Miesięczne archiwum: Luty 2014

Przykro mi, znowu ci się nie udało…

Zasypiając wczoraj myślałam o tym, czym dziś mnie zmiażdży.
On, „uwielbiający” mnie wprost od blisko czternastu lat los.

Obudził mnie telefon ze szpitala- Przyjedź  mamo. Trochę się boję tych badań i wyników.
Wiesz wczoraj mówili coś o operacji, słyszałem niechcący- jego głos lekko drżał.
Ubieram czarne spodnie, czarny płaszcz, ciężką muzykę na uszy.
W mojej głowie milion poplątanych, mrocznych korytarzy,  w ich zakamarkach  czai się strach.
Wsiadam do autobusu, chowam głowę w ciemny kaptur, z trudem powstrzymuję łzy.
Budynek szpitala, winda, drzwi oddziału.
Głęboki wdech, jestem przy nim, trzymam za dłoń.
Badanie, nerwowe oczekiwanie, udawane uśmiechy, sztuczny luz.
Rozmowa z lekarzem, mroczki  przed oczami, próba uspokojenia oddechu.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję- uśmiecham się przytulając go mocno do siebie.

Wracam do domu, wyciągam z pokrowca gitarę, na której jeszcze dwa lata temu, dla mnie, grał mój mąż.
Dotykam opuszkami palców strun, przypomina mi się jak mówił.
Płaczem, użalaniem się, rozpaczą nic nie wskórasz.
Nie dość, że nie pomożesz nam, to jeszcze zniszczysz siebie.
Dziewczyno, masz twarz stworzoną do uśmiechu, nogi do biegania po łące.
Przecież ty żyjesz tą ciągłą walką i jesteś w tym najlepsza.
Jego słowa jakby echem odbijają się od czterech ścian.

Siedzę już na ławce, na nogach zielone trampki, bluza w motyle, słoneczniki w uszach.
Dzwonię do syna.
- Mamo, gdzie ty jesteś? Coś się stało?- słyszę.
- Nic synu, kaczki karmię. Kto wie, jak się dobrze przyczaję, to może nawet  jedną upoluję- odpowiadam.
Słyszę jego niczym nie wymuszony śmiech.
Lęk gdzieś prysł.
Słońce wyszło zza chmur.
Kaczki cwaniary podchodzą blisko, bo dobrze wiedzą, że nic im nie grozi.
W uszach rozbrzmiewa mi już tylko jego śmiech i słowa- Nas nic nie pokona mamo.

Przykro mi losie, tym razem ci się nie udało…

Znowu ci się nie udało…

„..jeśli go nie znałeś, to nie żałuj…”

W pokoju mojego syna, na półce, stoi niebieski model Fiata 126 p.
I mimo tego, że już dawno wyrósł z samochodzików, zabawek,  to autko ma swoje specjalne miejsce.
Jest jak relikwia, nie każdemu wolno go dotknąć.

Rabczańska „trójka” oddział dla ciężko, nieuleczalnie chorych.
Straszący złym stanem, szary, rozpadający się  budynek.
Wewnątrz, obdrapane ściany, wypadające z ram, nieszczelne okna, stare łóżka.
A na nich ONI.
Dzieci i młodzież z wyrokiem śmierci.
Uwięzieni  w swych salach, przykuci do nich  rurką z tlenem. Świat widzą tylko przez szybę.

Weszłam na stołówkę zabrać obiad dla syna, bo  sam nie był w stanie zejść żeby zjeść.
On siedział lekko skulony przy stole, bardzo drobny, z dziecięcą wręcz twarzą,  ubraną w okulary z bardzo grubymi szkłami.
Zapytał z uśmiechem, czy też jestem „muko” na leczeniu.
Zaprzeczyłam śmiejąc się,  i wyjaśniłam, że jestem mamą Johnego.
- Fajną ma mamę- wyczułam jakiś smutek w wypowiedzianym przez niego zdaniu.
Później zrozumiałam, skąd się wziął.

Przychodził w odwiedziny i za każdym razem porażał swoim optymizmem.
Zastanawiałam się nieraz, jakim cudem  w nim tyle wigoru, bo przecież widziałam jak wygląda.
Choroba wyniszczyła go do cna, był wychudzony, słaby. Kaszlał tak głośno i strasznie, że było słychać poza budynkiem. Co chwilę też jego płuca, a raczej to co z nich zostało, szarpały krwotoki.
Opowiadał przezabawne historie.
Był najbardziej upartym człowiekiem jakiego poznałam, bo choć wyniki mówiły co innego, on po prostu wstawał, udawał się  nami na długi spacer.
Ledwo miał siły przebierać nogami, widziałam to, a jednak szedł, jakby śmiejąc  się chorobie w twarz.
Rozmawiał z Johnym, słyszałam jak tłumaczył mu, żeby mnie szanował i każdego dnia dziękował losowi za to, że mnie ma.
Oswajał mojego syna z mukowiscydozą, udzielał rad.
Zawsze byłam mu za to wdzięczna, bo ja nigdy nie umiałabym zrobić tego w taki sposób. Nie jestem jedną z nich.

Siedzieliśmy wieczorem na ławce obok instytutu, sami.
Opowiedział mi wtedy o tym, jak był niechciany.
Najpierw w domu dziecka, następnie u sióstr zakonnych.
Wtedy zrozumiałam dlaczego wtedy, na stołówce…
Nie miał matki, nie miał nikogo bliskiego.
Był sam.

Kilka dni przed naszym powrotem, podarował Johnemu ten model Fiata i powiedział:
- Jak już mnie nie będzie, to puść go czasem po dywanie, wiesz żebym sobie pojeździł- wciąż się uśmiechał.
Wyjeżdżaliśmy do domu pod koniec czerwca, zszedł się pożegnać.
- Co ty mnie tak mocno ściskasz?- zapytałam.
- Wiesz tyle mojego, że pod pretekstem pożegnania mogę się w końcu do ciebie przykleić- odpowiedział i dodał:
- Dbajcie o siebie, będę was czasem odwiedzał w snach, bo my już się niestety nie zobaczymy.
Udawałam, że nie słyszę.

Pisaliśmy do siebie, dzwoniliśmy.
Był dobrym, mądrym przyjacielem.

Zabrała Go kilka miesięcy później, w deszczową, zimną noc.
Zdążył skończyć 20 lat i nauczyć mnie pokory.

Ku pamięci Kamila Olczaka – niesamowitego, zwykłego bohatera.

XIII Ogólnopolski Tydzień Mukowiscydozy
24.02.2014 – 02.03.2014

Samotność…

Sami się nierzadko na nią skazujemy.
Niedomówieniami.
Prawdą ukrytą głęboko w środku, żeby nie obciążać innych, bliskich.
Strachem przed brakiem zrozumienia.
Myśleniem, że skoro to mój problem, to niby dlaczego mówić o nim komukolwiek.

Otworzyła zmęczone oczy.
 Znowu tej nocy niewiele spała, a gdy już nad ranem przyszedł ten upragniony sen, był przerażającym  koszmarem.
Odruchowo chwyciła za telefon, odszukała jego imię. Chciała po prostu usłyszeć jak łagodnie do niej mówi, zapewnia, że jest, że sobie poradzą.
Nie zrobiła tego.
 Pomyślała, że pewnie śpi, nie chciała  go budzić. Będzie rozdrażniony, może nawet uzna, że ona znowu przesadza, że wyolbrzymia.
A może to jednak  ona za dużo myśli, może się myli, może powinna nacisnąć słuchawkę.
Zwinęła się w kłębek i uciekła myślami daleko stąd.
Poczuła zapach śliwek z sadu swoich dziadków.
 Znowu na moment, znalazła się w wybudowanym specjalnie dla niej domku na drzewie.
 Nawet przez chwilę wydawało się jej, że słyszy głos dziadka- Alicjo, gdzie ty się znowu ukryłaś? Popatrz co dla ciebie mam.
Czy przeszło jej wtedy choć raz przez myśl, że jej życie stanie się takie pogmatwane, ciężkie, niezrozumiałe?
Tak bardzo szybko musiała zejść z bajkowego domku, pośród gałęzi starej jabłoni, wprost  na twardą, często błotnistą ziemię.

Możesz być otoczony pięknymi, wartościowymi przedmiotami.
Wspaniałymi, naprawdę kochającymi cię ludźmi.
 Mieć cudowne, mądre dzieci.
 A nadal być cholernie samotnym.
Dlaczego?

Przychodzisz na świat sam.
 Siła twego krzyku określa twoje miejsce w szeregu.
 Rozpychasz się łokciami żeby wyjść i zobaczyć światło dzienne.
Niestety, nie pytany czy w ogóle tego chcesz.
I może ta niesiona później przez lata, nieświadoma pretensja w tobie samym sprawia, że choć nie do końca przytomnie, ale to ty sam odsuwasz się od innych.
 Jesteś samotnikiem, bo nie pchałeś się na ten świat.
 Ktoś za ciebie o tym zdecydował, nie wiesz kto, dlatego wolisz nie dzielić się sobą z nikim.

I mimo tego, że trzymasz kogoś za rękę podczas spaceru, zasypiasz wtulonym w czyjeś bicie serca to nadal jesteś tak  po prostu  sam…

Bezradność…

Zastanawiałeś się kiedyś, co jest naszym największym koszmarem, potworem wyżerającym nas od środka? Co sprawia największy, istniejący a nieopisywalny ból?

Dwa lata temu, dziesiątego lutego, koło północy, białe kafelki w naszym mieszkaniu pokryły się krwią.
Pamiętam jak przez mgłę, swój błagalny krzyk do dyspozytorki pogotowia. Swoją cichą prośbę o to, żeby walczył choć widziałam jak się dusi, jak robi się coraz bardziej siny, przestaje oddychać.
Pamiętam załogę karetki, lekarkę która oblana potem, godzinę przeprowadzała reanimację.
 Pamiętam cichy szloch naszych dzieci dobiegający zza ściany. Słowa, że wrócił, że zabierają go na oddział.
Dwa tygodnie walki, nadziei, modlitw o cud.
Pamiętam noc gdy mi się przyśnił, pożegnał się. Obudziłam się po tym śnie o trzeciej.
Jego kochane, kruche, dobre, zmęczone serce przestało bić o 2.45.
Pamiętam widok pustego, szpitalnego łóżka gdy pojechałam po rzeczy.
 Pamiętam przenikający chłód, dźwięk suwaka czarnego worka w kostnicy.
Pamiętam absurdalne pytania o rodzaj  klepsydry, o kolor trumny, o kwiaty.
Pamiętam jak musiałam odebrać córkę ze szkoły i powiedzieć jej, że taty już nie ma.
Pamiętam jak po pogrzebie zasypiałam przy włączonym koncentratorze tlenu,  którego zawsze w nocy używał, bo jego specyficzny szum zastępował mi Jego oddech.

Pamiętam…
Jego niesamowity uśmiech, nieprzeciętne, niepowtarzalne poczucie humoru.
Radość życia, miłość którą zarażał, dobro jakim wszystkich karmił.
Niewyobrażalną mądrość i dojrzałość, w wątłym ciele młodego mężczyzny.
Troskę z jaką zajmował się dziećmi. Odrabiał z nimi lekcje, denerwował wspólnie przed każdą, większą klasówką, wyrażał głośno swoją dumę po ich sukcesach lub umiejętnie pocieszał po porażkach.
Pamiętam jak łagodnie żegnał się z nami, zostawiał ostatnie wskazówki, przygotowywał na najgorsze, na nieuniknione.

Dziś mój syn leży na szpitalnym łóżku i walczy.
Ta sama choroba usiłuje go pokonać.
I słyszę- Boisz się mamo? Ja też się boję, tylko głupi by się nie bał.
 Nie martw się postaram się zrobić tak, żebyśmy zaliczyli  jeszcze kilka koncertów razem- czuję jak dotyka mojej dłoni.
Wychodzę na korytarz, mijają mnie chyba pielęgniarki, jacyś ludzie.
Chyba, bo prawie nie widzę, prawię nie słyszę, nie mogę oddychać.
Ześlizguję się po ścianie. Staram uspokoić, racjonalnie, trzeźwo, bez emocjonalnie myśleć.

Od 14 lat mieszka we mnie potwór nazywany bezsilnością.
Sprawdzanie każdej nocy czy jeszcze oddycha, walka ze szpitalami za każdym razem gdy przychodzi zaostrzenie, nieopisywalny strach gdy zaczyna się dusić, potoki wylanych łez gdy cierpi a ja nie umiem i nie mogę Mu pomóc.

Wracam na szpitalną salę, siadam obok Niego, trącam lekko i uśmiechając się mówię:
- A co ty mi tu stary o koncertach? Do zaliczenia, to ty masz biologie i fizykę o ile mnie pamięć nie myli- zaglądam mu w oczy z udawaną, poważną miną.
- Ludzie! Mamo ale jesteś! A miałem powiedzieć, że kapitalna z ciebie matka, taka jak ja to kiedyś napisałem? A już pamiętam- klimatyczna. A tu sru, czar prysł i masz, wylazła z ciebie typowa rodzicielka- uśmiecha się ostrożnie.
- No tak rozumiem.. Czyli już nie jestem fajna?- pytam mrużąc oczy.
- Jesteś najlepsza! A fajne to masz trampki- oboje wybuchamy śmiechem.

Jadę do domu autobusem…Sama…
Po to by przygotować pokój na Jego powrót.
Bo przecież, jeszcze tym razem wróci…

Ławka…

Ławki jakie są każdy wie.
Zielone, czerwone, obdrapane, świeżo odmalowane.
Z oparciem lub bez, koło bloku, obok domu, na działce, przy grobie, nad rzeką w parku.
Ławka zna wiele tajemnic. Wsiąkają w nią czasem ludzkie, gorzkie łzy. Przesiąka czyimś śmiechem, zapachem, troskami.
Tam zakochani wyznają sobie miłość wiosną lub rozstają się szarą, mokrą jesienią.
Czasem, pokrywają się wyrytymi w ich drewnianym ciele swoistymi tatuażami, zapiskami sfrustrowanego nastolatka czy samotnego przechodnia.
Gdy odchodzi od niej kolejny „krótki” mieszkaniec myśli o tym, jak długo znowu będzie sama…

Przycupnęłam nad Sanem, od tak po prostu, posiedzieć, pomyśleć, popatrzeć na  moją ukochaną rzekę której woda  potrafi fenomenalnie mnie wyciszyć.
Jak zawsze w tym miejscu przeleciał nade mną medyczny helikopter i też  jak zawsze wtedy,  pomyślałam- kochane chłopaki, znowu uratowali czyjeś życie.

Widziałam jak nadchodzi od drugiej strony rzeki.
Zawsze Go poznaję po tym jak się porusza. Lekko przygarbiony, z kapturem na głowie, jakby płynął oderwany od rzeczywistości.
Siada obok mnie, i jednocześnie odpalając papierosa pyta co słychać.
Lubię gdy mówi, choć jest oszczędny w słowa, waży każde zdanie, jest ostrożny. Na jego zmęczonej twarzy widać, że życie dało mu w kość, nauczyło go pokory i nieufności.
Znamy się jakiś czas, bardzo rzadko widujemy, nie często rozmawiamy. Nie musimy. Jesteśmy częściowo złożeni z tych samych atomów, nie potrzebne nam wspólne słowa żeby się zrozumieć.
On, mój nieco dziwny, charyzmatyczny przyjaciel.
 Ja, jego nieco postrzelona, zagubiona we wszechświecie przyjaciółka.
 I ławka która nas czasem słucha, a czasem milczy razem z nami.

Na” koleżance” obok jakaś para czule wyznawała sobie miłość. Kawałek dalej, na innej, przysiadł zmęczony starszy pan a obok jego pies.
Rzeka płynęła nie pytana gdzie ani po co, na niebo powoli zaczynała skradać się noc, wiatr też jakby układał się do snu.
Ławka została sama.

Nie pozwól na to by poczuła się samotna.
Nie zasługuje na to.
Może spacer?…

1497 kroków stąd…

Mam w szafie z butami niezliczoną ilość trampek.
Zakładam jedne z nich na nogi- oba takie same- bo zdarza mi się dwa różne w tym moim rozbieganiu. Wychodzę.
Słońce sprawia, że muszę lekko mrużyć oczy. Kapitalne uczucie.
Idę przed siebie, bo za  niespełna dwa tysiące kroków wyłoni się zza drzew pomarańczowa kamienica, która przez dzisiejsze słońce wygląda nieco jak dopiero co zerwana mandarynka niestandardowych wymiarów.
Mieszka tam…taka sama czarownica jak ja.
Jak się pojawiła?
Najprościej byłoby powiedzieć- poniekąd zgodnie z prawdą, że  przyleciała- ale…

U czarownicy z pomarańczowej kamienicy zadzwonił telefon.
Znajomy głos w słuchawce jak zawsze nie proszony trajkotał :
- Słuchaj! Bo już ręce mi  opadają przecież! U ciebie w mieście mieszka jedna z nas, tylko jakby przygaśnięta, jakby jej ktoś moce odebrał. Serce mi  pęka, bo pamiętam, że  była gorszą gadułą ode mnie.Wiesz wiecznie w biegu, ciągle jakieś psy karmiła, bezdomnych adoptować chciała, wszystkie dzieci z osiedla za nią wiecznie biegały, ganiała z latawcem nad Sanem jak tylko lekko zawiało, no wiesz coś jak my. Mąż jej odszedł, ma ciężko chore dziecko, no co ja ci mam tłumaczyć jakbyś życia nie znała. No pójdziesz tam czy ja muszę z Torunia przylecieć?!
Pomarańczowa ze śmiechem odpowiedziała, że pójdzie chociażby dlatego, że nie wierzy by istniała gorsza papla od dzwoniącej koleżanki. Spakowała kilka rzeczy, nałożyła czerwone trampki i ruszyła w drogę.

Pamiętam, że wpadła do mieszkania jak huragan. Stałam osłupiała w przedpokoju i patrzyłam na nią,  jak na nie do końca ziemskie stworzenie. Jasne, długie, rozwiane włosy, przyjemna twarz, uśmiech i dobre oczy.
Mimo to myślałam – No to się zacznie! Kolejna nawiedzona, której się wydaje, że wie jak mi pomóc i co mi jest! Będzie mi tu pieprzyć o nadziei, o optymizmie i innych takich  głupotach. Kobiecie złamanej, pogrążonej jeszcze w żałobie, tkwiącej pomiędzy  czwartym a piątym jej etapem, w sumie to  najczęściej wracającej  do pierwszego czyli zaprzeczenia. Mnie?!   Tej której dziecko sukcesywnie umiera każdego dnia i nie można tego zatrzymać?!  Tej która została sama z problemami finansowymi i innymi?!
 Dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że kiedy ja wylewałam do wnętrza siebie samej kolejne żale i wściekłość, ona już piła herbatę w moim pokoju i mówiła…Najgorsze było to, że mówiła  z sensem.
 Dobrze cholera, że nie słyszała co o niej myślę.

- Anika, ty pamiętasz tę dziewczynę, no wiesz ta fajna taka, co pisała o tych podróżach, no wiesz? No! Nią trzeba potrząsnąć bo ostatnio coś przywiędła.
- Spoko napisze do niej,pogadam. A  ty złaź z tego hamaka, bo koleżankę przywiędłą to widzisz ale to, że zaraz będziemy po pomidory do marketu latać to już nie.
- Nie marudź, ty na tej działce to i tak tylko te swoje słoneczniki zauważasz.  Zobacz lepiej,  jesień idzie, hamak się schowa i  jak żyć Pani Aniko? – słyszę jej tętniący życiem śmiech.
- Normalnie, trampki z nóg, sanki pod tyłek i…z górki- odpowiadam dławiąc się papryką.

Przyjaźń to niesamowite zjawisko. Kłócimy się, wkurzamy na siebie i nie odzywamy tydzień, mamy swoje niełatwe życia, zamykamy się same, każda osobno w swoich łazienkach pomiędzy umywalką a pralką, mamy masę innych, nie tylko wspólnych znajomych, kilometry różnic między nami, ale kiedy nadciąga burza to nie ma takiej siły która mogłaby nas powstrzymać.   Zawsze jesteśmy obok siebie.
Gdy się pojawiła wraz z nią przyszły inne. Nie, nie prawda, nie przyszły, zawsze były, byli, tylko ja wtedy tego nie widziałam.

Aśka, Kasia, Marta, Agata, Żaneta, Piotrek, Mati, Michał, Seba, Jagoda, Basia, Iwona, Marcin, Szymon, Kuba, Kaśka, Karolina, Beata, Paweł, Przemek  przepraszam ale mogłabym tak w nieskończoność na szczęście.

Jak już wspomniałam mam w domu niezliczoną ilość trampek.
 Jeśli kiedyś stanie się tak, że nie będziesz widział swego  odbicia w lustrze, ani słyszał własnego bicia serca, nie czuł, że jeszcze oddychasz, pożyczę ci jedną parę, wezmę za rękę i pójdziemy razem do pewnej kamienicy ….
To tylko 1497 kroków…

Zanim będzie za późno…

- O co ci znowu chodzi dziewczyno?! I co z tego, że powiedziałem o niej jaka jest ładna?! Ty też kiedyś byłaś, tylko teraz…Wiesz, daj mi spokój, zmęczony jestem, tyle godzin w pracy, raz mogłabyś to docenić, tylko zrzędzić potrafisz, jesteś beznadziejna, ucisz dzieciaki, w końcu to ty jesteś ich matką, znowu kurczak na obiad?, daj mi gazetę, poszłabyś gdzieś z dziećmi to choć chwilę spokoju by było, jak ty wyglądasz…

Ona znika choć nadal krząta się po kuchni, podaje mu jedzenie, milczy choć każda komórka w niej krzyczy, błaga o chwilę czegoś co nazywa się normalnością. 
Przecież się stara, wstaję o świcie, przygotowuje dzieci do szkoły a jemu kanapki do pracy, pamięta o wszystkim, jest matką, żoną, kochanką, sprzątaczka, kucharką, psychologiem.
Znika w łazience, siada cicho pomiędzy umywalką a pralką, dławi się łzami wsiąkającymi w czekające na nią pranie, czuje do siebie wstręt, nie czuje się już kobietą, zbiera rozsypane po kafelkach resztki własnych uczuć.
Wychodzi z łazienki, on już śpi przed telewizorem, ona znowu, jak zawsze, stąpając cichutko jest wszystkim czym ma być, on i tak już tego nie widzi.
- Mógłbyś o siebie bardziej zadbać, nawet dłonie masz wiecznie niedomyte, ty ciągle jesteś zmęczony, z dziećmi byś się pobawił, tylko się pracą zasłaniasz, czasem patrzeć już na ciebie nie mogę, tylko byś jadł i spał, kiedy ty u fryzjera jakiegoś byłeś?! wstyd się z tobą pokazać, widziałeś Marka?! jakie auto, jaki przystojny, jak ubrany, jaki mają dom, jacy są szczęśliwi, gdzie ja miałam oczy…
On siedzi w fotelu gdy to słyszy ale go tam nie ma, tyrał w pracy dziesięć godzin wciąż myśląc o tym, że w tym tygodniu zwolnili już sześć osób, myśli o dzieciach, o niej, o tym jak ich zawiedzie a przecież nie może, jest ojcem, mężem, kochankiem, budżetem, głową domu, fundamentem, obrońcą.
Czuje do siebie nienawiść, że nie umie o nich wystarczająco zadbać, że ona nie czuje się szczęśliwa choć kocha ją jak nikogo innego, że nie ma siły na zabawę z dziećmi, że ucieka mu ich dzieciństwo, nie ma go wtedy gdy być powinien.
Wstaje mimo zmęczenia, siada na dywanie, rozkłada klocki dla dzieci, nie czuje nic.
Zatrzymaj się.
Przypomnij sobie czas, gdy pierwszy raz zrozumiałaś, że bez niego nie istniejesz.
Pamiętasz jak była dla ciebie najpiękniejszym zjawiskiem na ziemi?
Jak płakaliście ze szczęścia gdy na świat przychodziły dzieci zrodzone z waszej przecież miłości.
 
On musi pracować, ty musisz zając się domem.
Powiedz jej czasami, że mimo upływu lat nadal jest piękna i niesamowita.
Mogłabyś czasem być z niego dumna tak po prostu.
Zauważ ile ona serca wkłada w te kanapki dla ciebie rano.
Powiedz mu, że czujesz się dzięki niemu bezpieczna.
Przestań już to czytać, wstań i idź do niej, do niego, po prostu usiądź obok, obejmij, wtul się.
Zanim kolejny raz nie zauważysz, że ta piękna dziewczyna z osiedla nie ma w sobie nic prócz przerażającej pustki i zimna, a Marek co weekend na delegacji chowa do kieszeni obrączkę.
 Zanim będzie za późno.
Jeszcze tu jesteś?…

Kim ONA jest?…

Mój mąż lubił mawiać, że gdy idę ulicą neony tracą swój blask.
Pewnie dlatego, gdy wracam wieczorami, blisko dwa lata po jego śmierci, latarnie obok których przechodzę czasem gasną.
Myślę, że on je gasi, żeby pokazać mi, że nadal jest i pewnie już zawsze będzie…

Mój ciężko, nieuleczalnie chory syn, podczas kolejnego pobytu w szpitalu, z posiniaczonymi, obolałymi od co chwilę wymienianych wenflonów rękoma, walczący o każdy, najmniejszy oddech, patrzący na to jak jego kolegów zabiera  ”zimna dama” , piszę mi sms – mamo, nie martw się! Jeszcze tym razem wrócę do domu, żeby doprowadzić Cię do granic rozpaczy i szewskiej pasji swoją zacną osobą:) …

Moja jedenastoletnia córka, po porannej kłótni, gdy wraca ze szkoły, je obiad i znika w swoim pokoju.
Wraca po godzinie, wręcza mi namalowany na płótnie słonecznik i słyszę: – jesteś wszystkim, przepraszam…

Mój obecny partner, gdy znowu wybucham z tylko mi znajomych powodów, odtrącam go, płacze, krzyczę miedzy wierszami, że chcę być sama, że to nie ma sensu, cierpliwie czeka.
Podchodzi w końcu, przytula mnie i mówi łagodnym tonem – jestem tu moja mała, przejdziemy to razem…

Mój młodszy brat, który jest dobrym człowiekiem, tylko trochę w życiu narozrabiał, trochę się pogubił, dzwoni w środku nocy podziękować mi za to ,że tak po prostu jestem, bo wie, że nigdy go nie zostawię…

Mój ojciec, który wiele w życiu przeszedł, do dziś dnia, mimo tego, że jestem już po trzydziestce, nazywa mnie dzieciną i zawsze w jakiś magiczny sposób potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji…

Mój najlepszy przyjaciel nigdy nie pozwolił mi zwątpić, a przyjaciółka potrafi przybiec w piżamie w środku nocy tylko po to,żeby ze mną milczeć…

Mój szef, choć sam nie ma lekko, bywa wkurzającym dupkiem który pozjadał wszystkie rozumy, wierzy we mnie i walczy o to bym nie rezygnowała z pisania…

Dzieci, partner, rodzeństwo, przyjaciele, bliscy którzy odeszli i są, tylko gdzieś tam, po drugiej stronie lustra…

Ktoś mówił, że gdy umieramy a lekarze walczą o nasze życie, widzimy obrazy, które były dla nas próbą, sprawdzały nas.
Ja myślałam o tym co mam najcenniejszego, o moich dzieciach.
Wówczas wróciłam i rozpoczęło się na nowo moje życie…

Nadal pytasz kim ONA jest?
Czym jest MIŁOŚĆ?…