Miesięczne archiwum: Październik 2014

Balast o którym się marzy…

Nadchodzi jedno z najsmutniejszych świąt.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wracają.
Ciężkie choć potrzebne.
 Wspomnienia o tych ważnych.
Najważniejszych, choć już tak bardzo odległych.
O mężach, żonach, dzieciach, rodzicach.
Ukochanych istnieniach, które odeszły za wcześnie.
Zbyt prędko, bo przecież nigdy nie ma właściwego momentu.

Jesienne, nienaturalnie ciepłe popołudnie.
Sama ze swoimi myślami, nachylona nad pomnikiem.
Kończyłam porządkowanie.
Przez głowę przebiegło coś abstrakcyjnego.
- Ładne masz widoki mój mężu.
 Przed Tobą przecież, nasze piękne góry.
Zaszkliły mi się oczy.
Przysiadłam na chwilę.
Zastygłam w jakimś zawieszeniu.
Przez moment błądziłam, pomiędzy światami.
Tym moim tu, a tamtym Jego.
- Taki młody.
Syna tu niedawno widziałam, bardzo podobny.
Córka, raczej do pani.
Odwróciłam się.
Kobieta koło siedemdziesiątki.
Uśmiechnęłam lekko.

- Ja nie miałam tyle szczęścia, co ty.
Wiem, że los was za szybko rozdzielił.
Jednak wychowywaliście, razem dźwigaliście dom.
Miałaś oparcie.
 Dzieci miały ojca.
Mnie chłop zostawił z trójką.
Nie chodzi o to, że pieniędzy nie było, że bieda.
Nie o to, że pracowałam za pięciu żeby to jakoś utrzymać.
Prawie człowiek nie sypiał, wciąż się zamartwiał.
Sama nie dojadałam, żeby dla nich było.
Tylko…
Nawet najgorsze problemy, razem znosi się łatwiej.
I dzieci się inaczej przy pełnej rodzinie, chowają.
A on poszedł, do innej kobiety.
20 lat się nami nie interesował.
Dopiero jak zachorował, a tamta odeszła.
Dzieci nie chciały go znać.
Za dużo żalu w nich, rozgoryczenia.
A ja widzisz, posprzątać mu przyszłam.
Świeczkę zapalić, bo nie ma komu.

Nie odezwałam się.
Nie sprostowałam, że mój mąż nie był ojcem moich dzieci.
Tak naprawdę przecież, w ich oczach był.
 I to najlepszym.
Takim upragnionym, którego się nigdy nie zapomina.
Mimo tego, że to nasze szczęście trwało tylko 3 lata.

Ten „biologiczny”, też nas nie chciał.
Usłyszałam kiedyś – To twój balast!
I każdego dnia, ze łzami radości w oczach.
Każdego poranka, gdy robię im śniadanie.
Każdej nocy, gdy boję się o oddech syna.
Dziękuję.
Dziękuję za ten mój „ciężar”.

Na świecie są miliony ludzi, spragnionych posiadania dzieci.
Maleńkich cudów, nadających życiu sens.
Drobnych, miękkich rączek, dotykających twojej twarzy.
Oczu bezgranicznie w ciebie wpatrzonych.
I ufających.

Codziennie, gdzieś obok nas rozgrywają się ludzkie dramaty.
Wyroki usłyszane od lekarzy.
Bolesne badania, walka o utrzymanie ciąży.
Samotność i ból poronień, w czterech ścianach klinik.
 Kolejne próby.
Niemoc i tęsknota, za własnym ” balastem”.

Wczoraj z odbiornika, jak narracja horroru.
Kobieta, pięć promili, siódmy miesiąc.
Dziecko, w brutalnie odrywanych od siebie, częściach.
Zapomniałam, jak oddychać.
Mój syn, dotknął mojej dłoni.
Przytuliłam go mocniej, niż zwykle.

Kiedy spotkasz kogoś na swojej drodze.
Pomyślisz, o zakładaniu rodziny.
O daniu, nowego życia.

Zastanów się.
Bo jak napisał kiedyś, ktoś:
” Jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoiliśmy”.
Za to, co chcesz stworzyć,
to TY BĘDZIESZ ODPOWIADAŁ.

Masz siłę i pragnienie?
Masz w sobie, tyle bezwarunkowej miłości?
Tyle chęci?
 Nie oczekujących nic w zamian, uczuć ?
 Pytasz, po co?
Po to, by z radością dźwigać dany ci „balast”.
Do końca swoich dni.
I nie dlatego, by było komu zapalić świeczkę, gdy odejdziesz…

Zadroszczę Ci, wiesz…

Co się robi, mając 18 lat?
Zdaję maturę.
Żegna z liceum.
Wybiera kierunek studiów.
Zakochuje się ten pierwszy, prawdziwy raz.
Gania z przyjaciółmi na koncerty.
Wraca do domu, nad ranem.
Cieszy się z każdego dnia.
Siedzi na ławce w parku i marzy.
Wyjeżdża na pierwsze wakacje, ze znajomymi.
Planuje przyszłość.
Wypatruje z ufnością, każdego kolejnego poranka.

A wiesz, co jeszcze robi się, kończąc 18 lat?
Dokładnie, dwadzieścia dni po urodzinach?
Umiera się.
W męczarniach.
Na jednym z rabczańskich oddziałów.
Umiera w samotności, bólu, strachu.
Dusi się i dławi własną krwią.
Marzy się, ale tylko o jednym.
Żeby to, już się skończyło.
Wbija palce, w szpitalne łóżko.
Wzrokiem, bo już nie można mówić,
błaga o koniec koszmaru.
Zastyga się w bezruchu.
Przestaje czuć.
Odrywa, od własnego ciała.
W rogu sali, widzi się zgarbioną postać ojca.
Ojca, który krzyczy.
Krzyczy bezgłośnie i prosi.
Skamle o jeszcze jedną minutę.
Jeszcze jedno uderzenie serca.
Ojca, który samotny wśród tłumu ludzi, idzie za trumną.
Za trumną, w której jest wszystko co kochał.

Siedzę, w ledwo oświetlonym pokoju.
Siedzę nieruchomo.
Boję się odwrócić głowę.
W pokoju obok, mój syn.
Już wie.
Nie pójdę do niego bo, nie mogłabym znieść pytającego wzroku.
Bo co miałabym odpowiedzieć?
Prawdę o tym, że nie wiem?
Nie wiem ile mu jeszcze zostało?
Pocieszać go, że ma 15 lat i to że Magda miała 18 nic nie musi znaczyć?
Przecież samą, sparaliżował mnie lęk.

Na stoliku naprzeciw mnie, leżą kolczyki.
Ręcznie robione.
Dała mi je, rok temu.
Boję się ich dotknąć.

Zazdroszczę Ci, wiesz?
Tobie zazdroszczę.
Temu, który daje i przychodzi by zabrać.
Zazdroszczę Ci, że tak potrafisz.
Zabierasz co Twoje.
I wolę napisać, że zazdroszczę.
Żeby nie musieć powiedzieć, że nienawidzę !

Ostatnia wiadomość od Madzi:
- Czekami na Pani książkę, jak na powietrze..
Napiszę ją i zadedykuję Tobie.

Pamięci Magdaleny J.
02.10.1996 -  22.10.2014.

1

Trzepot małych skrzydeł…

ON- MĄŻ i ona- żona.
ON- OJCIEC i ona- matka.
Plus dwoje drobnych nóżek.
Zaledwie sześcioletnich.
Zielonkawe oczka.
Maleńka twarz, otoczona jasnymi lokami.
Bez uśmiechu.
Bez wyrazu.
Na pozór, zwyczajny dom.
Wewnątrz, najmroczniejsze z piekieł.
Nocą, gdy ON otwiera drzwi pokoju.
Pokoju, z ukrytą w rogu maleńką twarzą…
Otwiera drzwi, z najczarniejszym odcieniem koszmaru.

ona- żona, matka nie wie.
Domyśla się ale mówi sobie, że to niemożliwe.
Zresztą, ON- MĄŻ, OJCIEC tylko głaszcze, przytula.
Ma prawo- stworzył zielonkawe oczka.
Przecież, nie chodzi tam każdej nocy.
I nie słychać płaczu.
Jasne loki się nie skarżą, nic nie mówią.
Nie ma o co robić szumu.
MĄŻ, OJCIEC się zdenerwuje, jeszcze je zostawi.
A stara się,  pracuje, w domu wszystko zrobi.
Lepiej przeczekać.
Nie reagować bo nie ma na co.

ON, po każdej wizycie w pokoju, myśli.
Chcę więcej.
Przytulanie, głaskanie przestaje wystarczać.
Zielonkawe oczka nawet nie protestują.
Pewnie to lubią- powtarza sobie.
ona- żona, matka też nie widzi w tym niczego niestosownego.
To w końcu moja krew, ze mnie powstała.
Nikt mi nie może zabronić!
Tylko ja mam prawo nauczyć ją dorosłości!
Jutro zrobię z niej kobietę.

Przy małym stoliku, siedzi  postać.
Skulona, z kolankami pod brodą.
Patrzy w okno.
Z przerażeniem zauważa, nadchodzący zmrok.
Sztywnieje na myśl, o dźwięku otwieranych drzwi.
W małej główce, paniczny lęk.
Na ciele, nieopisywalny ból.
Dziewczynki w przedszkolu, kochają swoich tatusiów.
Czyli, ona też powinna.
Przecież, wszędzie tak jest.
W każdym domu.
Każdą dziewczynkę, tatuś odwiedza w nocy.
Kasia wczoraj mówiła, że  marzy o piesku.
Głupie marzenie.
Chyba, że chcę, by ten piesek zjadł jej tatusia.
To nie głupie marzenie.
Też chcę takie.
Też będę o tym marzyła.

Robi się ciemno.
Otwierają się drzwi.
Małe piąstki zaciskają się do granic.
ona- matka, żona włącza głośniej telewizor.
ON- MĄŻ, OJCIEC, usiłuje z zielonych oczek zrobić kobietę.
Nieludzki krzyk rozdziera płachty nocy.
Krew, panika, szpital.

Monitor wydaje jednostajny sygnał.
Małe, zielonkawe oczy zastygają w bezruchu.
Twarz zaczyna pokrywać szara ulga.
Umęczona, maleńka dusza odlatuje.
ona- matka, żona gryzie z bezsilności własne palce.
Krzyczy wewnątrz siebie tak, że pękają jej płuca.
Serce rozpada się jak stłuczona filiżanka.

ON- MĄŻ, OJCIEC w jednej sekundzie staję się nikim.
Ma wrażenie, że nawet  liść na wietrze, mija go ze wstrętem.
Nawet klamka, unika jego  odrażającego dotyku.
Ciasne, brudne więzienne mury sprawiają, że się dusi.
A może to nie więzienie?
Może to dłonie sumienia?

Ona.
Już nie matka, nie żona.
Cień człowieka.
Co noc, w pustym mieszkaniu.
Sam na sam ze sobą.
Bliska obłędu.
Wciąż wydaje jej się że słyszy.
Jakby coś nad nią latało…

on.
Skulony w rogu celi.
Strach i upokorzenie to jego jedyni towarzysze.
I nocami.
Gdy woli nie zasypiać.
Jakby coś słyszał.
Jakby szamoczący się ptak…

W Polsce, rocznie wykorzystuję się blisko 2000 tysiące małych istnień.
W wielu przypadkach oprawcą jest ojciec.

Nie bądź matką, żoną.
Wyłącz telewizor.
Wejdź do pokoju.
Zanim zza ich drzwi usłyszysz trzepot małych skrzydeł…

I nie ulękne się nieuniknionego…

To przychodzi samo.
Niechciane.
Wypierane z ogromną siłą.
Nagle.
Nie wiadomo skąd i dlaczego.
Myślę, że dopada każdej z nas.
Matek, wychowujących śmiertelnie chore dzieci.
Pytanie.
Co będzie, kiedy nadejdzie ten straszny czas…

Gdy urodziłam mojego syna.
Gdy był już po diagnozie.
W szpitalu, w którym był wtedy leczony.
Za ścianą naszej sali, odchodziła ona.
Dziewięcioletnia dziewczynka.
Odchodziła trzy dni.
Pamiętam przenikliwą ciszę.
Przerażający spokój na oddziale.
Widok wychodzącego z pokoju księdza.
I wzrok matki tej małej.
Podeszła i położyła mi na ramieniu dłoń.
Jakby chciała powiedzieć- to wszystko przed tobą.
Nie lękaj się nieuniknionego.

Spotkałam ją, jakieś trzy lata  później.
Przyglądała mi się  dość długo, zanim podeszła.
Pytała co u nas, patrzyła na mojego syna.
Patrzyła dziwnie.
Smutno.
Z żalem.
Z zazdrością.
Bałam się tego.
Poszłyśmy razem na kawę.
- Kiedyś myślałam, że te które tracą ciąże w połowie,
mają lżej.
Nie wiedzą, jakby wyglądało ich dziecko.
Nie miały go w ramionach.
Tęsknią mniej.
Przecież ja moją Maję, tuliłam przez dziewięć lat.

Milczałam.
Chyba nawet, chciałam uciec.
- Po jej odejściu, znalazłam się w centrum piekła.
Spałam w jej łóżku.
Z przerażeniem okrywałam, jak rzeczy które nosiła
tracą zapach.
Każdy dzień, był jak bieg nad przepaścią.
Zapragnęłam drugiego dziecka.
Nie pytaj mnie proszę, dlaczego.
Wiadomość o kolejnej ciąży?
Przeraziła mnie.
Z czasem, lęk przerodził się w oczekiwanie.
Myślałam o tym, jakie będzie.
O kolorze jego oczu.
Wybierałam imię.
Malowałam pokoik.
Mówiłam do niego, kładąc dłoń na brzuchu.
Zaczęłam uśmiechać.
I czekać.

Do dziś nie bardzo wiem, dlaczego poroniłam.
Wszystko co złe, czarne jak smoła, wróciło.
To nieprawda wiesz?
To nieprawda, że utrata ciąży boli mniej.
Niż śmierć dziecka, które miałaś już kilka lat.
Ono już było.
Słuchało bicia mojego serca.
Widziałam je w snach.
Czułam ciepło jego skóry, dotykając swojej.
Słyszałam jego głos, gdy sama się śmiałam.
Myślisz, że los mnie ukarał?
Za to, że wtedy tak pomyślałam.

Siedziałam nieruchomo.
Czułam jak koszulka, robi mi się mokra od łez.
Uporczywie wpatrywałam się w mojego synka.
I poczułam jej ręke, na moim ramieniu.
Tak jak wtedy.
- Kochaj go, ucz, pozwalaj mu żyć.
Nie broń się przed rozpaczą i bólem.
To nie twoja wina, że o tym myślisz.
Wiem,  że te myśli przychodzą same.
Niechciane.
Oswój swój strach.
Inaczej go nie pokonasz.

Mój syn za chwilę skończy piętnaście lat.
Staram się każdego dnia, nie zwariować.
Nie postradać zmysłów, ze strachu.
Wierzyć w to, że stanie się cud.
I mimo  wszystko, wiem do czego to zmierza.
One przychodzą same.
Myśli.
O tym, czy nie będzie mu tam zimno.
Czy nie będzie tam sam.
Czy nie będzie się bał.

I nadal, uczę się jak oswoić swój lęk..
I nadal, czuję dotyk tamtej kobiety, na moim ramieniu…

Dziś jest 15 października.
Dzień Dziecka Utraconego.
Zatrzymaj się.

wieksze

szpit

Kolor prawdziwej miłości…

Jadę.
Mijam kolejne wioski i miasteczka.
Dzieli nas coraz mniej kilometrów.
Piękne, jesienne barwy za szybą.
Nie widziałam go, już dwa tygodnie.
Telefon, internet – nigdy nie zastąpią zapachu jego skóry.
Nie pozwolą spojrzeć w oczy.
Zjeść razem obiadu.
Zrobić ulubionego deseru.

Kiedy był jeszcze małym chłopcem, zostawałam z nim na oddziale.
Wtedy,  kurczowo trzymał mojej dłoni.
Budził się w nocy i pytał, czy jestem.
Z czasem dojrzał.
Zaczął sam zostawać na leczeniu.
Zaakceptował to miejsce.
Chyba nawet polubił.
Spędza tam, większą część swojego życia.
Znajomi lekarze, pielęgniarki.
Przyjaźnie.
Mnóstwo wspomnień, ubranych w pozytywne sytuacje.
I tyle samo bólu i cierpienia.
Panicznego strachu.
Strachu przed śmiercią.
Pożegnań z tymi, którzy poszli ścieżką do nieba…

Pierwszy tydzień, jest dla niego znośny.
Pod względem tęsknoty.
Nie ma na nią siły – tak mówi.
Jest tak zmęczony agresywnym leczeniem,
że przesypia większość czasu.
Stopniowo, zaczyna czuć się lepiej.
Funkcjonować normalniej i…tęsknić.
Za domem, przyjaciółmi, szkołą.
Wtedy, dłuży mu się każdy dzień.

U mnie, wygląda to  podobnie.
Pierwsze dni, są tak nasycone  koszmarnym lękiem,
że nie wiem, kiedy się zaczynają i kończą.
Później, zaczynam się miotać.
Obijać o ściany mieszkania.
Myśleć tylko o tym, żeby już wrócił.

Jeden z najpiękniejszych momentów?
Gdy przyjeżdżam, po kilkunastodniowej rozłące.
Podchodzę, pod drzwi szpitala.
Widzę jak biegnie.
Nie wiem, co cieszy mnie wtedy bardziej.
Jego widok, uśmiech.
A może to, że znowu może biegać?
Gdy rzuca mi się na szyję.
A ja ukradkiem wycieram łzy i nie chcę go puścić.

Wychodzimy na wspólny obiad.
Mówimy, prawie jednocześnie.
Co chwilę powtarza jak się cieszy, że już jestem.
I z tego, że wracamy do domu.
Zabieram go na spacer.
Siadamy nad potokiem.
Dzwoni moja córka.
Pyta o niego, śmieje do słuchawki.
Jej radosny głos oznajmia, że dobrze będzie
mieć się z kim pokłócić.
Komu podokuczać.
Kończy mówiąc, że bardzo nas kocha i czeka.

- Chyba schudłaś, mamo?- patrzy zmartwiony.
- Niewiarygodne! Zauważyłeś?! – śmieje się.
I opowiadam, o diecie cud, bieganiu, basenie.
Kręci głową z politowaniem.
Wtrąca coś, o niezrozumieniu kobiecych fanaberii.
Opiera się o duży kamień i mruży oczy.
- Niebo jest zazwyczaj błękitne- zaczyna.
Słońce żółte, trawa zielona.
A miłość?
Jak myślisz, mamo?
Jaki kolor ma miłość?
- Słoneczny- odpowiadam bez namysłu.
- Od słońca?- marszczy lekko nos.
- Od koloru waszych włosów.
Twoich i twojej siostry…

Siedziałam kiedyś zamyślona, gdzieś na Kaszubach.
Rozmyślałam, o moim życiu.
Nie jest najłatwiejsze.
Było pełne i piękne, gdy żył mój mąż.
Teraz, znowu jestem samotną mamą- siłaczką.
Mamą, jakich niestety wiele.
I gdy się tak zastanawiałam, przysiadła się sąsiadka.
Starsza, bardzo samotna kobieta.
- Ciężkie masz życie, dzieciaku.
Los cię doświadcza i ciągle dokłada.
Mimo to, szczęściara z ciebie- usłyszałam.
Popatrzyłam na nią, z lekkim wyrzutem.
- Ogromne masz szczęście.
Masz dzieci.
A ten kto je ma, już nigdy nie będzie sam…

Życzę wam wszystkim, dużo szczęścia.
W słonecznym kolorze.

Otwórz okno…

G. mieszkała kilka bloków dalej.
Z bratem, starszą siostrą i matką.
Matką, której bały się wszystkie dzieciaki na moim osiedlu.
Krzyczała i ubliżała bez powodu.
Strach było przejść obok ich kamienicy.
Potrafiła nawet rzucić w kogoś, czymś ciężkim.
Nawet przyłożyć.
Inni rodzice toczyli z nią, wieczne wojny.

To pewnie dlatego G.przychodziła do szkoły, taka stłamszona.
Zachowywała się niby normalnie.
Nie odstawała od reszty klasy, uśmiechała.
Może tylko, nie uczyła najlepiej.
Miała smutniejsze, jakby nieobecne oczy.
Zaprzyjaźniłyśmy się jakoś tak nagle.
Bez większej przyczyny.
Po prostu, zaczęła pojawiać się w moim domu.
Moją mamę zainteresowało jedno.
Dlaczego zawsze, jest tak „szczelnie” ubrana.
Kiedyś gdy razem coś robiłyśmy, podwinęła jej się bluzka.
Zobaczyłam siniaki.
Sama powiedziała mi, że matką ją tłucze.
Ma już taki charakter.
Ojciec G. ich zostawił.
Matka nie pije, pracuje, dba o dom.
Dba o to, żeby wszystko mieli, żeby długów nie było.
Tylko bije ją i jej siostrę.

Mówiła o tym tak, jak o zwykłej czynności.
I wtedy chyba to, przeraziło mnie najbardziej.

Lata mijały.
Różne instytucje bywały w domu G.
Czasem miałam wrażenie, że jest tam spokojniej.
A może to G. się uodporniła?
Z pokorą znosiła swoje cztery ściany.

Z rodzinnego domu, wyprowadziłam się dość szybko.
Nasz kontakt się urwał.
Później dowiedziałam się, że G.przeniosła się do
 dużego miasta.
Pomyślałam, że w końcu odżyje.
Założy rodzinę.
Spokojny dom.

Lipiec tego roku, spędzaliśmy  nad morzem.
Siedziałam z koleżanką, przed wejściem do biblioteki.
Piłyśmy herbatę, rozmawiałyśmy.
Nagle, podeszła się przywitać, matka G.
Ledwo ją poznałam.
Sympatyczna i uśmiechnięta.
Zadbana i spokojna!
Pytała co u mnie.
Mówiła, jak przykro jej z powodu śmierci mojego męża.
Z troską, zapytała o zdrowie syna.
Uśmiechała się do nieopodal biegających, dzieci.
A te, lgnęły do niej!
I nagle zaczęła mi opowiadać o G.
O tym, że dwa lata temu zdiagnozowano u niej nowotwór.
O tym, że ma męża, który jest alkoholikiem.
O tym, że liczy na to, że choroba G. go odmieni.
O tym, że była u niej kilka razy
ale G. nie chciała jej widzieć.
O tym, że usiłuje do niej dzwonić, bo się martwi.
O tym, że G. zachowuje się tak jakby
nie chciała jej znać.
O tym, że strach i niewiedza odbierają jej sens wszystkiego.
O tym, jak bezskutecznie stara się do niej dotrzeć.

Płakała.
Wyrzucała z siebie zdania, pełne nadziei.
Nadziei na to, że zachowanie G. to depresja.
Między wierszami, przemycając strach o prawdzie.
Prawdzie o tym, że G. postanowiła ją tym odrzuceniem ukarać.
UKARAĆ, ZA RAZY Z DZIECIŃSTWA.
Blizny, które zostawiły ślad na lata.
Patrzyłam na nią i milczałam.
Wtedy moje myśli krążyły, wokół G.
Myślałam o tym, że życie jest zwyczajnie podłe.
Kompletnie niezrozumiałe.

Gdy matka G. w końcu poszła, koleżanka
zaczęła ją bronić.
Trochę nieudolnie.
Mówiła o jej przemianie.
O tym, że już wcześniej chciała to jakoś naprawić.
O tym, że bardzo przycichła.
Pomagała  innym.
O tym, że powinno się wybaczać.
Dawać szansę.
I o tym, że mimo to wszystko, nie wie
jak postąpiłaby na miejscu G.

Kilka dni temu, odebrałam telefon.
Dzwoniała, nasza wspólna przyjaciółka.
- G. umarła- cisza po drugiej stronie słuchawki.
- Co z jej matką?- zapytałam jakoś odruchowo.
- Dowiedziała się przypadkiem, od kogoś z rodziny- usłyszałam.

Siedziałam skulona w kłębek.
Myślałam o G.
O jej matce.
Myślałam, o moich rodzicach.
O wartościach, jakimi mnie nakarmili.
O moich pięknych dzieciach.
O tym, jakim ja jestem rodzicem.

Za ścianą znowu usłyszałam huk.
Krzyk, wyzwiska młodej mamy.
I płacz.
Histeryczny płacz dziecka.
Wstałam i wyszłam na korytarz.
Zapukałam do drzwi.
Uchyliła je.
- Otwórz okno- powiedziałam.
- Słucham? – stała osłupiała.
- Otwórz okno dziewczyno, zaciągnij się powietrzem tak
aż zabolą cię płuca.
Zrób to!
Zanim będzie za późno.
I kiedyś, twoje dziecko, mocno cię za coś ukarze…

Pamięci Gośki W.

 

Piekło jest na ziemi…

Idę szpitalnym korytarzem.
Wszystko jest tak, jak zawsze.
Pielęgniarki, biegają z kroplówkami.
Lekarze, dyskutują między sobą.
Sprzątaczki, usiłują żartować z pacjentami.

Zaglądam do sali numer jeden.
Na łóżku, podłączony pod tlen leży Kamil.
Wychowanek domu dziecka.
Ma dwadzieścia lat, wygląda jak gimnazjalista.
Uśmiecha się jak zawsze i zaprasza gestem do środka.
Wchodzę, siadam na skraju łóżka.
Słucham jak mówi.
O rodzicach, którzy go zostawili.
O swojej walce, o każdy dzień.
O życiu, którego większość spędził w szpitalnych murach.
Opowiada o tym, bez cienia pretensji.
Dziękuję, że mógł być.
Ot tak, po prostu.
Nagle, zaczyna dławić się krwią.
Duszność, odbiera mu głos.
Znika.
Wstaję, bo uświadamiam sobie,
 że Kamil zmarł kilka lat temu.

Przechodzę do sali numer dwa.
W okół stolika, jak szalony biega Oskar.
Nigdy, nie bardzo umiał usiedzieć na jednym miejscu.
Gdy wraz z moim synem, byli w podobnym wieku, chowali się do szaf.
Żeby doktor, nie mógł ich znaleźć.
Pamiętam, telefon od jego mamy.
Pamiętam, gdy mówię synowi, że Oskara już nie ma.
Pamiętam jak po tej rozmowie, nie chcę nic jeść.
Przez trzy dni, z nikim rozmawiać.
Patryk miał wtedy 9 lat.
Oskar, całe jedenaście.
Stolik w sali znika.
Śmiech rozbieganego chłopca, również.

Odwracam się i widzę salę numer trzy.
Nad małym łóżeczkiem, pochylają się zgarbieni rodzice.
Ewa, ma cztery lata.
Podpięta, pod miliony rurek.
Każda, podtrzymuje ją przy życiu.
Dobiega do mnie, cicha modlitwa.
Widzę jak oboje, połykają łzy.
Aparatura nagle milknie.
Nie mogę słuchać, rozpaczliwego krzyku matki.

Uciekam do sali, numer cztery.
Ola zawsze nazywała mnie, drugą mamusią.
Kochałam ją, jak rodzoną córkę.
Spędziłyśmy na rozmowach, szmat czasu.
Wspólne łzy, wspólne uśmiechy, wspólne milczenie.
Zawsze, chiała być na moim ślubie.
I była.
Zmarła w dzień, gdy przed ołtarzem mówiłam ” tak”….

Z sali numer pięć, patrzy na mnie Mariusz.
Nigdy nie zapomnę, jego poczucia humoru.
Godzinami mógł mówić o Kasi.
Miłości jego życia.
Tak bardzo cieszyłam się, z zaproszenia na ich wesele.
W garnitur do ślubu, ubrano go jednak w inną podróż.
Tę ostatnią.
Odszedł, miesiąc przed  wymarzoną uroczystością.

Otwieram drzwi, do sali numer sześć.
Przy oknie stoi Paulina.
Obok niej, na krzesełku siedzi Edyta.
Zapraszają mnie na herbatę.
Trajkoczą jak zwykle, jedna przez drugą.
Nie przestają się śmiać.
Pierwsza zanika postać Pauli.
Zaraz po niej, jak mgła rozmywa się Edyta.

Mijam, kolejne pokoje.
Słyszę, ich głosy.
Widzę, chcące żyć oczy.

W drzwiach sali numer siedem, stoi Radziu.
Prosty, dobry chłopak ze wsi.
Ciężko, nie było mieć do niego szacunku.
Nie wstydził się swojego pochodzenia.
Z pasją opowiadał o ziemi, którą kochał.
Trzy lata temu, obudziłam się w izolatce,
w której akurat przebywał mój syn.
Podeszłam do parapetu.
Widziałam, jak wynosili jego ciało.

Z sali numer osiem, wychodzi stonowany Łukasz.
Wciąż mam ten obrazek przed oczami.
Jak wraz ze swoją żoną, niosą w nosidełku córeczkę.
Z taką dumą na twarzy.
To był ciepły piątek.
Wyjeżdżaliśmy do domu.
Oni też mieli wracać, lada dzień.
Ona wróciła, z córką.
Łukasz, poszedł już inną drogą, niedzielnym porankiem…

Siadam pod ścianą.
W moim mieszkaniu.
Myślę o tym, że w jednej z takich sal,
leży teraz mój syn.
Strach mnie zamroził.
Nagle dostaję wiadomość.
- Nia płacz mamo.
Ja też się boję.
Wszystko będzie dobrze.
Przecież, jeszcze tyle chciałbym ci powiedzieć…

Naucz się szanować to, co masz.
Doceniać, dany ci dzień.
Mów, że kochasz, jak najczęściej.
Biegnij do przyjaciela ciemną nocą, gdy cię potrzebuje.
Uśmiechaj się na widok słońca.
Tańcz w deszczu.
Ciesz się z oddechu.
Podawaj innym dłoń.
Nie oczekując nic w zamian.
Celebruj każdą minutę ze swoim dzieckiem.

Dlaczego?
Jeśli tego nie zrobisz, wezmę cię za rękę.
Przeprowadzę, przez szpitalny korytarz.
I otworzę drzwi numer jeden, dwa, trzy…
Żebyś zrozumiał, jak blisko jest piekło…


http://blogroku.pl/2014/kategorie/piekl-o-jest-na-ziemi,8y3,tekst.html