuję za rozmowę i zgodę na publikację.

Wszystko ma swój czas…

  Poniedziałek, po kilku nieprzespanych nocach.
 Blady świt i walka ze zmęczeniem.
 Gdy miasto budziło się i zaczynało swój nowy dzień, my byliśmy już w połowie drogi.
Drogi do miejsca, gdzie czasami życie odchodzi po ciężkiej walce, zmęczone i zrezygnowane.
Do miejsca, gdzie to samo życie,  kolejny raz łapie ostatkiem sił resztki powietrza i rodzi się na nowo.
 Słyszę jak mówi, że znowu będzie miał całe ręce w siniakach, pokłute  od kroplówek.
Widzę jak spogląda za okno i coraz bardziej nerwowo zaciska pięści, gdy orientuje się że za chwilę wysiadamy.
Widzę, choć na niego nie patrzę, w mojej głowie wojna myśli.
O tym przerażającym momencie, gdy on zostanie tam a ja wrócę.
I będę szerokim łukiem omijać jego pokój i zrywać się z drżeniem serca, na każdy dźwięk telefonu.
I uśmiechać się do zdjęć, które wiszą w moim pokoju.
I czekać.
Czekać na niego.
Do tej jednak pory, spokój przestanie gościć w naszym domu.
Zamieszka smutek i bezsilność.
To krótki opis uczuć każdej matki, która ma śmiertelnie chore dziecko.
 Opis rodziców, których dzieci częściej mieszkają  w szpitalu niż w rodzinnym domu.

 Dziś, gdy wracałam z biblioteki, zobaczyłam taki obrazek.
Na przystanku siedziała dziewczynka z Zespołem Downa, uśmiechnęłam się do niej.
Obok niej, zmęczona kobieta, mama.
Kawałek dalej, zdrowa, około sześcioletnia dziewczynka z tatą.
- Tatusiu, a dlaczego tamta dziewczyna jest taka brzydka?
Zamarłam. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.
Tak jakby wszystko w okół nagle przestało istnieć, tylko ja, tych dwoje dzieci i ich rodzice.
- Pamiętasz jak byliśmy latem nad morzem? Podobał ci się miś, którego znaleźliśmy na plaży- ojciec ukucnął i patrzył jej w oczy.
Wszyscy ci mówili, że jest  jest brzydki.
Ty uparcie ze łzami w oczach powtarzałaś, że  to nie prawda, że jest śliczny, tylko już nie nowy.
Ta dziewczynka jest piękna, popatrz. Jest piękna, tylko trochę inaczej.
Mała podeszła i dała chorej dziewczynie lizaka, złapała ją za rękę i przedstawiła się.
Nie wiem co było dalej, włożyłam słuchawki na uszy, samochody znów trąbiły, ludzie gdzieś pędzili.
Zaczynałam rozumieć, składać myśli w jedną, logiczną całość .

Wchodzę do domu i siadam w jego pokoju.
Myślę o tym, że gdyby ta mała wtedy,  nie znalazła tego brzydkiego misia, dziś nie zrozumiałaby całej sytuacji.
Może gdyby nie problemy finansowe i mieszkaniowe z jakimi się zmagam, nie doceniałabym, każdego gestu pomocy, jaki otrzymuje.
Może gdyby nie mroźny wiatr za oknem, wiosna nie cieszyłaby nas aż tak bardzo.
Może gdybyśmy nie tracili nigdy swoich bliskich, nie dalibyśmy szansy nowemu życiu.
Może gdyby nie tęsknota za przebywającym w szpitalu synem, moja miłość nie byłaby aż tak dojrzała i wielka, jak jest.
Może gdyby nie strach z jakim żyję, nigdy nie byłoby mi dane, dowiedzieć się  czym jest ulga i radość zwykłych dni.
Może gdybyś nie przeczytał tego tekstu, nie przyszłoby ci do głowy, że wszystko jest po coś.
Ma swój czas i sens.
Po prostu.
Musi się wydarzyć, żeby później łatwiej było znieść i zrozumieć, kolejne scenariusze, jakie szykuje dla nas los…

Sms ze szpitala:
- Cześć mamo. Miałem ciężką noc, dużo myślałem.
Ty nie możesz się martwić i denerwować! Musisz zbierać siły!
Będą ci bardzo potrzebne…Bo zamierzam wrócić.