Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Klauzula sumienia.

- Nasza zdrowa córka miała już 6 lat, gdy zapragnęliśmy dla niej rodzeństwa.
To była wspólna przemyślana decyzja.
Staraliśmy się o tę ciąże blisko dwa lata.
Tak bardzo chcieliśmy mieć jeszcze jedno dziecko.
Oboje z mężem pochodzimy z domów, gdzie celebruje się tradycje rodzinne.
Jesteśmy wierzący.

Pamiętam tę wspaniałą chwilę, gdy usłyszałam od lekarza, że to trzeci tydzień.
Mąż trzymał mnie długo w ramionach.
Córeczka już wymyślała imiona dla siostrzyczki lub braciszka.
Rodzina, przyjaciele cieszyli się wraz z nami.
Zabraliśmy się za remont pokoju.
Pierwsze zakupy, plany na przyszłość.

W szóstym tygodniu, obudził mnie koszmarny sen.
Stałam nad ogromną przepaścią.
Wiał silny wiatr.
Na rękach trzymałam maleńkie zawiniątko, w nim dziecko.
Całe było pokryte lepką mazią.
Coś co czułam, a czego nie widziałam, usiłowało wyrwać mi je z rąk.
Obudziłam się przerażona.
Z samego rana, targana złymi przeczuciami udałam się do lekarza.
Jakieś badania, uspokajanie mnie, zapewnianie o tym, że wszystko jest dobrze.
Nie zauważono żadnych nieprawidłowości.
Mój lęk jednak nie mijał.
Narastał we mnie, z ogromną siłą, każdego dnia.

Później, wszystko potoczyło się szybko.
Tak szybko, że ciężko mi nawet poskładać to w logiczną całość.
Bóle w podbrzuszu, kolejne badania, szklane oczy lekarza.
Potok słów o uszkodzeniach płodu.
Bardzo licznych, nie mających końca.
Informacje, że istnieje możliwość usunięcia ciąży w tak ciężkim przypadku, jak mój.
Gdy chciałam dowiedzieć się więcej na ten temat, usłyszałam:
- Pani mamo!?
Powiedziałem pani o możliwości aborcji, czysto teoretycznie.
Chyba nie pomyślała pani, żeby to niczemu niewinne dzieciątko uśmiercić!?
Trzeba wierzyć, że jakoś to będzie.
To żywy człowiek, ma prawo żyć!
Wyszłam z gabinetu trzymając się ścian.

Nie pytaj mnie, co oboje z mężem czuliśmy w domu.
Jak biliśmy się z myślami.
Dniami i nocami, czytając o wszystkich wadach jakie zdiagnozowano.
O tym, na co skarzemy naszego syna jeśli pozwolimy mu przyjść na świat.
O tym , jakimi okażemy się rodzicami jeśli zdecydujemy się na przerwanie ciąży.
Opinia publiczna, obowiązujące w naszym kraju prawo, lekarze – nie pomagali.
Nie pytana o zdanie już na starcie słyszałam, że jestem nikim, skoro w ogóle dopuszczam do myśli inne ewentualności.

Nikomu nie życzę piekła, przez jakie wtedy przechodziliśmy.
Tak, wtedy myślałam, że to najgorsze uczucie.
Te odbijające się echem w mojej głowie pytania:
Co zrobić? W którą stronę iść? Czy jest dobre rozwiązanie?

Poród był bardzo ciężki.
Pamiętam przerażającą ciszę, gdy położna trzymała Kamila w rękach.
Pamiętam spojrzenia pielęgniarek.
Nikt nawet, nie dał mi go dotknąć.
Od razu został podłączony pod milion rurek i specjalistyczną aparaturę.
- Czy tak już będzie zawsze?- zapytałam cicho.
- Będzie jeszcze gorzej – usłyszałam, nawet nie wiem od kogo.

Kiedy mi to opowiadała, przełykałam gęstą ślinę, starając się nie płakać.
Patrzyłam w jeden punkt, by nie odwrócić wzroku tam , gdzie leżał on.
Jej syn.
- To piętnasty rok naszej gehenny.
Nie chodzi o mnie, o męża.
W ogóle nie myślę o nas.
Tylko o nim.
O tym, że skazaliśmy go na piekło na ziemi.
Przerywa w pół zdania, bo aparatura zaczyna piszczeć jak oszalała.
Odłącza mu respirator i odsysa wydzielinę.
Moje oczy zatrzymują się na jego siniejącej twarzy. Widzę, nienaturalnie wytrzeszczone oczy, z których lecą łzy.

Po dłuższej chwili, wszystko się uspokaja.
Ona dźwiga jego bezwładne ciało.
Zdejmuje opatrunki.
W powietrzu, unosi się nieprzyjemny zapach.
Jego twarz wykrzywia grymas bólu.
Ona, cierpliwie opatruje żywe, tętniące rany.
Głaszcze po głowie.
Wraca do mnie, siada.
Przytrzymując się stołu, oddychając ciężko, mówi:
- Boże…
Gdzie ja miałam sumienie.

Wchodzę do domu.
Myślę o niej.
Myślę o milionach rodziców, takich jak ona.
O ich cierpiących dzieciach.
Również o tych, którym się wydaję, że mają prawo ingerować w ich decyzje.
Z telewizora dobiega mnie wypowiedź, publicysty Ziemkiewicza:
- Jeżeli już ( matka) żałowała pieniędzy na zabieg prywatny- bo przecież już się wykosztowała na in vitro, z którego uszkodzona ciąża pochodziła mogła znaleźć kogoś, kto ją wyskrobie za pieniądze z NFZ.

Ogarnia mnie złość.
Po głowie kołacze się jedna myśl.
Szkoda, że ani w Polsce, ani nigdzie nie ma możliwości transplantacji mózgu.
Panom i Paniom, wygłaszającym podobnego typu brednie, bardzo by się to przydało.

Zamykam okno, nadciąga burza.
Z pokoju obok dobiega mnie, ledwo słyszalny głos:
- Mamo, wezwij pogotowie.
Krwioplucie i duszność.
Na szybie pojawiają się, pierwsze krople deszczu.
To nie deszcz.

To moje łzy.

ci