Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Profesorze! Melduję! Chyba wykonałam zadanie…

Dzieciaki wpadły do domu, niczym burza.
Uśmiechy na twarzach i tekst Johnego:
- No wiesz mamo, pasków i nagród nie ma ale zawsze mogliśmy nie zdać.
Parskamy śmiechem.
Wcale nie jest tak źle, wręcz przeciwnie.
Jestem z nich bardzo dumna.
Wiem, że szkoła, to trudna lekcja życia…

- Co ty gadasz dziewczyno!
Jaki on jest?!
Gbur i tyle!
I  jeszcze tak dużo zadaje…
Ja profesora K., postrzegałam inaczej.
Wiem, nie był lubiany.
Zawsze stonowany, wręcz chłodny.
Wymagający, bez poczucia humoru.
Potrafił mówić tylko o historii.
Czasem miałam wrażenie, że uczył jej od kołyski.
Uczniowie go nie znosili.
Zadawał sporo.
Bardzo dużo wymagał.
Był surowy.
Jakby bezuczuciowy?
Ja też, nie darzyłam go wielką miłością ale było w nim coś.
Gdy opowiadał, nie umiałam nie słuchać.
Mówił o datach, wydarzeniach z taką pasją, zaangażowaniem.
Nie sposób tego opisać.

- Anika weź to szybko przepisz, bo zaliczysz banię jak się patrzy!
Magda – moja szkolna zmora.
Byłyśmy jak…Przyjaciółki?
Łączyła nas, dość specyficzna więź.
Jakby trochę z innej gliny.
Innych światów.
A jednak na tej samej fali.
- Dziewczyno!
Ja wiem, że ty wierzysz w te swoje króliki, Alicje i inne cuda !
W każdą dziurę byś wskoczyła, myśląc, że znajdziesz się w tym innym, lepszym świecie!
Tylko wiesz, jesteśmy tu!
Za chwilę dzwonek i przyjdzie on!
I zetnie nam głowy, jak nie przepiszemy tego zadania!
Śmiałyśmy się obie, patrząc w dal.
Każda, w swoje marzenia o przyszłości.

- Ty nie wiesz, dlaczego nasz historyczny oprawca, taki jest?
Zapytałam kiedyś, kogoś.
Usłyszałam, że stracił ukochaną żonę, w gwałtowny sposób.
Z synem, jakoś nigdy nie potrafił się dogadać.
Od kilku lat, był zupełnie sam.
On i jego książki o historii.
Zgorzkniały cień człowieka, z fascynującą wręcz wiedzą.

- Słucham! Kto mi odpowie na moje pytania!
Jego donośny, stanowczy głos przerwał moje rozmyślania.
- Może ty, klasowa mądralo?!
Tym razem, też mi zacytujesz bohatersko, tych swoich Pink Floyd’ów?!
Patrzył na mnie.
Nie miał złych oczu.
To raczej spojrzenie, samotnego, pogrążonego w bólu człowieka.
Wstałam i zaczęłam mówić.
Patrzyłam zdumiona, jak jego wzrok łagodnieje.
Jest wręcz zaskoczony.
- Skąd ty to wszystko wiesz?!
- Od pana.
- Nie dyktowałem wam tego!
- Nie.
Mówił pan, opowiadał.
A ja tylko notowałam.
Wyciągnęłam dłoń z zabazgraną kartką.
Pierwszy raz, wszyscy, dostrzegliśmy cień uśmiechu.
- Będą z ciebie kiedyś ludzie, Werner…

Po blisko dwudziestu latach.
Melduję Panie Profesorze, że chyba są…..

W hołdzie wszystkim, bardziej lub mniej lubianym nauczycielom.

Jeśli zwątpisz, ktoś zniknie…

- Pierwszy i ostatni raz- powiedział sam do siebie, opuszczając mury Sądu.
Wstyd, strach, uczucie rezygnacji, zanikały z dnia na dzień.
Zapomniał, poczuł się pewniejszy, popłynął…

Wpadli do mieszkania o świcie.
Wyciągnęli go z łóżka, rzucili na podłogę.
Znaleźli też to, po co przyszli.
Zabrali go, machając nakazem.
On, pamięta tylko bladą twarz matki.
Ona, jego zakute w kajdanki ręce.

Przesłuchania, paniczny lęk, smród celi.
Nie pozwolili mu na telefon, żaden kontakt z rodziną.
Ona, schorowana matka, siedziała sama w pustym mieszkaniu.
Uporczywie wpatrywała się w telefon, który męcząco nie dzwonił.
-Ta cisza mnie zamęczy, pokona, nie wytrzymam jej.
Na drugim końcu Polski, w tym samym czasie, odchodził ktoś bliski.
- Przecież tam teraz nie zadzwonię, muszę sama to jakoś znieść.
Przetrwać.
Pomóc mu.
 Zawiódł, bardzo.
Kolejny raz, ale to mój syn, potrzebuje mnie.

On też myślał o tym, patrząc na kraty.
Czy jeszcze żyje?
 Może moja siostra już jest wdową?
Nawet nie mogę do niej zadzwonić, pocieszyć, zapytać…
Kim ja jestem?
 Nikim.
Jak mogłem im to zrobić?
 I to teraz…
Setki, tysiące, czarnych, brudnych, strasznych myśli.
Wyrzuty sumienia, które dawały fizyczny ból i ściskały gardło.
Strach, który nie pozwalał nawet na moment zmrużyć oczu.
Bezradność i uczucie upokorzenia.
Piekło, którego nie życzy się nikomu.

Kaucja.
Oczekiwanie na sprawę.
Unikanie oczu matki.
Telefon do siostry.
Odszedł najbliższy jej człowiek.
Liczy na mnie, a ja tak spieprzyłem.
 Znowu…
A moja dziewczyna?
Zaryzykowała dla mnie, zmieniła całe swoje życie.
Pokochała mnie jej córka.
 Dziecko, zaufało.
I co teraz?
Nie zasługuje na nic.
 Na pewno nie na to, co mam…
Odroczenie.
Kilka miesięcy wolności.
Matka, dziewczyna, wybaczyły.
Co ja powiem siostrze?
Obiecałem jej.
 Ona ma takie ciężkie życie, a jest tak odpowiedzialna, silna.

Siedzieli w małym pokoju.
Ona była wdową, od trzech miesięcy.
Nieświadoma tego, co się z nim działo, w tym czasie.
Nie patrząc jej w oczy, siedząc naprzeciw, mówił.
Trzęsły mu się dłonie, leciały łzy.
Jej też.
Zapadła cisza.
Milczeli oboje.
Usiadła obok.
Złapała jego dłoń.
- Wyjdziemy z tego, razem.
Z naszych małych piekieł.
Nigdy nie zostawię cię samego.

Odetchnął, pierwszy raz normalniej.
Pierwszy raz od kilku miesięcy.
Zastanawiał się nawet, czy w ogóle oddychał.

Jesteśmy tylko ludźmi.
Popełniamy, niezależnie od wieku, masę błędów.
Mówimy, że już nigdy, po czym ponownie błądzimy.
Znowu wchodzimy, do tej samej, mętnej rzeki.
Staramy się znaleźć mniej krętą drogę.
Sami, mamy na to marne szanse.
Uważamy, że jeśli już raz zrobiliśmy coś niedobrego, już zawsze będziemy źli.

Nigdy nie wątp w drugiego człowieka.
Pomyśl najpierw, czy sam nigdy nie zabłądziłeś.
Życie nie raz pokazuje, jak potrafi być okrutne.
Może też kiedyś, będziesz potrzebował czyjegoś wsparcia.
Dłoni, która pojawi się na  czas i pomoże ci wstać.
 Podnieść się.
Zwątpienie sprawia, że ludzie giną, jak poranna mgła…

Za kilka dni, też przejdziemy to razem, S. …

Patryk_3

23 czerwca …

Mówią, że ojcem, zostać bardzo łatwo.
Trudniej, nim być.
A często zdarza się tak, że ten prawdziwy, biologiczny.
 Nie chcę, swoich dzieci.
Z różnych, bardziej lub mniej, zrozumiałych przyczyn.
Czasami jednak, życie płata figle.
I prawdziwym tatą, staję się zupełnie obcy człowiek…

Łukasz, był ode mnie młodszy, o parę ładnych lat.
Za  naszymi plecami, nieraz, padały ironiczne spojrzenia.
 Uśmieszki.
Zdarzało nam się słyszeć:
- Ona chyba rozum straciła?!
 Nie dość, że chory, to jeszcze taki gówniarz!
Jaki z niego, będzie ojciec, dla jej dzieci?!
 Jak on sam jeszcze, dzieciak?!
Życie, pokazało coś innego…

- Wiesz mamuś, że dziewczyny mi taty zazdroszczą?
Zawsze, jest uśmiechnięty i taki miły.
Zawsze, ma dla nas czas.
Nauczył mnie nawet, na rolkach jeździć, wiesz ?- oczy córki nabierały blasku.
Syn pytał:
- Tato, idziemy na koncert?
Nauka?!
 No tato…
Dobrze, przekonałeś mnie.
Masz rację.
Pomożesz mi, przy matmie?
Super, dzięki!- syn przestawał się upierać.

Ludzie, którzy mniej nas znali, przecierali oczy ze zdziwienia.
Dowiadując się, że nie jest on,
biologicznym ojcem moich dzieci.
- Jak to?
 Przecież Patryk, jest do niego, nawet podobny?!
Faktycznie, sama to zauważyłam.
Zdziwiona, jak to możliwe.

Zawsze, miał  w sobie cierpliwość, której mi brakowało.
Dzieci i ich dobro, były dla niego, na pierwszym miejscu.
Nigdy, nie zapominał o ich małych świętach.
Potrafił, z nimi rozmawiać.
Nawet, na te najtrudniejsze tematy.
Ślęczał z nimi, nad książkami, bez cienia pretensji.
Nawet wtedy, gdy choroba, dawała się coraz bardziej, we znaki…

Cieszył go każdy, najdrobniejszy ich sukces.
Gdy chorowały, był pierwszy przy ich łóżkach.
Spędzał z nimi, każdą wolną chwilę.
Zaraził syna, pasją do muzyki.
Kibicował córce, gdy kilka lat temu, zaczęła malować i rzeźbić.
Kiedy trzeba było, potrafił też, umiejętnie ganić.
Był tatą, jakiego każdy chciałby mieć.

Mroźne, lutowe, późne popołudnie.
W naszym domu.
- Tato?
 Poszukasz nam, tej nowej bajki?
Proszę – córka stała w progu pokoju.
- Dusia…
 Tata, bardzo źle się dziś czuje – patrzyłam na nią, proszącym wzrokiem.
To był, ten dzień.
 Nasz ostatni, wspólny wieczór.
- Pewnie, że wam tę bajkę znajdę!
 Nawet, obejrzymy razem- wstał ostatkiem sił.
I uśmiechał, mimo wszystko.
Przed snem, mówiąc sobie jak zawsze dobranoc.
 Uścisnęli się dłużej, niż zwykle.
Do dziś, mam ten obrazek, przed oczyma.
Jak tulą się do niego, a on szepcze, że bardzo je kocha.
I gdy córka mówi – do jutra tato – odpowiada jej, już  tylko spojrzeniem.
Bo wspólne jutro, już nie nadeszło…

Dziś moje dzieci, zapalą świeczkę, dla jednego z najlepszych ojców.

Przystań…

- Wszystko wygląda jakoś inaczej, gdy wracam od ciebie.
 Myśli, uleciały z niej, cichym szeptem.
Autobus poruszał się ospały.
 Widok cmentarza, zostawał coraz bardziej za nią.

Mimo łez, które jej towarzyszyły, gdy tam była.
Wracała w to miejsce zawsze, gdy musiała, pobyć sama ze sobą.
Gdy chciała o coś zapytać, poradzić się, pomyśleć głośno.
Siadała na płycie pomnika i rozmawiała z nim, jakby nadal był obok.

- Gdzie byłaś mamo?
 U taty?
 Co u niego?
 Przepraszam, głupi żart- patrzył wystraszony.
- A wiesz , długo nie gadaliśmy bo poleciał na koncert z Cobainem- mrugnęła.
- Myślisz mamo, że tata będzie?
 No wiesz, jak ja już będę musiał, stąd spadać…
- Znając twoje tendencję do wiecznego błądzenia, pewnie po ciebie wpadnie- starała się uśmiechać.

Kiedyś ktoś zarzucił mi, że zbyt swobodnie rozmawiam o tym z  dzieckiem.
O tym co nieuniknione.
Co czeka każdego z nas.
Mówiono mi też, że powroty do przeszłości, nie są niczym dobrym.
Moja babcia powtarzała po kimś znanym, że to z pamięci o naszych najbliższych.
Z pamięci o przeszłości, utkana jest nasza własna tożsamość.

Nie unikam z synem rozmów o śmierci.
 Choć trudne są i bolesne.
Nie omijam celowo tematu.
 Nie wpajam mu bez sensu, że będzie super, gdy akurat ma krwioplucie.
Nie odbieram też nadziei.
Tłumaczę, że wszystko ma jakiś sens, że wszystko jest nam potrzebne.
Choć może czasem niezrozumiałe, niesprawiedliwe.
Gdy się boi trzymam go za rękę, żeby wiedział, że przejdziemy to razem.
Nawet, jeśli będzie to ostatnia nasza podróż.
Nie planuje za długo do przodu.
Ponieważ wiem, że nasz czas, może skończyć się jutro.
Cieszymy się każdym dniem, czerpiemy z niego ile możemy.
Mówimy sobie, że się kochamy, często przytulamy.
Staramy spędzać ze sobą czas.
I żyjemy normalnie, kłócimy czasem.
 Czasem, do siebie nie odzywamy.
Miewa, że mamy siebie oboje, serdecznie dość.
Po prostu.
Zawsze razem jemy obiady, przy których rozmawiamy.
I dławimy się ze śmiechu.
Przestałam się zadręczać pytaniami, co będzie gdy…

Życie, co dzień uczy mnie nowych doświadczeń.
Oswaja z lękiem, daje lekcje głębokiej pokory.
Każe dostrzegać małe cuda, celebrować każdą minutę.
I dzięki temu, dobiłam do swojego brzegu.
Znalazłam swoją przystań.

„Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody,
zaplącze drogi, pomyli prawdy,
nim zboże oddzieli od trawy…”

Dla wszystkich ” muko” mam.
Macie niesamowite dzieci!
Te dzieci mają, niesamowite mamy…

Lincz- zanim rzucisz kamieniem…

Nigdy nie mów nigdy- porzekadło stare jak ten świat.
Mimo to, zarzekamy się z różnych powodów, kilka razy dziennie.
A przecież tak mało brakuje, by to nigdy, zagościło w naszym życiu…

- Co z niego za ojciec?! Jak mógł zapomnieć o dziecku w samochodzie?!
Przecież to nie torba z zakupami!?
 Pewnie poprzedniego dnia za dużo piwa było!
Albo już dawno to planował, a teraz udaję chorego i zdruzgotanego!
Żeby go piekło pochłonęło!
- Pani Asiu, tak nie można.
Tam się musiało coś złego zadziać.
To dla tego ojca, dla tej rodziny ogromna tragedia.
Należy im współczuć.
- Współczuć?!
 Chyba pani oszalała!
Ja bym nigdy mojego Szymusia z oka nie spuściła!
 Nigdy nie pozwoliła na coś takiego!
Jestem matką, która kocha ponad wszystko!
 Ja bym nigdy !

Dwa tygodnie później, Szymuś pływał martwy, w oczku wodnym, obok swojego domu.
Pani Asia, jeszcze wtedy nieświadoma, piła w tym czasie kawę z koleżanką, w ogrodzie.
Tak.
Była czułą, troskliwą, dobrą matką.
Była też, tylko człowiekiem.

Tak łatwo, przychodzi nam ocenianie innych.
Często, bez zastanowienia, na szybko, bez głębszej zadumy.

Ona i On byli szczęśliwym małżeństwem.
Najpierw urodziła się córeczka.
Trzy lata później- upragniony syn.
Wspólnymi siłami, odkładając każdy grosz, zbudowali dom.
Szanowani wśród sąsiadów.
 Uczynni, pomocni, pracowici, skromni.
Stawiani przez mieszkańców, jako wzór do naśladowania rodziny wręcz idealnej.
Dzieci rosły i nigdy nie przestawały się uśmiechać.
Gdy synek miał dwa latka, nie wiedzieć jak, kiedy, dlaczego, wyślizgnął się troskliwemu tacie z rąk.
Uderzył główką o posadzkę w kuchni.
Przeżył.
Niestety, bardzo poważne zmiany w mózgu, złamania, sprawiły, że był niepełnosprawny.
I ruchowo, i intelektualnie.
Wkrótce zmarł.
Mimo tego, że sąd uznał to za nieszczęśliwy wypadek, ludzie wiedzieli swoje.
Nagle okazało się, że przykładny ojciec i mąż, pewnie pił, tylko to ukrywał.
Jego żona, najpewniej go zdradzała i zaniedbywała dzieci.
Tak były uśmiechnięte ale chyba, jakieś zaniedbane.
Ciekawe, skąd oni w ogóle na ten dom pieniądze mieli.
Ta ich mała, to jakby wystraszona chodziła.
Ten ich synek, jakby zbyt szczupły, pewnie głodzony.
Pozbyli się go, bo zapewne problemy finansowe były.
Co dzień, dzięki społeczności w której mieszkali, dzięki  jedynym prawdziwym sędziom sytuacji.
Wychodziły na światło dzienne ” nowe, skrywane dotąd fakty”.

Oni, rodzice, wraz z córeczką.
 Każdego dnia, nad łóżkiem sparaliżowanego  synka.
Odbywali swoją największą karę.
Wyrzuty sumienia, bezsilność, tęsknotę za tym co było, rozdzierający ból.

Któregoś ranka ona zeszła do ogrodu, bo ze strachem odkryła, brak męża obok.
Wisiał na klonie, który kiedyś sam posadził.
Ludzie na pogrzebie mówili- straszna tragedia, szkoda chłopa, pewnie śmierci syna nie dźwignął.
Mówili ci sami sędziowie, którzy przez te wszystkie lata, uprawiali na nim swoisty lincz.

Życie jest nieprzewidywalne.
Dziś jesteś zdrowy, jutro los posadzi cie na wózek inwalidzki.
Wczoraj byłaś szczęśliwą żoną, dziś jesteś wdową.
Jeszcze przed chwilą twoje dziecko uśmiechało się beztrosko.
Teraz zapalasz kolejny znicz i pytasz sam siebie- dlaczego?

Pomyśl o tym wszystkim, zanim kolejny raz kogoś zlinczujesz.
Zanim kolejny raz, odważysz się pomyśleć, że ty przecież nigdy…

O cudach…

Czas leci.
Dopiero termometr wskazywał minus dziesięć, a za dwa tygodnie dzieciaki przyniosą świadectwa.
Ktoś gdzieś umarł, gdzieś ktoś się urodził.
Kumpel za kilka dni zostanie szczęśliwym mężem, a przyjaciółka singlem.
Kaśka z klatki obok myśli o zmianie pracy, bo ta ją wykańcza nerwowo.
Mój brat, znowu źle sypia.
  Jego los przez błędy przeszłości, kolejny raz, stanął pod znakiem zapytania.
Myślę o moim tacie.
 Ostatnie wyniki nie były najlepsze, może tym razem będzie inaczej.
Zza ściany dobiega mnie, kolejna głośna rozmowa sąsiadów.
Pod moim oknem dzieciaki na chodniku malują tęcze, na której siedzi słoń.

Pomyślałam o tym, że chciałabym mieć dom.
Taki mały, skromny.
Domek.
Z kawałkiem pola na moje słoneczniki.
Z hamakiem na werandzie.
Z psem biegającym w ogrodzie.

 - Gdyby tak, wydarzył się jakiś cud- wyrwało mi się głośno.
- Co wy ludzie macie z tymi cudami?!- głos mojej córki był wręcz oburzony.
- Czemu krzyczysz?- pytam.
- Nie krzyczę, jestem poirytowana ślepotą co niektórych.
Nie obraź się mamo ale tak jest.
 Żyjecie w środku cudu i kompletnie tego nie widzicie.
I ty, i większość twoich znajomych.
- Co ty pleciesz? – teraz, to ja się zdenerwowałam.
- Słyszę, jak nieraz rozmawiasz z ciotką, w zasadzie obojętnie którą.
 I za każdym razem „no tak, wiesz, pewnie że tak, jak się zdarzy jakiś cud”.
- Przesadzasz…
Tak się mówi po prostu, jak człowiek czegoś tam oczekuję.
 Czegoś więcej niż ma- usiłowałam wybrnąć.

- A ty mamo, mało masz?
Wiesz co to jest cud?!
Ja ci powiem!
Cud, taki prawdziwy, jest wtedy, gdy rano otwieram oczy.
Słyszę szelest, spadających do mojej ulubionej miseczki płatków.
Czuję zapach twojej kawy.
Mój brat wyskakuje zaspany  i pyta cię, na którą dziś ma do szkoły.
Gdy odpowiadasz, że na dziesiątą, dziękuje wszystkim świętym za sprawiedliwość na świecie i znika w swoim łóżku.
Gdy wbiegasz do pokoju i jednocześnie karmiąc Lunę, budzisz mnie na zajęcia.
Kiedy całujesz mnie w policzek, gdy już wychodzę i obiecujesz zrobić na obiad, twój mistrzowski szpinak.
Gdy wiem, że mam gdzie wrócić, a ty będziesz na mnie czekała.
 A nawet jeśli nie będziesz mogła, bo praca, to zadbasz o wszystko.

Patrzyłam na nią lekko zdumiona.
 Nie rozumiałam  trochę, dlaczego zaszkliły jej się  oczy, a broda lekko zatrzęsła.
- Dwa lata temu, gdy przyszłaś po mnie do szkoły, mówiąc, że tata już zasnął, pomyślałam, że mój cud się skończył.
Udowodniłaś mi jednak, że ten najprawdziwszy, trwa zawsze.
 Tylko trzeba umieć go zobaczyć.
I zrozumieć, że nim jest.

Przestałam oddychać na moment.
I pewnie obie zaczęłybyśmy płakać, gdyby nie :
- Ty siostra miałaś rację!
 Zrobiłem sobie sam kanapki i faktycznie!
 Ręce mi nie uschły!
No cud!

Rozejrzyj się  w okół siebie.
Też masz jakiś cud obok, prawda ?

s-C5-82one

Szczęście, ma zapach śliwek…

Okazuję się, że tak niechciane przez nas łzy, uczucie panicznego lęku, są nam potrzebne.
Gdyby nie szarość dnia, deszcz i zimno, nie umielibyśmy rozpoznać czym jest kolor.
Ciepło słońca, wyłaniającego się zza górskich szczytów.

Pędziła rankiem na rolkach, zupełnie sama.
Ulice jeszcze spały.
Latarnie dopiero co gasły.
Przystanęła.
Przykucnęła na skraju drogi.
Miliony niespokojnych myśli, urządziło sobie, w jej głowie szaloną gonitwę.
I wtedy, na moment, nie wiadomo jak i dlaczego.
Znowu stała się małą dziewczynką, siedzącą pod ulubioną śliwką, w sadzie, gdzieś na Kaszubach.
- Ty, moje dziecko, to chyba pisarką kiedyś zostaniesz- głos z przeszłości, jak żywy.
- Dlaczego tak myślisz, dziadku?
- Dziecinko, ty ciągle coś piszesz.
 Na stole w kuchni, taki twój wierszyk znalazłem:
” gdy dziewczynka była mała,
wszystkich ludzi kochała,
a gdy mała być przestała,
uczuć takich już się bała”
Dlaczego zakładasz, że będziesz się bała?- zapytał.
- Nie wiem dziadku.
Może chodzi o to, że czasem widzę, jak ludzie się krzywdzą, krzyczą na siebie, płaczą.
Nie chcę tak.
- A słyszałaś może, jak wczoraj, twoja babcia na mnie gromy rzucała?
- No tak, ale…
- Ale co?
Dziecinko, miłość jest czasem miła, puszysta i ciepła, jak twój ulubiony koc.
Jest też, uwierz mi, pozbawiona kolorów, chłodna, bolesna.
Bywa trudna, niezrozumiała tylko po to, by po chwili, zamienić się w najdoskonalsze z uczuć !
Miłość mówi szeptem ale też krzyczy tak, że słyszy ją pół wsi- oboje parsknęli śmiechem.
My ludzie, jesteśmy złożeni ze skrajnych uczuć.
Chcemy, ale się boimy.
Pragniemy, choć nie rozumiemy.
Rozsądek mówi nam jedno, a dusza podpowiada drugie.
Uciekamy i wracamy.
Jest nam z czymś, z kimś dobrze latami, a ułamek sekundy, jedno słowo może to zmienić w piekło.
Odpychamy kogoś, by nocą, umierać za nim z tęsknoty.
I to wszystko wciąż, znaczy jedno.
Miłość.
A bez niej, człowiek, nie jest człowiekiem.

Przejechał jakiś samochód, a wraz z warkotem silnika sad zniknął.
Mądry głos z przeszłości, zabrał lekki podmuch wiatru.
Wróciła do domu.
Spojrzała na pewne, niedawno zrobione zdjęcie.
Napisała wiadomość, na którą ktoś, bardzo czekał.
Wieczorem, zasypiając wtulona w niego, poczuła znajomy zapach śliwek.

Tak, spadłam z tęczy…
Wprost w silne, zdecydowane, bezpieczne ramiona.
I tak już zostanę.
Po właściwej stronie lustra.

fot. Michał S.

Co jest na końcu tęczy ?…

Idziesz obraną przez siebie ścieżką.
Nikt nie zmuszał cię, byś na nią wszedł.
Bałeś się , miewałeś zwątpienia ale zapewniany, że przyszłość jest wasza, szedłeś.
Brnąłeś, choć podświadomie czułeś niewytłumaczalny lęk, jakiś niepokój.
Na swojej drodze spotkałeś nawet piękną, pomalowaną miłością tęczę.
Trzymany za dłoń przez kogoś, komu bezgranicznie zaufałeś, wszedłeś na nią.
I szedłeś coraz dalej, i dalej…

- Siostra co ci jest? Schudłaś.
 Oczy masz jakieś takie matowe, stało się coś?
Patrzyła, w zasadzie nie wiadomo gdzie.
 Łzy wsiąkały prosto w serce.
Coś tam nawet powiedziała, jak zawsze starając się usprawiedliwić wszystkich.
Całą sytuację, jaka powstała, wziąć na siebie, dostrzegając tylko swoje winy.
- Ty chyba kompletnie oszalałaś! Raz w życiu przestań się obwiniać!
Nie wie nawet, czy słyszała co do niej mówił.
 Kochany braciszek.
 Sam pogubiony, z ogromnym bagażem niedobrych przeżyć.
Zawsze zjawiał się gdy działo się coś złego.
 Podświadomie czuł, że powinien usiąść z nią na ławce.
Często po to, by pomilczeć.
 Żeby nie była z tym sama.
Choć i tak była.
Przecież ona nigdy się nie skarży.
 Dostaje po głowie i znosi to z pokorą.
Nie ma pretensji.
 Zawsze stara się zrozumieć, wytłumaczyć.
Teraz też.
Brat  nadal coś mówił, ona była myślami gdzie indziej.

Czuła dłonie na swojej twarzy, zawsze lubiła się w nich chować.
Słyszała jego ciepły głos.
 Czuła delikatny zapach jego skóry, którym przeniknęła.
Widziała jego oczy, wpatrzone w nią aż po samą duszę.
Z oddali dobiegał do niej dźwięk własnego śmiechu, gdy ją rozbawiał.
Nikt nie potrafił zrobić tego lepiej, niż on.
Przypomniały jej się poranki, gdy udając, że jeszcze śpi, czuła jego wzrok na swoim ciele.
Oddychał jej zapachem, widział jej oczyma.
Oddała mu wszystko, co miała.
Wszystko.

Wyciągnęła dłoń i skuliła się w sobie.
Zorientowała się, że jest sama, że pada deszcz, że jest przeraźliwie zimno.
Wstała i chyba pierwszy raz w życiu, nie wiedziała dokąd iść.

Chciała zrobić krok ale tęcza zaczęła znikać.
Nie, nie znikać.
 Dostrzegła jej koniec.
Jak to? Ona nie miała mieć końca…

Co jest na końcu tęczy?
Może kartka, którą drżącą dłonią napisała ostatniej nocy.
” Kilkanaście miesięcy temu, pewnego wieczoru zostawiłam u Ciebie moje serce.
Mógłbyś mi je oddać?”.

A może na końcu tęczy, czeka On……..
Zrobi krok?………