Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Dusza na sznurku…

Mój pierwszy latawiec, dostałam od taty gdy miałam 7 lat.
Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj.
Tata, dał mi to kolorowe cudo na sznurku i z błękitnym ogonem, mówiąc:
- Ludzie czasem są jak te latawce moje dziecko. Niby wolne, wysoko na niebie, a jednak kimś sterowane, wciąż kontrolowane.
Wtedy tego kompletnie nie rozumiałam.
Byłam szczęśliwym dzieciakiem, oczkiem w głowie mojego ojca.
Zawsze, czułam się dzięki niemu, najbezpieczniejszym stworzeniem na ziemi.
 Znałam wszystkie, niesamowite bajki.
To on, zaraził mnie miłością do Alicji z Krainy Czarów, której obszerne fragmenty, znam na pamięć do dziś dnia.
Zawsze, starał się mnie chronić przed złem tego świata.
Kiedyś, sąsiadka powiedziała, że pamięta mnie, gdy byłam mała.
- Zawsze wtedy, tak śmiesznie podskakiwałaś, gdy szliście razem i trzymał cię za rękę.
- Podskakiwałam?
- Tak, żeby móc patrzeć mu bez przerwy w oczy.

Latawce towarzyszyły mi, przez całe dzieciństwo.
Gdy było mi źle. Gdy wydawało mi się, że tylko one mnie rozumieją.
 Znikałam gdzieś, zwracając im  na chwilę upragnioną wolność.

Mijał czas, dotykały mnie kolejne porażki.
Miliony wzlotów i bolesnych upadków.
Oceany wylanych łez.
Ciągła tęsknota, za wolnością mojej umęczonej cierpieniem duszy.
Lata, zakładania masek  i uśmiechu na siłę.
Ciągła walka o życie syna.
Przegrana wojna z chorobą męża.
Co jakiś czas, gdzieś, daleko od domu i ludzi, znikałam ze swoim latawcem.
 Patrząc jak cierpi uwięziony, gdy coraz bliżej nieba, gwałtownie ściągany jest w dół.
Nie.
Nie robiłam tego z okrucieństwa.
 Raczej dlatego, by przez moment, nie czuć się sama, z wewnętrznym  uczuciem uwięzienia.

Dziś podnoszę się po kolejnym, bolesnym upadku.
Nie wiem na jak długo, bo moje życie jest jak parabola.
Na nowo, zdołałam bezgranicznie zaufać komuś i pozwoliłam mu się do siebie zbliżyć.
Co dzień uczę się z tym kimś oddychać i patrzeć w jednym, wspólnym kierunku.
Stopniowo pozbywam się uczucia strachu.
Idąc gdzieś z moimi dziećmi widzę, jak starają się ciągle zaglądać mi w oczy.
Jakby chciały się wciąż upewniać, że nadal jestem.
Zdarzało mi się z nimi, puszczać latawce.

Jednak kilka dni temu, zabrałam ostatni z nich ze sobą.
Pozwoliłam jak zawsze, wzbić mu się bardzo wysoko.
I gdy już prawie dotykał słońca, odcięłam sznurek.
Upadłam na trawę, a moje wnętrze wypełniło wcześniej nieznane uczucie.
Mój oddech był pełny, tak jak nigdy dotąd.

Wiem, że mój latawiec w końcu gdzieś spadnie.
I cieszy mnie to.
Ponieważ wierzę w to, że znajdzie go ktoś, podobny do mnie.
Kto będzie go wypuszczał od czasu do czasu.
Aż któregoś dnia, tak jak ja, zwróci swojej duszy wolność.

Jesteś tym, co potrafisz bezinteresownie dać…

Zastanawiałeś się kiedyś kim jesteś?
Głupie pytanie prawda?
Nie.
Większości z nas, zresztą słusznie wydaję się, że nie jesteśmy nikim  wyjątkowym.
I tak jest ale…
  Jednym gestem, możemy zmienić siebie, w kogoś bardzo szczególnego.
 Kogoś, kto ratuje drugie istnienie.
I wcale nie trzeba do tego ogromnych pieniędzy, strasznych nakładów pracy, wspaniałych znajomości.
Jedyne, czego potrzebujemy, to odrobina dystansu i chęci.
 Chęci do tego, żeby  ot tak, po prostu, zrobić coś dla kogoś, kto tej pomocy potrzebuje.

- Popatrz mamo ile ludzi!  Ile zespołów! Oni są tu dla mnie?!
Widziałam, jak bardzo to przeżywa.
 Jak bardzo, jest to dla niego ważne, ile znaczy.
Patrzył na nich wszystkich, lekko wystraszony, jakby nie dowierzał, że to naprawdę się dzieje.
Ja też, przez moment stałam, trochę tym wszystkim sparaliżowana.
Szczególnie, gdy usłyszałam ze sceny, jak jeden z wokalistów mówił:
- Wiecie po co i dla kogo tu jesteśmy? Wiecie, że Patryk potrzebuje naszej pomocy?

Niesamowite jest to, ile w tak na ogól młodych ludziach, jest zrozumienia i współczucia.
Ogromnego poczucia taktu, gdy pozdrawiając mojego syna, robili to  w taki sposób, by nie czuł się inny, zażenowany, chory.

Tyle się przecież mówi, że młodzież mamy bezduszną, że egoistycznie nastawioną do życia, że niczego nie potrafią porządnie zrobić.
Tyle się mówi, że zespoły rockowe, metalowe, zdolne są jedynie, do propagowania zła, przemocy, że krzyczą coś na scenie bez żadnego zrozumienia.

- Tak bardzo panią i Johnego podziwiam. Ja jestem zdrowy, a zdarza mi się tego życia nie szanować. A tu przecież liczy się, u was, każda godzina, bo może być rożnie.
- Ja, trochę o tym czytałam ale to takie straszne, że aż nie mogłam. A pani syn musi z tym żyć i pani z taką świadomością.
- Masz niesamowitego dzieciaka! Ile w nim jest woli życia, to aż mi głupio jak sobie pomyślę, o tym swoim ciągłym narzekaniu i niezadowoleniu.
- Proszę pamiętać, że my zawsze jesteśmy gotowi pomóc, coś zorganizować. Dla nas to zaszczyt, że możemy was poznać.
- Wiesz Anika…Facet jestem, dorosły, frontman głośno grającej  kapeli ale jak patrze na niego, na to jak oddycha, jak kaszle…Nie mogę mówić, przepraszam.

Wróciliśmy do domu po północy.
Johny zasnął wymęczony ale szczęśliwy.
Dla mnie, nie ma piękniejszego widoku, jak jego uśmiech i oczy, w które wróciła wiara.
I za to wam, dziękuję najbardziej.

Koncert charytatywny ” Gramy dla Patryka” odbył się 22 marca 2014 w klubie „Melanż” w Krośnie.
Podziękowania dla Leny, Artura i współorganizatorów.
Dla cudownego człowieka- właściciela klubu.
Dla wspaniałych kapel:

Maniacal Miscreation
TheReason 
P.A.G.E.
Mindfield
From Afar.

Oraz oczywiście dla niesamowitej publiki.

Dzięki wam, Johny przez dłuższy czas, będzie oddychał lżej, spokojniej a ja- nie będę aż tak bardzo bała się zasnąć…

I jeszcze raz:

Szanowny Panie Prezydencie i Inni Święci…

Stara, sypiąca się z każdej strony kamienica.
Śmierdząca, brudna klatka schodowa.
Wchodzę ostrożnie do mieszkania.
 Nie.
 Wchodzę do nory.
Grzyb na ścianach i sufitach, dwa mikroskopijne pokoiki, zimno i wilgoć czuć wszędzie.
Maleńka imitacja kuchni, jest przedzielona płachtą na pół, bo za nią stoi wanna- tak, to jest łazienka.

Na rozklekotanej kanapie siedzi małżeństwo.
Na oko, około pięćdziesiątki, w rzeczywistości to ludzie przed czterdziestką.
Obok nich jedenastoletni syn, skrajnie wychudzony, podłączony pod tlen.
W pokoju obok, pod respiratorem leży drugi, ma 14 lat.
Trzeci, najstarszy jest zdrowy, nie licząc wady wzroku i niedożywienia.
To uczciwa rodzina.
 Tata pracuje w piekarni na czarno za parę set złotych, bez ubezpieczenia i cieszy się, że ma jakieś płatne zajęcie.
Mama, ze względu na chorobę synów, musiała zrezygnować z pracy, za co nasze państwo płaci jej całe  620 zł plus- uwaga! pomoc od rządu- 200 zł miesięcznie.
Synowie, na leczenie mają przyznane zasiłki pielęgnacyjne- po całe 153 zł.
Zaległości za rachunki, czynsz, sięgają już kilku tysięcy złotych, komornik zapowiada wizyty, napływają pisma o eksmisje.

Pytam mamę chłopców,  o czym marzy.
Odpowiada, że o śmierci dla chorych synów, żeby już przestali się męczyć, bo ona choć bardzo chce, nie umie im pomóc.
Po chwili odzywa się ojciec- Czy pani wie, jak to jest, gdy słyszy się z telewizora, że w Polsce żyje się coraz lepiej, a zagląda się do pustej lodówki i zastanawia się, skąd wziąć na chleb?
Gdy po raz kolejny, odmawia się nam przyjęcia do szpitala młodszego syna, bo brak miejsc.
Od roku czekamy na miejsce w hospicjum dla starszego dziecka, bo przecież pani widzi, co w tej ruderze się dzieje, on tu w ogóle nie powinien być.
Wypowiedź, przerywa chłopiec podłączony pod tlen- Tato, boli mnie, bardzo mnie boli.
Ojciec przytula go i masuję, wydęty od choroby brzuch.
Matka wychodzi z pokoju, lecą jej łzy.
Idę za nią, pytam.
 Słyszę, że skończyły się leki, odpowiedzi z fundacji którą prosili jeszcze nie ma, a ich nie stać na wykupienie recept.
Jeżeli wykupią lekarstwa, nie będą mieć na jedzenie i prąd a przecież respirator, inhalatory.
Błędne koło.

Chłopiec zza ściany doczekał się hospicjum, w którym zmarł po dwóch miesiącach pobytu.
Jego młodszy, chory brat, odszedł w domu, pół roku później.
Dziś ich rodziców nadal, bardzo często, nie stać nawet na to, by kupić znicz na groby synów.

Siedzę w poczekalni, czekam na komisję orzekającą o tym, czy  mój genetycznie, nieuleczalnie chory syn, nie ozdrowiał przypadkiem  cudownie w ostatnim czasie.
W głowie kołacze mi się zdanie, wypowiedziane przez Prezydenta naszego kraju:
 Nadchodzący rok 2014 będzie rokiem szczególnym.

Dla kogo Szanowny Panie Prezydencie ?

Historia oraz postacie w niej przedstawione jest, niestety, prawdziwa.

Echa przeszłości…

- Myszor! A gdyby tak nagle, tama pękła i wiedziałabyś, że zostało nam kilka godzin życia?
Co byś zrobiła?
- Jej! Luka, nie wiem.
 Cicho bądź!
 Popatrz na niebo… Widzisz te piękne chmury? Ich kształt, coś ci przypomina? Kojarzy się z czymś?
- Tak, aniele mój. Są jak twoje bujne, piękne…
- Luka!!! Haha !
Nie wiem…Pewnie zerwałabym się i pobiegła szukać dzieci.
- Jasne!
 Już widzę, jak Johny, w obliczu nadciągającej zagłady, w ogóle się tym przejmuję.
Jak to z kumplami, wychodzą z garażu, zostawiają perkusję i gitary i lecą się chować przed  nieuniknionym.
- Luka, moja cierpliwość…
- Mysza! Haha! Ty przecież nie znasz uczucia cierpliwości, moją piękna.
A Duśka,  już rzuca rolki i szuka bunkra.
 No co tak na mnie patrzysz?! Sami je tak wychowaliśmy.
Ciesz się każdą chwilą. Każdą sekundą tak, jakby była ostatnia.
- A my? A my Luka?
- Ty ganiałabyś, tracąc oddech, z tymi swoimi latawcami a ja, robiłbym ci  zdjęcia.
- Zdjęcia? W obliczu zagłady? A po co?
- Przecież, to ty twierdzisz, że wszystko jest fotografią…A może wszystko, by jednak, nie przepadło…No! Tak czy  siak, po tych zdjęciach, bym cię dopadł i….
- Luka! Haha!  I co później?
- Później, wybudowałbym nam dom w chmurach.
Kupiłbym ci pole słoneczników. I kolej transsyberyjską po galaktykach.
- Chyba trans-galaktyczną bucu.
-  Mądrala poprawińska. Kiedyś się z tobą rozwiodę, przysięgam.
No! I ty, będziesz jeździła w te swoje podróże.
Johny, będzie koncertował z Cobainem.
Dusia, będzie brała lekcje malarstwa u Beksińskiego.
A ja…A ja będę czekał, aż wrócisz.
- Luka! No coś  ty?!
To nie będziesz rwał Janis Joplin i ruszał na małe co nieco, z Marleyem?
Będę Myszka…Jak wrócisz.

- Luka, popatrz w niebo, zobacz jak…
- Myszor- patrze w niebo co rano, gdy otwierasz oczy…

A dziś, leżę na płycie pomnika i usiłuje usłyszeć, czy spod zimnej tafli, słychać bicie jego serca…
 I słyszę tylko szum deszczu, wiatr który jakby z przeszłości niesie wiadomość:

- Gdy idziesz ulicą, neony tracą swój blask.
 Gaszę latarnie, żebyś już nigdy, nie czuła się  sama.
 Otwórz oczy, żeby komuś innemu, tak jak kiedyś mnie, spadło na głowę, niebo pełne gwiazd.
 Bo nikt tak pięknie nie mówił….Jak ty….

Freedom…

Od dłuższego czasu, chyba każdy z nas, z drżeniem rąk,włącza telewizor, laptop.
Niby usiłujemy to racjonalnie tłumaczyć, niby rozumiemy słowa wypowiadane przez spikera, myślimy logicznie, a jednak boimy się.
Wojna- to słowo, które ostatnio przewija się w naszych domach najczęściej.

WOJNA- gdy chciałam ją zdefiniować,zatrzymałam się na moment, bo tak naprawdę, na szczęście, nie wiem czym jest.

Słyszałam od babć, dziadków, z filmów i dokumentów wojennych, że zabiera bliskich w straszny sposób. Sieję grozę, przynosi ból, cierpienie, potoki łez zmieszanych z krwią.
Zabiera wszystko co spotyka na swojej drodze, nie zostawia złudzeń, nadziei.
Ludzie, którzy dotąd uporczywie, bezgranicznie wierzyli, zaczynają wątpić.
Krzyczą pełni nienawiści i niezrozumienia:
- Boże! Gdzie jesteś?! Patrzysz na to i nie robisz nic?!
Zabierasz nam godność! Krzywdzisz! Zabierasz nam resztki wolności!

Wolność…

To kolejne słowo, które ostatnio pojawia się najczęściej obok wojny.
A my?
Przecież, żyjemy obecnie w kraju wolnym, tak?
Nic i nikt nas nie ogranicza.
Czy aby na pewno?
Zastanawiałam się długo nad definicją wojny- i słusznie- ale nad definicją wolności?
Jak to z nią jest?
Może to my sami ją w sobie ograniczamy?

Zrobiłbym tak- ale co ludzie powiedzą?
Powiedziałabym to- ale sąsiedzi mnie skreślą.
Ubrałabym się tak- ale urażę koleżankę.
Związałbym się z nim- ale zabije tym rodziców.
Słuchałabym takiej muzyki- ale ksiądz na lekcji mówił, że to źle.
Zjadłbym to- ale kolega twierdzi, że nie powinienem, bo kogoś tym krzywdzę.

Mogłabym tak wymieniać godzinami.
Rozumiesz?
Wojna- to nie zamknięcie granic, bezkarne strzelanie i więzienie niewinnych, zabijanie na rozkaz, bestialski gwałt.
WOJNA- to zła interpretacja WOLNOŚCI.
Będziesz zniewolony- jeśli pozwolisz sobie to wmówić.

Wychodzę na Połoniny.
Świat z góry wydaję się lepszy- jak śpiewał kiedyś, ktoś.
Nie noszę na szyi krzyża.
Przestałam odwiedzać kościół co niedziele. Jego, jest tam akurat  najmniej.
Potępisz mnie?
Uznasz, że jestem złym, gorszym od ciebie człowiekiem?
Wypowiesz mi wojnę?…

Mało kto, cierpi tak jak ja, każdego dnia i nocy.
Mało kto wie, tak jak ja, co znaczy dusić się, dławić się własnym strachem.

Mimo to- ja jestem WOLNA.
TY- niekoniecznie.

„Po to jesteśmy na tym świecie – mówiła dalej pani – żebyśmy byli dobrzy i mili dla innych. Pippi, stojąc na głowie na grzbiecie konia, wymachiwała nogami. – He-he – powiedziała – Po co w takim razie są ci inni?”

Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć?…

.

Wszystkiego, czego chcesz…

Zadzwoniła do niego z koncertu. Roztrzęsiona, zapłakana.
On był w pracy. On zawsze jest w pracy.
 Często martwiła się o to, że ta praca go w końcu wchłonie i on zniknie. I  nawet sam tego nie zauważy.
- Boję się..Samej siebie się boję i bestii w mojej głowie- łkała.
- Uspokój się. Proszę cię. Weź  taksówkę, jedź do domu, znowu będziesz chora. Jestem na spotkaniu. Wszystko będzie dobrze- zawsze ją uspokajał ten jego twardy ale ciepły ton.

On.
Wypełniony nie naciąganą, zwykłą mądrością, aż po brzegi.
Czasem stanowczy, wręcz upierdliwy, do granic możliwości.
Czasem usiłujący na przekór, przejść między kroplami deszczu.
Gdy piszę, jest tak emocjonalny, że czytając go, po policzkach mimowolnie spływają łzy. Niczym krople deszczu z nieba.
W jednej chwili możesz przestać go kochać a zacząć nienawidzić.
Oddałby ci ostatnią kromkę chleba i zabrał duszę, jeśli mu na to pozwolisz.
Choleryczny pracoholik.
 Ciągle gdzieś goni ulicami miasta, które posiada jedynie niebo bez gwiazd.
W jego dłoniach nieodzowny, stale dymiący przyjaciel.
Śmieję się nieraz gorzko, że gdy przyjdzie ten czas, włożę mu do trumny cały karton, żeby mnie później nie straszył.
Potrafi płakać jak dziecko nad czyjąś krzywdą, zbierając z podłogi własne atomy.
Jest mistrzem, w doprowadzaniu do nerwicy i skrajnego załamania swoimi złośliwościami, które nazywa osobliwymi żartami.
Za swoją zbyt wielką uczciwość- naiwność płacił nie raz.

Jest ludzkim CZŁOWIEKIEM. To dziś, niestety, nie częsty przypadek.
Jest ojcem, tworzącym baśnie z pięknym zakończeniem, w których nawet szczur potrafi wzruszyć i wywołać uśmiech.
Jest przyjacielem, kumplem, jakiego każdy chciałby mieć.
Bywa irytującym, wszystko wiedzącym  bufonem, któremu masz ochotę przyłożyć.
Z całych sił, wierzy w to, że świat, tak z reguły, jest dobry.

Stoję nad przepaścią własnych myśli. Łzy wpadają wprost do rwącej rzeki.
Uporczywie, drażniąco dzwoni telefon.
Odbieram ostatkiem sił.
- Życie jest piękne, Angela. Idź, napisz coś. Wspaniałe te teksty.
- Czyje? Moje? – wyrwa mnie z letargu.
- Nie kurwa, Miłosza- sarkazm poziom ekspert.

Wszystkiego najlepszego kolego.

Don’t worry…

Siedzę na kanapie, leniwie popijając kefir i coś tam skrobie na kartce papieru.

- Mamo, a ta cała miłość, to jest trochę przerysowana co nie?
Pamiętam, że jak  tylko tatę coś wkurzyłaś, to zaraz ci mówił : Mysza zobaczysz!  Jeszcze moment, a się z tobą rozwiodę!
A teraz z kolei, jak cię Michał czymś zdenerwuje, to zaraz mu grozisz, że będzie spał na balkonie.
No i gdzie ta miłość jak z filmu?
A swoją drogą, to ciekawe, czym teraz będziesz go straszyła, jak lato idzie- słyszę wywód mojej córki.
- Nasza piwniczka jest przyjemniusia- z pokoju wyłania się uradowany swoim pomysłem Johny.

Milczę niewzruszona.

- A zresztą, co ty Duśka możesz o uczuciach wiedzieć?!- Johny zmienia ton – Jak ja byłem w twoim wieku,to nic nie wiedziałem.
 Teraz, to już mogę coś na ten temat powiedzieć, ale ty dzieciaku?!
- Wiesz co! Żebyś zaraz przypadkiem nie wyłysiał! Staruszku- burczy córka.
A w ogóle, to pytał cię ktoś o zdanie?!
 Ty tam wiesz najwięcej.
  Tylko, albo nad Sanem z chłopakami siedzicie, albo w piłkę kopiecie, albo walisz w tę perkusje jakby ci się coś w głowę stało.
- Mamo, weź jej coś powiedz bo wiesz, że ja jestem pokojowo do życia nastawiony ale do czasu- słyszę wzburzony głos syna.
- I po co mi jakiś Madjan?! Ja z nim muszę od jedenastu lat regularne walki toczyć, od rana do nocy- jej głos, jest już na granicy krzyku.
- Majdan, głąbie- słyszę jego szyderczy śmiech.

I wiem, że już muszę wkroczyć.

- A lekcje, to wy macie odrobione?- stary chwyt, którego nie znosiłam u swoich rodziców i zawsze powtarzałam sobie, że ja go na swoich dzieciach, stosowała nie będę.
- Mamo, jaka ty czasem jesteś.. tradycyjna matka, to aż nie mogę- córka kombinuje, słyszę to w jej głosie- Taka pogoda! Może byśmy z piwnicy wygrzebały nasz stary latawiec i pobiegały, po drugiej stronie rzeki?
- A wiatru, to sobie chyba nadmuchasz- Johny, znowu przystępuje do ataku.
- I to ja jestem głąbem? Chyba to logiczne, że jak biegniesz, to wiatr się sam tworzy- słyszę poważną irytację.
- Tak, a jak plujesz do góry, do deszcz spadnie- triumfuje syn.
Duśka udając, że go nie słyszała pyta:
- A może jeszcze rolki wezmę?
- Tak, weź jeszcze konia kup i z tymi rolkami na  niego wsiądź. Wtedy jak zagalopuje, to już będziesz miała nawet  tornado- samej już chce mi się śmiać, ale powstrzymuję się w ostatniej chwili i patrzę na niego z wyrzutem.
- A własnie mamuś. A będziemy kiedyś mieli dom i konia?- słyszę jej ciepły głos.
- Dziecko moje! Co tam koń?! Całą stadninę!
 I jeszcze małpy na drzewach obok domu i słonie- kończę z uśmiechem.
- Ty się mamo nabijasz, a ja sama słyszałam, jak Michał mówił ostatnio.
 Jak będziemy mieli dom, to najpierw będzie tam miejsce dla wszystkich twoich psów, niedźwiadków, sów i wilków i dopiero wtedy, nam jakąś przybudówkę postawisz- uśmiecha się do mnie z przekąsem.
- Tak ci powiedział?
 Masz rację. Muszę w takim razie,  pomyśleć intensywniej o tym zbliżającym się lecie- obmyślam małą zemstę.
- Ja tam się o miejsce nie martwię- słyszę jego  stłumiony głos z lodówki- I tak pół swojego życia będę w ciągłej trasie koncertowej, na walizkach.
 Gwiazdy metalu rzadko bywają w domu. Jak dla mnie, w moim pokoju może mieszkać nawet orangutan- wyłania się z upolowanym kabanosem.
- Orangutan mówisz? Czyli, wielkiej różnicy by nie było- nie patrzę na nią ale widzę, minę zwycięzcy.

Przyjemną, rodzinną pogawędkę przerywa telefon. Jedna z moich bardziej postrzelonych przyjaciółek.
- Maleńka, słuchaj! Czy ja ostatnio u ciebie nie zostawiłam gdzieś swojego rozumu?- słyszę w słuchawce, torpedą wypowiedziane zdanie- Bo moja matka twierdzi, że ja go gdzieś postradałam.
- Wiesz kochana, jak go Luna nie pożarła, to może i gdzieś tu jest.
 Rozumiem , że chcesz wpaść- pytam, dobrze znając odpowiedź.
- No własnie się ubieram.
 Luna mówisz? O kochana, jeśli tak, to będziesz miała świnkę morską geniusza!- parska mi w słuchawkę.
Patrzę przez chwile na klatkę i widzę, jak Luna usiłuje sobie zarzucić na głowę pojemnik na suchą karmę. Udaje wtedy, że jej nie ma.
- Wiesz co Aśka, ona chyba jednak  zjadła ten twój rozum, ale nie martw się, coś zaradzimy.
- Mała, to ty się martw i przypadkiem jej z klatki nie wypuszczaj- śmiejemy się już obie.

Znalazłam latawiec, jutro go wypróbujemy.
Aśka tłumaczy dzieciakom definicje miłości. Nie wiem czy się cieszyć, czy bać.
Dopijam mój kefir.
Słonko zachodzi. Prześpi się i wróci o świcie.
Czy ja ci coś rano bredziłam Edzia, że się poddaje, a wszystko jest do kitu?…:)

Zawieszenie na czas nieokreślony…

Wizyta lekarska. Ostatnia już, w tym pobycie.
- No to co Johny? Dziś ci się wyrok odsiadki kończy i wychodzisz chyba?- lekarz uśmiecha się porozumiewawczo,  reszta personelu milczy.
- Ja jestem gotowy do wyjścia już od wczoraj. Nawet w ubraniach spałem- pielęgniarki zaczynają się śmiać, a lekarz kręci z niedowierzaniem głową i pyta:
- Wiesz, wyniki rewelacyjne nie są. Co z tym zrobimy? Masz jakiś pomysł?
- Proponuję panie doktorze żeby resztę wyroku wziął mi pan w zawias. Najlepiej, na czas nieokreślony i bardzo odległy- wszyscy wybuchamy śmiechem.
 Pakujemy rzeczy,uściśnięcie dłoni doktora i podziękowanie za opiekę.
Opuszczamy mury szpitala.
Idziemy.
Nagle, zatrzymuje się  i nie przestając się uśmiechać, krzyczy: „wolność!!!”.
Z trudem powstrzymuję łzy i udaję, że na niego nie patrzę.

Dom. Odpoczywa. Wchodzi do swojego pokoju. Dawno tu nie był.
Dotyka opuszkami palców swoich płyt, plakatów, książek, gitary.
Kładzie się na swoim łóżku i patrząc w sufit wzdycha:
- W końcu moje klimaty. Mamo, zrobisz moje ulubione spaghetti na obiad?
- Nie wiem, czy mi się chce. W końcu, nie wróciła do domu jakaś królowa angielska- usiłuje zachować poważną minę.
- Królowa nie. Tylko skromny, mega przystojny gwiazdor metalu- śmiejemy się oboje.

Czternaście lat rozstań i powrotów.
Nieprzespanych, przez meczący kaszel nocy i wspólnych koncertów.
Walki z bezsilnością i naszych tajemnych rozmów.
Ciągłego przyjmowania ton leków i szaleństw, podczas wypraw w Bieszczady.
Łez, gdy odchodzi ktoś z naszych, naznaczonych tą samą chorobą znajomych i salw śmiechu podczas wypadu do kina.
Zmagań z brakiem apetytu, z atakującymi infekcjami i beztroską jazdą na rowerze, czy grą w piłkę nad rzeką.
Nierozerwalna więź między nami.
- Ile tym razem pomieszkasz w domu?- pytam lekko zamyślona.
- Postaram się, jak najdłużej- odpowiada.

Milczymy, siedząc obok siebie.
- Mamo, dobrze, że w tych salach szpitalnych nie mają kamer zamontowanych- słyszę nagle.
- Kamer? A co się stało?
- Nic. Tylko obawiam się, że gdyby ktoś zobaczył nasz wczorajszy występ…
- Mówisz o odśpiewaniu utworu Boba Marleya? I specjalnie do tego wymyślonym spontanicznie, układem choreograficznym?
- Dokładnie o tym! Pewnie, gdyby to zobaczyli, tobie zaproponowaliby pobyt na innym oddziale, a mi co najmniej tomografie głowy- parskamy śmiechem.

Kocham Cię mój synu.
I wiesz…
W naszym mieszkaniu też nie ma kamer…:)

A prawda, jest taka…

Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć.
Nie wiem skąd to się we mnie bierze. Jakim cudem tak jest.

Zawsze, odkąd tylko zdołam sięgnąć pamięcią, tak było.
Czym gorzej się działo w życiu moim, czy moich bliskich, tym więcej siły i wiary we mnie.
A przyznam się, że o powiedzeniu: „co cię nie zabiję, to cię wzmocni” usłyszałam dość późno.
-Taka już jesteś: zwyczajna- niezwykła – mawiała moja babcia.
A może to wcale nie oznaka niezwykłości, tylko…

Za każdym razem, gdy wszystko się wali i nie widać perspektyw- pomyśl, że mogło być o wiele gorzej.
Gdy płaczesz, z bezsilności i niszczącego cię od środka bólu- pomyśl, że łzy oczyszczają duszę i sprawiają, że widzisz wyraźniej.
Kiedy odchodzi ktoś bliski i rozpacz rozrywa twoje serce na milion kawałków, pomyśl o tym, że gdziekolwiek teraz jest, może być mu lepiej. A w tym samym momencie, gdy jego życie zgasło- gdzieś rodzi się nowe, niosąc ludziom radość.
Kiedy nagle, ze zgrozą odkrywasz, że twoje konto jest puste, a w szufladzie piętrzą się niezapłacone rachunki, pomyśl, do kogo mógłbyś się zwrócić. Przecież po to mamy przyjaciół, znajomych żeby mieć się kogo poradzić, na kim wesprzeć.
To nic złego czasami po prostu poprosić.
Gdy wychodzisz z domu w pośpiechu, a po drodze łapie cię ulewa, nie złość się bez sensu, przez to nie przestanie padać. Pomyśl o tęczy i życiodajnym słońcu, które przecież, w końcu się pojawi.
Idąc ulicą, rozejrzyj się. Może ktoś zupełnie nieoczekiwanie potrzebuje drobnej pomocy. Pomyśl, że ciebie to nic nie kosztuje, a dobre uczynki wracają.
I uśmiechnij się na przekór wszystkiemu! Uwierz mi, to czasem potrafi zdziałać niesamowite rzeczy i dodać magicznej energii.

Wiem co pomyślą sceptycy- dziewczyno, łatwo ci mówić, to nie jest takie proste.
Nie, nie jest mi łatwo.
 I doskonale wiem, że od tego problemy, strach, ból nie znikną ot tak bezpowrotnie.
Wiem, może bardziej niż niektórzy, co znaczy żyć w ciągłym stresie.
Tylko… Jeśli coś nam nie zaszkodzi, a może pomóc jakkolwiek, choć na chwilę, to może warto czasem spróbować?

Życie jest pokręcone, nieprzewidywalne.
Raz słońce świeci tak, że aż ciężko otworzyć oczy.
Za chwilę, wieje  silny wiatr, zbierają się  ciemne chmury i  najmniejszy krok sprawia trudność.
I jak byśmy nie kombinowali, wszystko, w ogromnej mierze zależy od nas.

A prawda jest taka, że…
Ty też jesteś „zwyczajny- niezwykły”.
Nie wierzysz?
Spróbuj…

Niemożliwa Miłość…

- Tak wiem, mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają ale dziewczyno! Obudź się! Nie aż takie jak ty i on- usłyszała po raz kolejny już, od jednej ze swoich najbliższych koleżanek.
Sama ostatnio też  biła się z własnymi myślami.
On, z tym swoim poukładaniem, nieugiętymi zasadami, chłodnym podejściem do rzeczywistości. Potrzebuje chyba zupełnie innej kobiety.
Ona, targana wiąż skrajnymi emocjami, chyba w ogóle powinna żyć sama.

Wróciła myślami do ciężkich wydarzeń sprzed dwóch lat.
Przypominała sobie, jak się podnosiła po tym wszystkim.
Na nowo uczyła mówić, oddychać, uśmiechać się.
Kiedy pojawił się on?
Czasem miała wrażenie, że zawsze był, czekał jakby w ukryciu na odpowiedni moment.
Wysłuchiwał po kilka razy w tygodniu, jej godzinnych wywodów na temat tamtego, niełatwego czasu.
Myślała, że pewnie robi to, bo jakoś tam się znają i jest mu jej zwyczajnie szkoda.
Poza tym, jest też nienagannie wychowany, więc robi to z uprzejmości.
Mimo tych swoich przemyśleń, przekonana o tym, że on robi coś z litości, nadal utrzymywała z nim dość regularny kontakt.
I nagle pewnego dnia, z przerażeniem odkryła, że on nie robił tego z grzeczności.
On widzi w niej piękną, wartościową kobietę, coraz cieplej traktuje.
Doznała szoku.
Chciała uciec.
Broniła się jak umiała, przed uczuciem jakim zaczął ją darzyć.
 Odpychała od siebie jej własne, coraz to cieplejsze myśli o nim.
On jednak nic sobie z tego nie robił.
Pozwalał jej na te wybuchy histerii, ze stoickim spokojem dawał do zrozumienia, że poczeka ile będzie trzeba.
Nie naciskał, tylko cierpliwie stał gdzieś obok.
Przekonał ją do siebie. Oswoił.
Zaufali mu jej najbliżsi.

Mija trzynasty miesiąc ich bycia razem.
Ona, z głową w chmurach i stopami, w kolorowych trampkach, rzadko dotykającymi ziemi.
Nie potrafiąca żyć bez widoku gór i szumu rzeki. Ciągle otoczona ludźmi.
On, stonowany, konkretny, z zapisanym linijkami w notesie życiem.
 Lubiący swoje ogromne, wciąż gdzieś, nerwowo gnające miasto.
Ona, wiecznie coś pisząca. Na skrawkach papieru, w różnych, często dziwnych miejscach i sytuacjach. W ciągłym biegu.
Jej mieszkanie tętniące życiem, nigdy nie zamykają się w nim drzwi.
 Potrafi przetańczyć każdy ból i lęk.
On, codziennie rano, w koszuli i marynarce, udający się do swojego biura.
W cichym, małym mieszkaniu, najlepiej odpoczywa, gdy tłumy są daleko. Kiedy jest mu źle, zamyka się sam ze swoją książka.
Ona, tak ekspresyjna, że aż bezczelna.
On, tak taktowny, że za każdym razem pyta uprzednio sms-em czy może zadzwonić.
Jego chłód i zdystansowanie,  czasami ją  rani i odpycha.
Jej nadmierny optymizm, nadwrażliwość,  drażni go i wprawia w zakłopotanie.

Miliony razy, płacząc w poduszkę, układała w swojej głowie, jak powie mu, że to już koniec.
Żeby zabrał swoje rzeczy, odszedł. Miliony razy. W swojej głowie.
Żegnała się z nim, zamykała rozdział, zaczynała od nowa. Zaczynała na nowo, bez niego. W swoich myślach.

Dziś on, stoi z nią nad grobem, kogoś dla niej bardzo ważnego i trzyma jej dłoń.
Za chwilę razem pojadą do szpitala, odwiedzić jej syna.
Po powrocie do domu, zrobią kolacje, coś obejrzą.
On jak zawsze będzie blisko, by czuła się bezpieczna.
Teraz, gdy ona pisze, on wraz z jej córką, wspólnie uczą się matematyki.

Jak długo jeszcze zdołają być razem?
Może już zawsze, do końca wszystkiego?
Czy te 300 kilometrów różnic miedzy nimi, pozwoli im przetrwać?

Na piżamach jej córki jest obrazek.
Uśmiechnięty kaktus trzyma balonik.
Napis obwieszcza:
Impossible Love.

Czyżby…?