Miesięczne archiwum: Maj 2014

Wszystko, czego pragniemy…

Leżymy na kocyku.
Po niebie, jak oszalałe ganiają się chmury.
Słońce, świeci mocno ale przyjemnie.
- Coś źle  mi się oddycha.
Zrywam się na równe nogi jak oparzona.
Jak to, przecież dopiero wróciliśmy?!
- Mamo weź  wyluzuj, żartowałem ,kładź sie.
- Nie żartuj w ten sposób! Wystraszyłeś mnie..
- Sama siebie wystraszyłaś.
 No, co tak patrzysz?
Pomyśl, nawet gdy jestem w pokoju obok a ty w kuchni to i tak słyszysz, kiedy coś jest nie tak.
W środku nocy,  ten nierówny oddech cię  obudzi.
 A teraz leżysz obok i co, nie usłyszałabyś?
Problem w tym, że nie możesz odpuścić.
A ja ci mówię teraz, niczym przywódca do swego ludu-  leż jak leżysz i wyluzuj.

Leże więc i usiłuje w głowie ułożyć plan, na przyszły tydzień.
Praca, wyjazd, koncert, później trzy dni wykładów, szkoła dzieci.
- Lud widzę, buntowniczy mi się trafił- słyszę kpinę w jego głosie.
- O co ci chodzi?- pytam zaskoczona.
- Wyraźnie  chyba nakazałem” leż i wyluzuj” ale ty nie!
Oczywiście, juz piętnaście rzeczy naraz w głowie analizujesz.
Kobieto!
Wróciłem, a wiesz jak było cienko tym razem…
Córkę masz zdolną siatkarkę, facet cię kocha jak szalony,  masz tłumy przyjaciół, sąsiedzi cię uwielbiają.
- Nie przesadzaj- odzywam się lekko poirytowana, bo czuję już do czego zmierza.
- Wiesz, na czym polega wasz, mamusiek problem?
Wy sobie same życie zatruwacie.
Ja wiem, jaką  ty mi tu zaraz za teorię wysnujesz mamo.
Powiesz,  że jak kiedyś będę ojcem, to wtedy będę miał prawo się wypowiadać.
Głupie gadanie.
Zanim nim zostanę, to najpierw ciebie nawrócę.
- A co ty, pastor jesteś? – wybucham śmiechem, ukradkiem patrząc na zespół z jego koszulki.
- Synek, ja wiem ,że nie jest źle,  że ludzie mają gorsze problemy, są z tym sami.
Wiem, że trzeba się cieszyć z tego co się ma.
 Łapać dzień, dostrzegać małe rzeczy i cieszyć się z nich.
- Tak, ty to wiesz ale jednak masz to swoje „ale”.
A ja ci powiem ,że dziś jest perfekcyjny dzień.
 Widzisz Go?! Nie widzisz!
- A co to niby jest, ten perfekcyjny dzień? Ile on się razy, może człowiekowi w życiu zdarzyć?- pytam lekko wzburzona.
- Mamo, my perfekcyjny dzień mamy codziennie.
Perfekcyjny dzień jest wtedy, gdy jeden człowiek ma obok siebie, blisko, drugiego człowieka- poczułam jego dłoń, w swojej.

Wyluzowałam, odpuściłam.
Zrozumiałam wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej, że mam wszystko.
Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto ma lepszą pracę, spokojniejsze życie, większe mieszkanie, dłuższe nogi.
Ja mam perfekcyjne dni, bo tak naprawdę, wszystko czego pragniemy, to po prostu jeszcze więcej niż mamy.

Żyj tak, by usłyszeć…

-  Jak to śpisz?! Dziewczyno wszyscy już czekamy, zbieraj się !
 Masz pięć minut!
W ciągu kilku chwil jednocześnie, ubiera się, robi make-up, śniadanie córce, podaje jej leki.
Karmi rodzinne zwierzątko, ogarnia dom.
 Wyjmuje z lodówki obiad, który przygotowała noc wcześniej.
Wkłada buty, zabiera potrzebne rzeczy, wybiega z domu.
 Pospiesznie, wybiera jego numer w telefonie.
- Jak noc? Jak się czujesz? Badania ok?- pyta i słucha, że nareszcie jest w miarę spokojnie i za kilka dni znowu będą razem.
Kończy rozmowę.
 Po drodze jeszcze, chwilę wymienia uśmiechy i krótkie zdania, z ukochanymi sąsiadami.
Odbiera kilka telefonów.
 Jeden z banku, jeden w sprawie koncertu, jeden od brata który zawsze pamięta, żeby ją rozbawić.
Przebiega przez plac zabaw, dzieciaki machają wesoło krzycząc- ta fajna pani z niebieskimi włosami!

Znika w pracy.
Nie zapominając o telefonie do córki, czy zjadła i jak sobie radzi.
Do syna, jak mija mu dzień.
Wraca skonana.
Znowu dzwoni  telefon.
- Mamo, a może byśmy..
- Jasne kochanie, pójdziemy.
 Nie, nie jestem zmęczona..

Je w końcu kolację.
 Pierwszy posiłek, oczy jej się zamykają a mimo to, planuje kolejny dzień.
Nie przestając się uśmiechać, myję naczynia, wstawia pranie.

Popełniam błędy, jak my wszystkie.
Czasem aż zanadto się zapominam, myśląc, że samo się jakoś ułoży.
Są chwile, gdy odpuszczam, nie piorę, nie gotuję obiadu.
Widzę ,że gdy zrobię krok, to się przewrócę we własnym mieszkaniu, nie sprzątanym od dawna.
Krzyczę, choć nie powinnam i dobrze o tym wiem.
 Płaczę przy dzieciach z bezsilności, choć to podobno absolutnie zabronione.
Nie mam czasem na nic sił, szczególnie na macierzyństwo.
 Do tego stopnia, iż zdarza mi się myśleć, że beze mnie, miałyby lepiej.
Pozwalam im na zbyt wiele.
Znikam nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim.
Mam do siebie milion wyrzutów i pretensji.
 Nie mogę patrzeć na swoje odbicie.
Zagryzam wargi z bezsilności i choć nie mogę, wstaję rano i robię śniadanie.
Czasem w myślach, pakuje walizkę i uciekam, gdzieś bardzo daleko.
 Sama.

- Słyszałaś mamo te panie dziś w autobusie, za nami? – głos mojej córki.
Wiesz co jedna do drugiej mówiła?
 Opowiadała, że jakiś pan się powiesił w mieszkaniu.
Powtarzała, że jak on mógł to zrobić, że jeszcze jakby gdzieś w parku, a on w domu.
I że szkoda mieszkania.
Wiesz mamo, ja myślałam ,że człowieka…
  Ty nam zawsze mówiłaś, że człowiek jest najważniejszy….
W tym samym momencie przychodzi sms:
- Wiesz co mamo?
 Jak kiedyś żona, to tylko taka jak ty!
I wcale nie chodzi mi o to, że koncert się zbliża-Twój syn przystojniak.

Masz prawo mieć dość.
Masz prawo czasem rzucić to wszystko.
Masz prawo krzyknąć, nie ugotować, nie posprzątać.
Masz prawo.
I tak usłyszysz:
- Wiesz, gdybym kiedyś mogła być matką, to tylko taką jak ty mamuś…

Z okazji nadchodzącego święta, dla wszystkich niesamowitych matek, jakie znam.
 

Syndrom lazurowych oczu…

Obudził mnie dźwięk telefonu:
- Mamo, mamo słyszysz mnie?
Spałem! Spokojnie, całą noc, bez kaszlu, bez duszności, mamo przespałem całą noc!
Łzy mieszały się z moim uśmiechem, oddech utknął w gardle na moment, tak długo na to czekałam…
Nadzieja, że jeszcze będzie lepiej, normalniej, wróciła.

Były dni, po śmierci mojego męża, gdy choroba  syna atakowała z całych sił.
 Zakrywałam sobie usta dłonią, lekko przytykałam nos i próbowałam tak oddychać.
Wytrzymywałam kilka chwil.
Dyskomfort, strach, ból w klatce piersiowej, nie pozwalał na dłużej.
A oni tak żyją.
 Z tym żyją.
Myślę, że nie mają nawet świadomości, nie wiedzą, co to znaczy oddychać normalnie.
Dla nich to „normalnie” to 30% wydajności płuc…

Ewelinę poznałam kilka lat temu, w miejscu do którego oni zawsze wracają.
 Klinika w pewnym uroczym miasteczku.
Myślałam, że to kilkunastoletni dzieciak.
 Okazało się, że to dorosła, młoda kobieta, schowana w ciele nastolatki.
Zaprzyjaźniłyśmy się dość szybko.
 Pewnie dlatego, że ona tak samo jak ja, mimo wszystko, nigdy nie przestaję się uśmiechać.
Był czas kiedy mogłyśmy swobodnie wyjść razem na spacer, godzinami rozmawiać i śmiać się głośno z własnych wad.
Ale przychodziły momenty…
- Potrzebujesz czegoś?- zapytałam patrząc na nią i usiłując ukryć zaszklone oczy.
Leżała podłączona pod tlen, blada, wymęczona atakiem duszności.
Jej ciężki oddech niósł się po korytarzu.
Łapała go, z ogromnym wysiłkiem, panicznym strachem, jak ryba nagle wyciągnięta z wody.
- Nie, tylko posiedź tu ze mną, opowiedz coś- odpowiedziała, starając się namalować uśmiech.
Gdy zasnęła, wybiegłam do pobliskiego parku.
Usiłowałam zrozumieć, dlaczego, po co, ile jeszcze, jak długo, zanim…
Dwa razy już lądowała pod respiratorem, kilka razy żegnała się ze mną, z rodziną..
 I wracała…
Z tryumfem w oczach, radością w sercu, które nadal biło choć tak bardzo osłabione.
Odłączała tlen, chwytała mnie za dłoń i mówiła:
- Lody bym zjadła.

Od ponad roku, praktycznie bez przerw jest w szpitalu.
W domu jest gościem, na kilka dni, po czym znowu zabiera ją karetka.
Nigdy nie usłyszałam skargi, pretensji, żalu.
 Nigdy!
Te jej mądre , lazurowe, ciepłe oczy, nigdy nie przestały wierzyć.
 Nigdy mi nie pozwoliły zwątpić!
Telefon.
- To ja, twoja zmora. Znowu jestem w szpitalu.
 A wiesz,  myślę sobie, ile można w domu siedzieć, trzy dni to już istna męka przecież – jej niesamowity śmiech, przerywa kaszel.
- Kocham Cię moja ty bohaterko!- odpowiadam.
- Wiem.
 Kochasz mnie tak jak obie kochamy życie. I dlatego, wciąż tu jesteśmy.
Co u mojego przyszywanego brata?
- Też pojechał na wczasy, trochę ponaciągać NFZ, ile będę za niego rachunki opłacać- obie wybuchamy śmiechem.

Kiedy kolejny raz uznasz, że masz straszny los,
 że jest beznadziejnie bo ciągle pada, i zimno, i kasy mało, i facet cię nie rozumie,
 i dzieci niegrzeczne, i przyjaciółka zawiodła, sąsiad obgadał, w pracy atmosfera, że strach się odezwać, że jest nie do wytrzymania…
Kiedy kolejny raz pomyślisz, że masz złe, popaprane, bezsensowne życie…
 Zasłoń dłonią usta, przytkaj nos…

Zrozumiałeś?…

blohi

Czarna chmura…

Nasze niebo zazwyczaj jest błękitne.
Z wyraźnym, ciepłym, jasnym słońcem.
Często, pojawia sie na nim różnobarwna tęcza.
Motyle, ptaki, bańki mydlane, latawce…
Nasze niebo.
I nadchodzi ten czas, gdy to wszystko zasłania potężna, czarna chmura.

Środek nocy.
Budzi mnie znajomy, za każdym razem tak samo przerażający dźwięk.
Zrywam się z łóżka, biegnę do jego pokoju, podaje leki rozszerzające oskrzela, robię drenaż.
Jego głowa, opada w końcu ciężko na moje ramię.
Bezgłośne łzy z moich oczu, kapią na podłogę.
- Spróbujesz lekami w domu?- pytam.
- A jest sens mamo? Zatruje się nimi, wymęczą mnie, pomogą to fakt ale na jak długo?
Tydzień może dwa, a w końcu i tak wyląduję pod kroplówką- odpowiada wyczerpany atakiem.
- Zadzwonię w poniedziałek, spróbuję załatwić ci jak najszybciej jakieś miejsce w szpitalu- głaszczę jego mokre od wysiłku włosy.

Zaczęło się trzy tygodnie temu.
Stopniowo- jak zwykle.
Najpierw, odbiera apetyt i jego ciało gwałtownie znika.
Później, rzuca na jego twarz sino- szary odcień.
Zabiera mu siły, z godziny na godzinę, staję się coraz słabszy.
Coraz wcześniej  wraca od kolegów, coraz dłużej musi po takim wyjściu odpoczywać.
Kaszle tak, że nie jest w stanie spokojnie wypowiedzieć jednego zdania, często po prostu nie dokańcza zrezygnowany i zdenerwowany.
Na końcu odbiera mu sen, przykręca tlen, zasłania usta i nie pozwala oddychać.
Ona. Mukowiscydoza.

On, przez najbliższe tygodnie, będzie znowu tam.
Na obcym łóżku, wśród obcych ludzi.
Będzie z całych sił walczył z nią, o własne życie.
Będzie wyszarpywał z nadludzkim wysiłkiem, każdy kolejny swój dzień.
Ja, będę tu, w naszym domu.
W dzień starała się omijać jego pokój.
Pusty pokój.
Pójdę tam w nocy, szukać zapachu mojego syna.
Zwinięta w kłębek na podłodze, starała się opanować bezsilność i ból.
Będę patrzyła na moją przerażoną córkę i usiłowała mądrze odpowiedzieć, gdy kolejny raz zapyta:
- Mamo, czy mój brat umrze? Mamo, czy on do nas wróci?

Lecz też, całą sobą, będę wierzyła w to, że gdy w końcu podniosę głowę do góry, ujrzę nasze czyste, lazurowe niebo i czując dotyk jego dłoni, usłyszę:
- Już jestem, mamo…

fot.arch. prywatne

Accident…

Zastanawiałeś się kiedyś, co sprawia, że znajdujesz się w tym a nie w innym miejscu?
Z tą a nie inną osobą?
Kto lub co, stawia nam na ścieżkach kolejne zdarzenia, ludzi, sytuacje?

Siedział nad brzegiem morza i rozpamiętywał ostatni czas.
Ona odeszła nagle, z dnia na dzień twierdząc, że zmarnował jej trzy lata życia.
W pracy przestało się układać i czuł, że lada chwila ją też straci.
Przyjaciele, znajomi, mają swoje życia, małe światy.
On nie miał już nic.
Nic go już tu nie trzymało.
Uporczywie myślał o tym, jak długo musiałby iść, brnąć w to morze, żeby już nie móc wrócić.
- Nie rób tego- jego myśli, gwałtownie przerwał jej ciepły głos i intensywny zapach wanilii.
- Siostrzeniec mojej matki, zrobił to, pierwszy raz, gdy miałam kilka lat.
Ile to trwało?
Sama już nie wiem, nikomu nie powiedziałam.
Czasem jeszcze, po tym wszystkim, budziły mnie koszmarne sny.
Nikogo to nie dziwiło, przecież, to się zdarza każdemu dziecku, taki zły sen…
Skończyłam szkołę, poznałam kogoś.
Urodziło nam się dziecko. Wszystko co miałam.
I nawet gdy on rzucał mną po ścianach, wierzyłam ślepo, że to miłość.
Synka pochowałam gdy miał pięć lat. Miał wadę serca.
Tak uśmiecham się i widzę, jak cię to dziwi.
Uśmiecham się do wspomnień o malutkich rączkach mojego dziecka.
I uważam, że nawet jeśli bolesne, to wszystko jest po coś.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, widział już tylko jej znikającą, drobną sylwetkę.
Przez jego głowę przelała się lawina myśli.
Włącznie z tą, że ktoś mu kiedyś opowiadał, iż wanilią pachną Anioły…
Zadzwonił do kogoś, spakował kilka rzeczy, wsiadł w samolot.
Zatrzymał się gdzieś w Anglii.

Minął rok.
Obudził go dziwny sen.
Wciąż słyszał głos dziewczyny, jak echo z przeszłości.
Miał nieodparte wrażenie, że w pokoju unosi się znajomy, słodkawy zapach.
Wziął prysznic, włączył komputer, chciał przejrzeć ostatnio zrobione zdjęcia.
- Nie znam cię, nie wiem jak na ciebie trafiłam, dlaczego do ciebie piszę, zupełnie tego nie rozumiem…
Czytał wiadomość, patrzył na jej fotografie  i zastanawiał się, skąd zna te oczy.
Wyszedł z domu i usiłował ogarnąć mętlik w swojej głowie.
Ona tymczasem, po drugiej stronie granicy, pochylała się nad kartką papieru i malowała słowami obraz.
Też miała sen, nad ranem.
On, ktoś kogo nigdy nie widziała, siedział na ławce nieopodal rzeki i czytał jej książkę.
Napisała mu o tym wiadomość.
- Przed wschodem słońca, pijąc kawę w swoim mieszkaniu, czytałem twoje teksty.
Przestraszyła się.
Zamknęła laptop, założyła na głowę kaptur, wybiegła z domu.
Usiłując ominąć kałużę, dobiegła do swojego miejsca, gdzie niebo styka się z ziemią.
Deszcz zmywał z jej twarzy łzy.
- To niemożliwe- szeptała, prawie nie otwierając ust.
On, będąc tysiące kilometrów stąd, myślał o tym, co ona teraz zrobi, czuł niewytłumaczalny strach.
Obracał w dłoniach telefon, opuszkami palców dotykając jej imienia na wyświetlaczu.

Nie zadzwonił nigdy.
Nie odezwała się więcej.
Czasem, czyta jej teksty.
Czasami ogląda, zrobione przez niego zdjęcia.

 Myślisz, że przypadek rządzi światem.
Uważasz, że pewne sytuacje, ludzie, stają na twojej drodze zrządzeniem losu.
Wierzysz, że nie masz na to wpływu.
Jeśli coś będzie miało być, to i tak będzie.
Nic nie możesz zrobić, zmienić, bo przecież przypadek ma największą moc.

Idąc kiedyś brzegiem morza, pomyśl o tym.
Zanim znowu, pozwolisz komuś odejść.
Przypadkiem…

Historia i postacie w niej opisane, mogłyby nie być fikcyjne gdyby nie…przypadek.
Choć może, to właśnie on sprawi, że staną się prawdziwe i pozwolą na to, by czas, napisał sam, inne zakończenie.
Bo przecież, wszystko jest po coś…

poci

Widzieć nie znaczy dostrzec…

Gorący od herbaty kubek, przyjemnie ogrzewa moje dłonie.
- Kochanie, a może Mazury? Tam jest przecież to miejsce, które Johny tak bardzo chciał zobaczyć.
- Spełnienie jego kolejnego, małego marzenia? Jak najbardziej tak!

Pełne euforii pakowanie, kupno biletów, przepełnione radością śniadanie, tuż przed wyjazdem.
Stoimy na peronie, słychać już znajomy  stukot.
 Nasz pociąg, wagon, przedział.
- Dziękujemy wam, że nas tam zabieracie!
Dzieciaki rzucają nam się na szyję.
Wchodzą kolejni pasażerowie.
 Ruszamy.
Rozmowa, konduktor życzy udanej podróży.

Ponownie rozsuwają się drzwi.
Widzę najpierw charakterystyczną, białą laskę i słyszę:
- Czy jest tu jakieś wolne miejsce?
Pomagamy MU usiąść, położyć niewielki plecak, pytamy czy w czymś nie pomóc.
ON nie przestaje się uśmiechać, dziękuję i mówi, że sobie poradzi.
Odebrał telefon, słyszę JEGO głos:
- Tak, siedzę wygodnie, wszystko ok.
Tak, odprowadzili mnie.
 Gdy przemieszczałem się  między wagonami, to im rzuciłem, że ich widzę, bo pewnie machali- roześmiał się.
Zaszkliły mi się oczy.
Oczy, które wszystko widzą wyraźnie 
JEGO oczy, są przepełnione ciemnością.
Nie mogłam powstrzymać natłoku myśli.
Nie widzi od urodzenia?
 Wie jak wygląda JEGO twarz?
Widział kiedyś wschód słońca?
 Wie, że teraz choć bardzo nie chcę, mimowolnie przyglądam się JEGO ruchom?

Wyszłam na korytarz.
 Nie wiedzieć czemu, po policzkach spłynęły mi łzy.

 Widzisz.
Patrzysz i przechodzisz obojętnie.
Obok porzuconego, zmarzniętego psa.
Obok głodnej staruszki która, kiedyś była czyjąś babcią.
Obok drzwi, zza których dobiega krzyk i wybiega kobieta, z sińcami na twarzy.
Obok raniącego swoje ciało nastolatka, który tym małym bólem usiłuje zagłuszyć ten większy, w środku.
Obok siedzącego na ławce, zapłakanego chłopaka, który właśnie planuje, jak odebrać sobie życie.
Obok samotnego sąsiada, o którym zapomniały własne dzieci.
Obok przyjaciółki, która już tak się pogubiła w swoich wyimaginowanych historiach o przeszłości, że nie umie znaleźć powrotnej drogi.
Obok siebie samego, unikając spojrzenia w lustro.

Znowu siedzę na peronie.
 Słońce świeci mi w twarz, mrużę oczy, widzę tylko rozmazane kontury.
Słyszę rozmowy ludzi, stojących nieopodal.
Śmiech dzieci, oglądających zdjęcia z wyprawy.
Czuję, że mój ukochany, znowu ukradkiem robi mi zdjęcia.
Ktoś przeszedł i pachniał miodem.
Komuś, upadła torebka i wypadło z niej  coś metalowego.
Za moimi  plecami, dziewczyna przez telefon nerwowym półszeptem mówi, że to już koniec, żeby nie dzwonił.

- Mamo, dlaczego zamknęłaś oczy?
- Ponieważ usiłuje dostrzec, kochanie…

fot.arch.prywatne