” On mnie bił, upokarzał, zdradzał. A ja wciąż do niego lgnęłam, jak suka do psa. Rozumiesz? Ja do dziś nie…”

Domi, to piękna około trzydziestoletnia dziewczyna. Jej cholernie zgrabne ciało, pokrywają tatuaże. Obserwowałam gdy szła chodnikiem, oglądał się za nią prawie każdy facet. Wystarczyły mi też trzy zdania z jej ust, żeby wiedzieć że mam do czynienia z mądra, nie książkowo inteligentną kobietą  - Jakim więc pieprzonym cudem, siedziała tyle czasu z tym – uciszyłam własne myśli w połowie, stukając się w czoło. Przecież też kiedyś byłam taką Domi. 
- Nie jestem z nim już blisko rok, a nadal oglądam się za siebie. On mnie bił, upokarzał, zdradzał. A ja wciąż do niego lgnęłam, jak suka do psa. Rozumiesz? Ja do dziś nie. W domu rodzinnym mi się ewidentnie nie układało. Ciągle jakieś scysje z matką. Czasem mam wrażenie, że ta baba mnie nienawidzi. Ja jej zresztą też - Zaciąga się e papierosem i wypija spory łyk wody. Zawieszamy się obie. Ona pewnie oglądała w pamięci obrzydliwe kadry, które nigdy nie powinny się w jej życiu wydarzyć. Ja niechcący wróciłam pamięcią do sytuacji sprzed lat – Środek nocy, z dwójką dzieci w spacerówce, szukam otwartej apteki. Puste, zimne ulice. On kazał nam wypierdalać, bo płacz rozgorączkowanej, rocznej córki, nie dawał mu spać.

- Pojawił się nagle. Ja po kolejnej awanturze z matką, siedziałam w barze do którego przychodził. Już wcześniej zwróciłam na niego uwagę, wiem że on na mnie też. Był w moim typie, dobrze zbudowany, silny, też miał tatuaże które uwielbiam. Miał też dom, potrafił się zachować, miał klasę. To się tak szybko podziało, zamieszkałam u niego po miesiącu. Bardzo chciał, nalegał, był taki szczęśliwy gdy się zgodziłam. Przewiózł mi rzeczy, pomógł, pozwolił urządzić salon i sypialnie, po swojemu. Wiesz, szczęściara roku! Nie miałam nic i nagle, dostałam wszystko. I serio bardzo go kochałam i czułam, że on tez mnie kocha tak bardzo jak jeszcze nikogo przedtem. Było nam ze sobą obłędnie dobrze, w łóżku ogień. Kwiaty, podróżne, dobre restauracje i seks, po którym czujesz się jak pierdolona księżniczka. Wiem co myślisz – laska z patologii zachłysnęła się bogatym gościem i hajs jej w dupie poprzewracał. Chciała mieć wszystko za nic. Nie, on nie był bogaczem. Dom postawił, bo na to ciężko zapieprzał, często wyjeżdżał za granicę. Nie było go po dwa, trzy miesiące i wracał na trzytygodniowy urlop. Na początku non stop skype, smsy, tęsknota. Tak, widziałam że popija i jest potem dziwny. Wysyła natarczywe wiadomości, zazdrość granicząca z wulgaryzmem. Potem przepraszał a za chwilę robił to samo. Wiesz kiedy i za co mi pierwszy raz strzelił tak, że wpadłam między krzesła w jego salonie? Zjechał po dwóch miesiącach i zaraz na drugi dzień, czepił się o bzdurę. A ja wiesz jak zwykle, wysprzątane, nagotowane. Nawet upiekłam coś choć tego nienawidzę. Pracowałam też, co prawda głównie w domu bo projekty. Ale co ja ci tłumacze, też pewnie większość w domu piszesz. I on nagle do mnie, że syf. Pytam z gałami wielkimi jak hula hop, o co mu chodzi? Przecież tu jest jak w laboratorium. A o na to, co robiłam cały ten czas, bo raz nie odebrałam telefonu i podobno ktoś mnie w nocy z kimś widział. Zła, bo oskarżona bezpodstawnie, prycham że nie wyłażę stąd miesiącami, tylko to co muszę. On wtedy się zerwał, rozwalił drzewo ułożone koło kominka i przyłożył mi tak, że na chwilę straciłam kontakt z rzeczywistością. Poprawił po głowie, gdy usiłowałam się podnieść - We mnie tłucze się jedna myśl i nie wiem, jak ona ją odczytała. 
- Dlaczego nie odeszłam? A ty? Skąd wiem o tobie? Widzę jak reagujesz – Gasi mnie jednym zdaniem.
- Święciłam dzień, w którym wyjeżdżał. Wiedziałam, że będzie nawet kilkadziesiąt dni spokoju. Niestety podszytego strachem, bo wiedziałam też  co mnie czeka gdy wróci. Nawet gdybym się nie wiem jak starała, on już wracając z delegacji się na mnie buzował. Widziałam to od razu, gdy tylko przekroczył próg domu – Gdzie byłaś?! Z kim?! Łżesz suko, że nie wychodziłaś! Zajebie cię! I jego silna męska dłoń, zaciskała się na szyi, aż siniałam. Ona na moment zamknęła oczy i zacisnęła pięści. Ja znowu w stanie zawieszenia, jakby z góry widziałam scenę z przeszłości – Leże na podłodze w łazience. Z rozciętej wargi i rozbitego nosa sączy się krew. On kopie w brzuch. Mocno, za mocno. Byłam w trzecim miesiącu ciąży.
- Raz w życiu do kumpeli na noc poszłam. Sam mi pozwolił. I dzwoni nawalony po trzech godzinach. Wrzeszczy, przeklina, że mam wracać. Odpowiadam stanowczo, choć z dławiącym lękiem, że nie wracam dziś. On kończy rozmowę a po godzinie widzę z okna, jak jeździ. Tak, po alkoholu. Sprawdza, czy na pewno tu jestem. Miał obsesje. A ja go nawet w myślach nie zdradzałam. Rozumiesz? Ja go tak bardzo kochałam, myślałam że moje uczucie go wyleczy, zmieni na dobrego człowieka. Przestanie bić, krzyczeć, wyzywać. Tym się karmiłam. Złudzeniami i paniką przed samotnością. Wmawiałam to sobie, gdy skulona w kącie czekałam aż przestanie mnie szarpać, pluć na mnie, wyrywać włosy. Bo były momenty, w których płakałam ze szczęścia. Myślałam – to choroba, damy radę. Uspokoi się szybko gdy zobaczy, że rozumiem, że mimo wszystko trwam, że z całych sił wierzę w to, że przestane być szmatą a zacznę dziewczyną. Jego ukochaną - Czuje jak wbija mnie w fotel, zaczynam chcieć żeby skończyła, że już mam materiał żeby napisać. Bo ona kończąc swoją wypowiedź, nieświadomie sprawia, że znowu coś widzę. To z teraz. Mój psycholog, wieczorna sesja. On słucha, patrzy i mówi  - Pani największy problem, polega na jednej podstawowej rzeczy. I nie jest związany z chorobami, żałobą, innymi strasznym rzeczami. Gdy mówi Pani o byłym partnerze, ojcu waszych dzieci to cała się Pani napina, sztywnieje. Po 10 latach od rozwodu, ucieczki na drugi koniec świata, zabezpieczających was pism sadowych, zakazach, braku kontaktu i wiedzy na jego temat. Mimo tego wszystkiego, Pani nadal się go panicznie boi. 
- Wiesz zanim pójdę, bo raz że już późno a dwa, że to już chyba wszystko. Wybacz, jednak więcej nie dam rady. Chciałam ci tylko jeszcze powiedzieć, że teraz jestem sama. Tak, co chwile się ktoś pojawia. Ale gdy tylko dochodzi do deklaracji czy uczuć, to ja uciekam. Najlepiej mi samej ze sobą. Myślisz, że tak już będzie zawsze?  Ty chociaż po gnoju masz dzieci, już nigdy nie będziesz samotna. A ja? Miałam marzenie o dwójce, o ślubie. Przecież mieliśmy dom i ogród. Jestem jeszcze taka młoda, a jak cień. Ktoś, kto w zasadzie nie istnieje. Jakbym nie żyła, przestałam marzyć. O czymkolwiek. 
Podnosi się i wyciąga do mnie rękę. Jakoś tak przyciągam ją do siebie i obejmuje, widzę że tego potrzebowała. Przez moment jeszcze patrzy na mnie tak, jakby chciała powiedzieć – Wiesz co jest najsmutniejsze? Przez ten krótki moment teraz, minęło nas minimum dwadzieścia kobiet. Popatrz, bo wśród nich jest co najmniej kilka takich jak ja. Dziewczyn od miłości, która zabija.
Wracam przez park, odsłuchuje nagranie. Jej głos zabiera mnie w ostatnia dziś podróż. Sala sądowa, druga sprawa o rozwód. Sędzina pyta go, dlaczego mnie tak krzywdził, co mu zrobiłam. – Ja ją kochałem, nadal ją kocham. Pani tego nigdy nie zrozumie.

Ponad 900 tysięcy kobiet rocznie doświadcza przemocy. Większość z nich swój dramat trzyma za zamkniętymi drzwiami.  I mieszka z oprawcą. 

ty

Dzień Dziecka

Może nowy model telefonu? A może lepszy rower? Nie, lepiej wesołe miasteczko, duże lody i kolacja w dobrej knajpie. Może jednak nowszy laptop i jakaś gra do tego? A może…

- Gdy urodził się Pawełek szaleliśmy z radości. Taki wyczekany i kochany od pierwszej kreski na teście ciążowym. I życie jak w bajce przez prawie pięć lat. Gdy zemdlał pierwszy raz, był bardzo gorący lipiec więc myśleliśmy, że to przez upał i zmęczenie. Był taki żywy, wszędzie go pełno i ten śmiech, który do dziś odbija się echem od ścian. O tym, że to białaczka dowiedzieliśmy się niedługo po pierwszym zasłabnięciu. Naszym domem stała się onkologia. Badania, leczenie, szukanie dawcy. Jego ciałko znikało w oczach. Przestał się śmiać i chodzić. Patrzył w okno i pytał, kiedy znowu będzie mógł pograć w piłkę. Nie obiecywałam, zawsze jak mantrę powtarzałam, że już niedługo. Do jego łóżka inne dzieci z oddziału przywiązywały kolorowe balony. Po blisko dwóch latach walki spojrzał na nie i powiedział, żeby je odwiązać, bo  chce lecieć razem z nimi. I zasnął. Był słoneczny dzień, matki z dziećmi szły na lody i place zabaw. Ja wybierałam trumnę i kwiaty dla swojego synka. Minęły trzy lata. Jutro kolejny Dzień Dziecka. Znowu z mężem przyniesiemy na cmentarz kilka balonów i puścimy w niebo. Prezent dla Pawełka.

- To był wypadek, po prostu. Kierowca jechał za szybko, Marysia nie zdążyła uciec na pobocze. Wlókł ją za sobą jeszcze kilkanaście metrów. Lekarz w szpitalu obdarł nas z wszelkich złudzeń mówiąc, że jeśli nawet przeżyje wszystkie skomplikowane operacje już nigdy nie będzie chodziła. Od czterech lat przykuta do wózka, w rękach też ma niedowład. Mało mówi, a jeśli już to niemo przez łzy. Łzy pretensji o to, że ją ratowaliśmy. Ma 17 lat, koledzy szaleją na imprezach, zakochują się, realizują swoje pasje i marzenia. Wiesz jak to jest gdy pytasz swoje dziecko co by chciało na Dzień Dziecka i słyszysz, że umrzeć? Nie wiesz. Zamykasz się w pokoju i gryziesz palce do krwi albo wsiadasz w auto, jedziesz  i wysiadasz w szczerym polu. Krzyczysz do Boga, w którego przestajesz wierzyć. A potem wracasz i udajesz, że jesteś silna i wszystko zniesiesz. Nawet widok mokrych oczu twojej córki, która nienawidzi cię za to, że pozwoliłaś jej żyć.

- Dzieci powinny mieć swój dzień codziennie. Nie wiem kto wymyśla te bzdurne święta. Tylko tego jednego dnia mamy je bardziej kochać, więcej przytulać i mówić jak bardzo są ważne? Kupować bezwartościowe przedmioty? Po co? Są ważniejsze rzeczy. Mój syn czeka na czyjąś śmierć, po to żeby sam mógł swobodnie oddychać. Taki prezent na Dzień Dziecka. Od roku jest przykuty do rurek z tlenem. Jego jedyna trasa to pokój, łazienka, kuchnia. Na tyle starcza długość kabla koncentratora. Są jeszcze wycieczki karetką na sygnale do szpitala, gdy dławi się krwią podczas kolejnego ataku. I nowi znajomi z oddziałów, nie na długo bo zazwyczaj i tak w końcu wywożeni w czarnym worku. Mówi, że ja jestem jego najlepszym prezentem. Mówi, że beze mnie już dawno by się poddał. Dobrze, że nie zna prawdy. Bolesnej prawdy o bezsilności, która sprawia, że jestem cieniem samej siebie. Bo gdy na twoich oczach odchodzi to co masz najcenniejszego i nic nie możesz zrobić, nie myślisz o prezentach w durne święto. Tylko o tym, komu sprzedać duszę żeby go uratować.

- Mam dwoje pięknych, zdrowych dzieci. Jak co roku zjemy obiad na mieście, każde z nich zamówi to, na co ma ochotę. Wieczorem kino i ogromny deser zamiast kolacji. Taki wiesz zwykły – niezwykły dzień. A gdy zasną, znowu opowiem im o ich braciszku lub siostrzyczce, która mogła być teraz z nami. Tylko zły los zechciał inaczej i zabrał po trzech miesiącach noszenia pod moim sercem. Zawsze tego dnia kupuje o jednego ptysia więcej, z myślą o moim trzecim dziecku. Wiesz, ludzie gonią nie wiadomo za czym i zapominają, że miłość trzeba pielęgnować każdego dnia, że dzieciom trzeba mówić często kocham cię. Nie tylko 1 czerwca. Bo to cholerne życie jest takie nieprzewidywalne a dzieci, to największe dobro jakie może nas w nim spotkać.

W moim domu nie obchodzimy Dnia Dziecka. Moje dzieci nie odróżniłyby go od pozostałych. Bo każdy dzień jest ich świętem.  Bezwarunkowa miłość, poczucie bezpieczeństwa, ciepło i zaufanie. Spróbuj, na takie prezenty stać każdego.

pil

Moja mama jest katem.

Mariusz ma pogodną twarz i łagodne oczy. Z dumą pokazuje mi zdjęcie swoich córek, opowiada o tym jakie są zdolne, że w klasie sportowej nie ma lepszych zawodniczek, że ich uśmiech przegania wszelkie ciemne chmury. Po chwili jednak zamyśla się i jakby trochę do siebie mówi, że był czas gdy przeraziła go wiadomość o ich przyjściu na świat. – Nie chciałem ich, ze strachu ich nie chciałem. Myślałem, że nie dam rady ich pokochać, nie dam rady być dobrym ojcem. Wiele lat leczyłem depresje, miałem ataki agresji, popijałem. Obawiałem się tego, że któregoś dnia ja też wezmę do ręki pas, bo nie wytrzymam ich głośnego płaczu. Sam przecież za to obrywałem. Teraz mam blisko 30 lat, dwoje pięknych dzieci i nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, żeby podnieść głos na któreś z nich. Uderzyć? Coś ci pokaże – podniósł lekko koszulkę i zobaczyłam blizny, całą masę blizn. – Stare ale za każdym razem przypominają mi o tym, przez co przeszedłem. Jakie piekło zafundowali mi moi rodzice. Pamiętam każdy pas, każdą listwę, każdą pięść. I ten strach, strach przed powrotem do domu, strach który jest gorszy od fizycznego bólu. Nie usłyszysz, że rodzice pili a w domu była melina. Matka była urzędniczką, ojciec nauczycielem w-fu. – Z szuflady wyciąga zdjęcie, kilkunastoletni smutny chłopiec i uśmiechnięta kobieta. – To ja i mój kat. Tak, to ona biła. Ojciec udawał, że nie widzi, wolał się nie wtrącać, chyba sam się jej bał. Nie wiem które z nich było gorsze. Ona, która prała mnie nawet wtedy gdy na to nie zasłużyłem, czy on, który na to wszystko pozwalał. Wracała z pracy niezadowolona, poplamiła ulubioną sukienkę, sąsiadka ją zdenerwowała, ubrudziłem niechcący buty, zgarbiłem się przy stole – każdy powód był dobry, żeby wpadła w furie i zaczynała bić. Umiejętnie, tak żeby siniaków nie było na twarzy czy rękach, żeby nikt się nie zorientował. Czasem się zastanawiałem po co mnie urodziła, chyba tylko po to żeby mieć na kim wyładować swoje frustracje. Nigdy mnie nie przytuliła i nie powiedziała, że kocha. Przy ludziach, rodzinie czasem jej się zdarzały przypływy uczuć, takie pokazówki. Moja ciotka, siostra taty odkryła przypadkiem to, co się dzieje w domu, miałem wtedy 16 lat. Pamiętam tylko, że spakowała kilka moich rzeczy i zagroziła matce, że jeśli się sprzeciwi, jeśli będzie robiła problemy, wsadzi ją do więzienia, wszystko się wyda. Wyjechaliśmy do innego miasta, inna szkoła, inne życie. Moczyłem się w nocy, chowałem pod stół za każdym razem, gdy ktoś pukał do drzwi, bałem się że to ona po mnie wróciła. Ciocia była dobra, cierpliwa, mądra i łagodna. Dzięki niej skończyłem szkołę, zdałem maturę, potem studia. Założyłem własną rodzinę i to ciotkę nazywam mamą. Z ojcem widziałem się raz w ubiegłym roku, choć wcześniej próbował się ze mną skontaktować. Pojechałem tam bo wiedziałem, że umiera. Nowotwór go wykończył. Pytał tylko, czy mu kiedyś wybaczę. Gdy wracałem do domu, ona wyszła na ulicę i zatrzymała moje auto. Pytała o swoje wnuczki, chciała chociaż zdjęć. Odpowiedziałem jej, że moje córki mają babcie i żadnej innej, nigdy mieć nie będą. – Wybaczysz kiedyś ojcu? – Już wybaczyłem, przecież on tez był jej ofiarą.

Z Kamilem umawia mnie nasz wspólny znajomy. Wiem, że niedawno opuścił zakład karny i że bardzo chcę pogadać. Trzęsą mu się ręce, zza koszuli na szyję wychodzi skrawek tatuażu. Zauważa, że mu się przyglądam. – To imię mojego dzieciaka, zrobił mi kumpel z celi. Usiądź opowiem ci jak to jest, gdy własny ojciec łamie na twoich plecach gruby kij, a matka która stoi obok krzyczy, żeby wziął taką skórzaną linkę i poprawił po nogach, żebym więcej bez pytania nigdzie nie poszedł. Byłem ja i dwie siostry. Jak tak sobie to wszystko przypominam, to matka na początku nie chlała tak jak ojciec. A jak nie piła to i nas tak nie napieprzała. Ale ojciec zawsze taki był, czy trzeźwy czy nie, bez różnicy. Tylko jak te babki z Mops’u przychodziły czasami, to wtedy trzeźwiał, golił się, czyste ubranie zakładał i nawet na te godzinę przeklinać przestawał. Oczywiście wcześniej oboje nas straszyli, że jak piśniemy choć słowo, to nas zabiją. Gdybym wtedy wiedział do czego to doprowadzi, gdybym wtedy nie bał się powiedzieć. Najgorzej się zrobiło jak matka zaczęła płynąć razem z nim i z pracy ją wywalili. W domu nie było co jeść, ciągłe krzyki, nawet w nocy nie szło spać. Na kacu bili z wściekłości a po pijaku, dla zabawy. Tak, ich to bawiło, matka podjudzała i śmiała się z młodszej siostry, że leje w majtki z bólu. Aż ten dzień przyszedł. Ojciec kumpli przyprowadził, pili do nocy. Jeden zaczął się do Oli dobierać, krzyczałem, szarpałem się z nim. Matka wpadła, mnie zaczęła okładać, zrobiło się takie zamieszanie. Nikt nawet na początku nie zauważył, że Olka z tego okna wyskoczyła. Miała 12 lat. – Zastygam i chyba już nie chcę słuchać reszty. – Jego zamknęli, mnie i małą  siostrzyczkę jeszcze, dali do bidula. Matka zawiasy miała, z tego co wiem pije dalej. Wiesz co jest najgorsze? Mam syna, jest w rodzinie zastępczej. Dlaczego? Bo lałem go tak samo, jak mnie kiedyś bił mój stary. Dlatego dopiero co wyszedłem zza krat. – Patrzy chwilę przed siebie i kończy – Niektórzy, w ogóle nie powinni mieć dzieci.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wynika, że ponad połowa Polaków aprobuje bicie dzieci w postaci tzw. „klapsów”, a 26 proc. uznaje bicie za właściwą metodę wychowawczą. W naszym kraju występuje społeczna aprobata przemocy w wychowaniu. (źródło – Familie.pl).

Kamila też była bita. Regularnie przez kilkanaście lat obrywała za wszystko. Uciekła z domu, gdy miała 17 lat. Mieszkała na melinach, zarabiała na ulicy. Gdy okazało się, że zaszła w ciąże nie wytrzymała. Wiszącą w toalecie Dworca Centralnego, znalazł ją znajomy. Miała przy sobie list – Nie chcę być taką matką, jaką była moja.

Pomyśl o Kamili za każdym razem, gdy zechcesz podnieść rękę na własne dziecko.

law

 

 

 

 

Powiedz im, że narkotyki zabijają nie tylko tego, kto je bierze.

Poznałam go kiedyś na jednym ze spotkań, dla rodzin uzależnionych. Poszłam tam z przyjaciółką, której mąż zaćpał się na śmierć. Zwyczajnie podał mi kubek z wodą, zamieniliśmy kilka zdań. Dałam mu adres swojego bloga i kontakt mailowy. Odezwał się po dwóch miesiącach. Bez ogródek napisał, że zgadza się na rozmowę. – Już od dawna o tym myślałem. O tym, żeby może trochę siebie oczyścić ale też przestrzec innych. Tylko tak sobie myślę, że narkoman w ciągu nie czyta blogów czy gazet. Wiem, bo sam byłem po tamtej stronie. Ale staram się wierzyć, że dobrze robię, że to potrzebne. Jeśli pozwolisz, będę mówił sam, po swojemu, chaotycznie.

Zgadzam się. Milcząc lekkim uśmiechem, włączam dyktafon, dolewam nam herbaty. I znowu zaczynam się bać. Bać tego, co za chwilę usłyszę.

- Dom miałem nijaki. Ani dobry ani szczególnie zły. Ojciec sporo popijał, nie bił, nie krzywdził fizycznie ale pił i prawie nie pracował. Jak umarł, mama została ze swoją skromną rentą. Bieda, nie będę ściemniał. Mieszkanie, opłaty i ja. Ten, który powinien stanąć na wysokości zadania, wesprzeć, akurat zacząłem poznawać tajniki amfetaminy. Tak, od razu z grubej rury i w sporych ilościach. Miałem 21 lat i mieszkałem w miejscu, którego najciemniejsze i omijane zakamarki, zaczęły mnie wciągać. Mama płakała, prosiła. Nie pracowałem a kasa była potrzebna. Udawało się kraść różne rzeczy, w różnych miejscach. A jak się nie udawało, to wynosiłem z domu co popadło. A wiele tego nie było. Po amfetaminie zacząłem szukać i błądzić. Haszysz, tabsy, różne leki, kwasy wszelakiej maści, grzyby. Rozumiesz, wszystko. I w końcu po latach wędrówki znalazłem ją, królową życia. Heroinę. Czułem przed nią jakiś wewnętrzny lęk, jednocześnie z palącym pragnieniem i fascynacją. Pierwszy raz? Wcale nie był taki piękny jak myślałem. Sporo po tym chorowałem ale mimo to, nie mogłem przestać o niej myśleć. Wróciłem, walnąłem kolejny raz i zacząłem płynąć. Płynąć tak, jak jeszcze nigdy.

Nie wiem kim teraz jestem. Staram się być po prostu człowiekiem, tylko wiesz to cholernie trudne. I nie chodzi mi o ludzi, że gadają tylko o mnie samego. Wspomnienia, to co z sobą robiłem. Brzydziłabyś się podać mi rękę. Z domu wyniosłem się sam. Czułem, resztkami człowieczeństwa, że albo się wyniosę albo ją zabiję, własną mamę. Wiesz, okradałem ją tak, że nie miała co jeść, wpadła w długi. Bywałem agresywny, kilka razy uderzyłem, raz dusiłem. Po prostu odszedłem licząc na to, że ktoś jej pomoże. To dobry człowiek był. Skromna, pracowita, nigdy się nikomu na życie i na mnie nie skarżyła. Kochała mnie, zawsze to czułem i wiedziałem. Nawet narkotyki nigdy nie zabiły do końca, tej pewności we mnie. Mieszkałem chwilę u znajomych takich jak ja. Niedługo, bo kłótnie o hajs, podkradanie dragów. W takim środowisku słowo wsparcie nie funkcjonuje. Narkoman to egoista. Wszystko odda za ćpanie. Matkę, dzieci, żonę i własną duszę. Trafiłem dosłownie pod most. Później dworce, klatki schodowe, ulica, altanki. I ciągły brak kasy. I jeszcze gorszy, niekończący się głód. Głód, który sprawia, że przestajesz być człowiekiem. Przestajesz siebie szanować, zrobisz co ci karzą. Dajesz dupy starym, napalonym, bogatym prezesom. Tak dobrze słyszysz, kilka razy to zrobiłem. Byłem męską dziwką za dragi. Byleby się naćpać, odlecieć. Nie musieć być tu, w tym cholernie trudnym świecie, do którego nigdy nie pasowałem.

I to obrzydliwe uczucie, gdy czasem wracasz na chwilę do świata żywych i uświadamiasz sobie, co zrobiłeś ze swoim życiem, ciałem. Na nieszczęście, chwilowe i zbyt słabe, by wyrwać z objęć nałogu. Te myśli, ta gorzka prawda pcha cię w ten nałóg właśnie jeszcze bardziej. I znowu masz argumentacje dla ćpania. Pytanie, po co to robię, skoro to przynosi tylko ból, straty, śmierć. To jest jak wolność. Złudna ale na tyle piękna, że jej ufasz. Chociaż na moment odrywasz się od tego co cię gnębi i przytłacza. I czym więcej tych problemów dochodzi tym bardziej i częściej chcesz, by zniknęły. Bierzesz, odrywasz się od ziemi, zostawiając na dole to, co ci przeszkadza. I płyniesz. Lecą dni, miesiące, lata. Coraz częściej bywasz na pogrzebach swoich kumpli. Upadasz coraz niżej. Znajomi odwracają się od ciebie z odrazą i lękiem, rodzina nie chce cie znać. Jesteś brudny, zawszawiony, skończony. I wtedy przychodzi ta myśl, która pojawia się prędzej czy później. Skończyć z tym, z sobą.

Dlaczego więc nadal tu jestem, od ponad roku czysty? Otworzyłem oczy, nade mną grupka ludzi. Orientowałem się powoli, że leże gdzieś w parku. I nagle widzę oczy mojej matki, ktoś po nią zadzwonił. A ja wiesz, obsikany, obsrany. Napisz to tak, jak mówię. Napisz im, jak wygląda człowiek, którego pokonał nałóg. Trafiłem na jakiś oddział, z którego oczywiście uciekłem. Sporo fantów jednak udało mi się jeszcze po drodze, zwyczajnie zapieprzyć. Sprzedałem to dość szybko i trafiłem na jedną z najgorszych melin w mieście. Towar był tam tańszy i zawsze, ale często zanieczyszczony. Tylko mi przecież  było wszystko jedno. I nagle, między tymi wszystkimi ćpunami, widzę jego. Syna mojej siostry. Przestaję oddychać, nie wiem co się ze mną dzieje. W głowie przeraźliwy krzyk, że on nie ma nawet osiemnastu lat,  w takim miejscu, zaćpany do granic możliwości. I słowa siostry, którą przypadkiem spotkałem jakieś pół roku temu, że mnie nienawidzi. I nigdy nie wybaczy. Gówniarz zapatrzył się we mnie, zachłysnął tym ścierwem. Nie, to nie będzie ckliwa historia o tym, jaki to wywołało wstrząs i sprawiło natychmiastową odmianę. Ćpałem tak dużo, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. W końcu któraś wpadka, wyrok. Więźniowie, odwyk, inny świat. Inni ludzie choć też po ciężkiej drodze. Też jak ja, odtrąceni przez życie. Choć z innych przyczyn. Było tam kilku takich, którzy zabijanie i gwałt, porównywali do narkotyków i nałogu. Myślisz, że to możliwe? Aż takie okrucieństwo? Tylko z drugiej strony, czym ja się różnie od tych zwyrodnialców? Powiedz im, napisz, że narkotyki zabijają nie tylko tych, co je biorą!

Teraz jestem ponad rok czysty. Przećpałem dużo lat swojego życia.Bardzo dużo. Tu, w tym ośrodku, staram się trochę pomóc. Opowiadam o tym, przez co przeszedłem. Ale to nie będzie historia z happy endem. Mój siostrzeniec nadal bierze a z pewnych źródeł wiemy, że zaraził się HIV. I jest też coś, czego nigdy sobie nie wybaczę. I jakbym się nie starał, nie jestem już w stanie tego naprawić. Chciałbym przeprosić moją mamę. Za wszystko. – Dlaczego tego nie zrobisz?. – Jakiś czas temu, przyszła do mnie siostra. Długo rozmawialiśmy, trudne to było, bolesne. Gdy wychodziła, powiedziała, że mama zmarła zaraz po tym, jak mnie w tym parku znaleźli. Serce nie wytrzymało. Myślisz, że ona jeszcze przyjdzie? Moja siostra? Myślisz, ze wróci?

Wierzę, że tak.

43

Zawód? Prostytutka.

Za życiem większości, czai się dramat.
Idąc ulicą i mijając kolejne osoby, nie zdajemy sobie sprawy z tego jak często wydaje nam się, że kogoś znamy.
Pan Jakub, właściciel kilku hoteli, sieci sklepów odzieżowych i dwóch marketów. Życzliwy, uśmiechnięty. Duży dom, basen i cztery samochody. A za ścianą dramat. Córka, podłączona do respiratora.
Pani Basia z warzywniaka. Zawsze uśmiechnięta i z dobrą radą dla innych. Ta wydawałoby się pełna radości kobieta, boi się wracać do własnego mieszkania. Już na klatce schodowej, jej twarz nabiera szarego odcienia. Oczy zapadają się i nie jest już tą uśmiechniętą panią z osiedlowego sklepiku. Bo tam, pod czwórką wraz z nią mieszka mąż. Mąż, który jest katem.                           Pan Stanisław – cichy, uroczy, starszy mężczyzna. Pilnuje aut na parkingu. Spokojny, inteligentny, miły. Jest samotny, bo jego żona zmarła zaraz po tym, jak ich syna zamknięto w więzieniu. Zgwałcił i zabił własną siostrę.

I ona. Pani Jola, mama Kasi.
Kasia ma 10 lat, dobrze się uczy, nie sprawia kłopotów. Ma lekkie upośledzenie umysłowe, porażenie kończyn, wadę wymowy, kłopoty ze wzrokiem. Jej mama stara się jak potrafi, choć samej ciężko. Ojciec dziecka dawno temu, wyjechał za granicę pracować i przepadł. Jola ma zadłużone mieszkanie, spłatę wcześniej zaciągniętych kredytów, rachunki i córkę na utrzymaniu. Szukała pracy bardzo długo i bezskutecznie .Zły los sprawił, że późnym wieczorem gdy Kasia już śpi, jej mama ubiera wyzywającą bieliznę, lakierowane kozaki a na zmęczoną twarz nakłada ostry makijaż. Peruką zmienia kolor włosów.
Staje się Samantą, która obdarta z resztek godności sprzedaje swoje własne ciało i resztki duszy, jak sama o tym mówi.  – Wiesz, wszędzie chodziłam, pisałam podania. Mój błąd, wiem bo nie mam wykształcenia. W domu było byle jak, nie że alkoholizm czy przemoc, nic z tych rzeczy. Po prostu rodzice byli jakby nieporadni. Ciągle jakiś Mops u nas bywał, bo brudno a ja i rodzeństwo zaniedbani. Ojciec dorywczo pracował, mama szyła w domu i ten ciągły bajzel, rozumiesz? Nie rozumiesz – zaciąga się dymem z papierosa.                                                                                      Sama mnie zagadnęła na pewnym forum, gdy szukałam materiałów do tekstu. Była zupełnie inna, niż poprzedniczki z którymi rozmawiałam. Wszystkie one bardzo skrzywione przez życie, poranione, z pękniętymi duszami ale Jola jakoś inaczej. Intensywniej.                                                 – Skończyłam szkołę podstawową i dwie klasy zawodówki. Darka poznałam na dyskotece, zwyczajnie. Piwo, taniec, jakaś rozmowa. Naturalnie, samo wyszło, że zaczęliśmy się spotykać. Bez romantyzmu, bez wzlotów. On po budowlance i w tym robił. Wynajęliśmy mieszkanie i Kasia się urodziła. Ja głównie w domu z nią, bo od razu jakaś inna była. Więcej uwagi wymagała, okazało się że trochę chora. Tak mówię trochę, bo zdaję sobie sprawę z tego jakie straszne tragedie po dzieciach chodzą. A moja księżniczka jest tylko trochę bardziej wrażliwa, nieporadna. Potrzebuje mnie. A ja jej. Jak powietrza – zawiesza się na chwilę. No i zadzwonił jakiś kolega, że praca w Danii, że zarobki duże. Darek powiedział, że na mieszkanie zarobi i wróci. Nie wrócił. Wiem, nieważne skąd, po prostu wiem, że kogoś tam ma, nas już nie chce. Alimenty płaci państwo, bo jego adresu nie można ustalić czy jakoś tak. Niewiele tego. A jeszcze jak tu był, to wiesz życie, więc pożyczki się brało, kredyt. Leki małej, rehabilitacja, od lekarza do lekarza, to kosztowało a pensja jedna była. Darek lubił wypić, nie bił nie awanturował się ale na to musiało być zawsze. A nie zawsze było, rozumiesz. Ponad rok zapomóg i zasiłków pomocowych, kurs w urzędzie pracy. Nawet chwile dwie roboty miałam ale wiesz jak teraz zatrudniają? Tyle ile ZUS zwraca za pracownika, potem następny. A może to mój pech po prostu, brak wiedzy, moja wina?.

Pytam, czy na pewno chce o tym opowiedzieć. – Chcę, nie żeby się wybielić czy wytłumaczyć. Chcę żebyś napisała, że większość z nas, tych które stoją przy drodze czy innym miejscu, nie zawsze robią to z chęci zysku, wyrachowania, własnego wyboru. Ja wciąż szukam innych rozwiązań, uwierz mi ale teraz moim zawodem jest prostytucja. Ktoś powie, że tak co druga z nas mówi, ale ja serio stoję tam dla Kasi. Nie chcę żeby odstawała od innych dzieci, bo buty podarte lub ubrania poniszczone. Bo na wycieczkę z klasą nas nie stać, na porządne biurko do nauki, na leki .Nie mogę! To moja córka, zasługuje na wszystko co najlepsze. Nawet takim kosztem. Pewnie, że cholernie się boję za każdym razem gdy wychodzę, że ją osierocę. Tak, bo nigdy nie wiesz na kogo trafisz. Raz oberwałam, dość poważnie. Nawet tego nie zgłosiłam, bo gdzie? Co im powiem, że jestem dziwką? Zabiorą mi Kasie a to dla mnie to samo, co śmierć. Za tydzień mam rozmowę w takim sklepie, szukają sprzątaczki. Gdyby się udało, nie musiałabym już więcej. Wiesz jak to jest, gdy obcy faceci robią z tobą co chcą, traktują gorzej niż rzecz a na koniec płacą. Wracasz do domu i przez dwie godziny, nie możesz zmyć z siebie ich smrodu. Nie możesz pozbyć się zabijającego cię od środka poczucia wstydu, gdy jesz z córką śniadanie. Albo gdy słyszysz, jak pyta co ma napisać, bo w pracy domowej jest zadanie dotyczące zajęcia rodziców. Wiesz co ja czuje, gdy muszę wyjść do sklepu, do urzędu, do szkoły. A jeśli któryś z nich mnie rozpozna i komuś powie, bo nie będzie zależało mu na własnej reputacji?. Tak to koszmar, który sama sobie zgotowałam. Chociaż, czy to tylko moja wina?

Tak łatwo nam oceniać. Po marce odzieży, modelu auta, wielkości domu. Po ilości wpływowych znajomych, urodzie, wykształceniu. Po charakterze, wykonywanym zawodzie, kolorze skóry. Dlaczego po prostu nie przyjdzie nam do głowy, że nie zawsze mamy wpływ na to, co się w okół nas dzieje. Dlaczego nie pomyślimy, że jesteśmy tylko ludźmi więc popełniamy błędy, zbaczamy z drogi w niebezpieczne rewiry, upadamy. Dlaczego nie chcemy zrozumieć, że życie pisze podłe scenariusze i nie zawsze potrafimy od razu znaleźć do niego odpowiednią korektę.

Dziś Dzień Kobiet. Pomyślałam o mojej walczącej z chorobą mamie. O Iwonie, która nie śpi już od bardzo dawna, bo modli się o życie swojego syna. Pomyślałam o ciężko chorej Ewelinie, której czas gaśnie. O Joli, która dla swojej córeczki jest w stanie zrobić wszystko, nawet się sprzedać. O Marioli, która pracuje ponad siły, zajmuje się domem i uczy po nocach. O bitej przez męża Barbarze. O kwiaciarce staruszce, która mokła dziś na rogu kamienicy. O mojej przyjaciółce,którą ktoś skrzywdził, bo chciała wierzyć, że może być ważna. I pomyślałam, czy to jednodniowe święto, nie jest smutnym żartem.

te

02.45

O 2.45 przychodzi najgłębszy sen. O 2.45 przygarniasz do siebie kogoś, kto śpi obok. O 2.45 wstajesz i z troską poprawiasz pościel, w łóżeczku swojego dziecka. O 2.45 wchodzisz do kuchni i wypijasz łyk wody. O 2.45 śnisz przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. O 2.45 wybudzasz się na moment i znowu zapadasz, ciesząc się, że przed tobą jeszcze kilka godzin odpoczynku. O 2.45 słyszysz, jak sąsiedzi wracają do domu, ze spotkania z przyjaciółmi. O 2.45.

O 2.45 śnisz, że siedzisz z Nim przy stole i pytasz. Zadajesz miliony pytań, na które dostajesz tylko jedną odpowiedź. O 2.45 kończy się to, co ledwie się zaczęło. O 2.45 ciszę rozmywa krzyk. Krzyk, w którym jest wszystko. Miłość, rozpacz, gniew i ból. O 2.45 zmęczona kilkunastogodzinnym brakiem snu, otwierasz oczy i wiesz. Czujesz to, każda swoją cząstką. O 2.45 On przestaje oddychać, serce przestaje bić a lekarze nie podejmują reanimacji. O 2.44 jeszcze jesteś żoną. O 2.45 jesteś już wdową.

O 2.45 następnego dnia, zdążyłaś już wybrać kolor trumny, kwiaty, wzór nekrologu. O 2.45 następnego dnia, leżysz na dywanie w salonie, wśród setek wspólnych zdjęć. Otulona w Jego sweter i ulubiony koc. O 2.45 następnego dnia, wasze dzieci budzą się płacząc i pytają, gdzie jest tata. Pytają czy wróci. A ty wiesz, że przed tobą jeszcze tyle nocy, gdzie czas zatrzymuje się o 2.45.

01.03.2012 r.  Cztery długie lata. I wciąż ta sama noc, którą przerywa godzina 2. 45.

Pamięci mojego męża.

lu

 

Pusty pokój

Środek nocy. Sen przerywa kaszel. Stopniowo przeradza się w duszność. Gdy wbiegam do jego pokoju, siedzi już na łóżku i usiłuje złapać resztki powietrza. Podaje chusteczkę, której barwa zmienia się na ciemno bordową. Leki, tlen, walka z czasem. Patrzy na mnie i wiem, o co prosi. Bladym świtem dzwonię na oddział. Pakuję walizkę, załatwiam formalności. On usiłuje  przez 200 kilometrów odespać ostatnio zarwane noce. 200 kilometrów,  które od teraz zaczną nas dzielić. Na jak długo, tego nie wie nikt. Wchodzimy, między tak strasznie znajome mury. Szpital, drugi dom. Pielęgniarki patrzą na mnie, próbujemy rozmawiać chociażby o pogodzie. On siada w kącie. Mierzą saturacje, robi dobrą minę, choć wiem, że nie ma na nic sił. Nasze oczy spotykają się na chwilę, czuje jak dotyka niepewnie mojej dłoni. Znikam za drzwiami gabinetu. Słyszę, że nerki odmawiają współpracy, że wszystko wygląda coraz gorzej. Słyszę, że niedowaga ciała, że płuca i serce przestają nadążać.  Wychodzę i staram się z całych sił, stawiać krok za krokiem. Staram się nie upaść. Staram się by rozpacz, nie zamieniła się w głośny szloch. Staram się być dzielną matką.

Znamy się z pielęgniarkami od lat, rozmawiamy szczerze. Ukochana siostra Tosia patrzy na mnie, kładzie mi rękę na ramieniu i mówi, że muszę go jakoś przekonać. Mówi o tym, że kiedy przyjdzie czas na ostateczną walkę, na przeszczep, to tak skrajny ubytek wagi  go zdyskwalifikuje. Mówi też o tym, że Łukasz mój mąż, który odszedł cztery lata temu, byłby ze mnie dumny. Nie przyznaje jej się, że śnił mi się ostatniej nocy. Przytulałam się do jego pleców i szeptałam, że tęsknie, a on odpowiadał – przecież jestem. Wracam na salę, rozpakowuje rzeczy syna i słyszę – Jedź już, jestem zmęczony a moja siostra cię potrzebuje. Rozdarta na strzępy wsiadam w auto. Nie wiem nawet kiedy znajduje się w domu. – Jak tu cholernie cicho – myślę i staram się oddychać. Staram się wykopać wszystkie złe myśli. Jak zaprogramowany robot, wstawiam pranie, robię obiad, opiekuję się chorą córką, zaglądam na służbową pocztę. Odpędzam wspomnienia.  Najpierw sprzed pięciu lat, gdy na kwalifikacji do przeszczepu Łukasza usłyszeliśmy, że jeszcze nie czas. Przeganiam wspomnienia, gdy rok później, dokładnie 10 lutego, zmywałam krew z posadzki w łazience. Gdy reanimowano go przez ponad godzinę, podłączano respirator i dawano do zrozumienia, żebym nie liczyła już na nic.  Czas, w którym kazano mi wybierać kolor trumny, tekst do nekrologu, czas w którym niebo miało tylko brunatny kolor.  Przecież jestem silną matką, nadczłowiekiem, który udźwignie wszystko.

I przychodzi znienawidzona noc. Zaglądam do pokoju córki, a moje stopy ledwo dotykają podłogi. Przechodzę przez nieludzko długi przedpokój i przekraczam próg jego pokoju. Jest 3.25, całe miasto i większość świata śpi. Siadam na pustym łóżku i choć rozum podpowiada co innego, szukam bicia jego serca. Na ścianie, wspomnienia malują obraz. Gdy pierwszy raz, zaraz po porodzie poczułam zapach jego skóry. Gdy wyrwano mi go z objęć niedługo po tym, i kazano się mocno modlić. Obraz, na którym  jego wątłe ciało, walczyło mocno zaciskając miniaturowe piąstki. Obraz, gdzie oczy lekarza nie wydając żadnego dźwięku, przygotowywały mnie na najgorsze. Obraz z nadzieją w tle. I powroty do domu. Te niesamowicie radosne momenty, gdy jego głos niósł się po całym wszechświecie. Bo przecież dziecko, to cały świat matki. I zabierający tę radość głośny sygnał karetki. I bieg korytarzem szpitala, i zamykane z hukiem drzwi, i słowa – proszę czekać. I miniaturowe okienko w drzwiach, przez które widać tylko główkę twojego dziecka. A w niej wbite igły, przez które sączy się ratunek. Miliony rurek, w małym ciałku. Rurek, przez które płynie życie. I znowu powrót, i znowu pukanie do drzwi. To śmierć, która od szesnastu lat, wciąż nieustannie chcę go zabrać. I ja, nad wyraz odważna, która na nic nigdy się nie skarży. Płacze tylko wtedy, gdy nikt nie widzi. Tylko poduszka, którą z całych sił przytykam usta, wie o mnie  wszystko. Słyszy krzyk matki, która panicznie boi się o życie swojego dziecka.

Jest 5.00, wstaję i staram się zapanować nad zawrotem głowy. Podchodzę do okna. Widzę drzewa, przez które usiłuje przebić się jeszcze bardzo ciemne niebo. Czuje ciepło na policzkach i choć już kompletnie nie wierzę, błagam. Błagam o jeszcze choć jedną wspólną godzinę. Dobę, tydzień, miesiąc, rok.  A kilka chwil później, przez słuchawkę telefonu słyszę – Dobrze, że jesteś mamo. Jest dla kogo żyć.

Jest o kogo walczyć, mój synu.

pok

 

.

 

Na szczęście, mam przechlapane życie

Dlaczego zdecydowałam się na ten wywiad?

Świadomość mukowiscydozy w naszym kraju jest co prawda coraz większa, ale nadal odnoszę wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, czym jest ta choroba.

Dlaczego postanowiłam „odpytać” mojego syna?

Wiem, że ma do mnie zaufanie. Jest dojrzały emocjonalnie, sporo przeszedł w życiu i bardzo chętnie zgodził się na tę rozmowę.

– Jesteś moją mamą, ale dziś siadamy i rozmawiamy jak dorastający facet i dziennikarka. Bez „tych” emocji, które towarzyszą nam na co dzień, ok?

Chcesz, żebym opowiedział o tym co tak naprawdę siedzi w kimś, kto jednocześnie żyje i umiera?

Do tego stanu można przywyknąć. Tak, dobrze słyszysz. Przyzwyczaiłem się do tego, że nie oddycham tylko się duszę – nazywając rzeczy po imieniu. Nauczyłem się żyć z myślą, że teraz jest w miarę ok, a za kilka dni mogą zasypać mnie czarną, ciężką ziemią.

– Trafiła kosa na kamień, nie ułatwiasz mi. Dobrze więc. Urodziłeś się chory na ciężką, genetyczną i nieuleczalną chorobę. Co pamiętasz z okresu, gdy byłeś kilkuletnim chłopcem?

– Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to taki obrazek, jak płacze i nie chcę robić inhalacji. Za drzwiami dwóch kolegów, z piłką do nogi. Ty mówisz, że za około godzinę będę wolny, oni nie chcą czekać. Nie wiem, może sześć lat miałem. Wcześniej, jakoś tak nie zwracałem na to uwagi. Przez długi okres czasu myślałem, że to normalka, że tak mają wszystkie dzieci. Inhalacja, drenaż, szpital, karetki zabierające mnie w środku nocy. Myślałem, że każdy bierze Kreon (preparat wspomagający trawienie w przypadku zewnątrzwydzielniczej niewydolności trzustki – przyp. autora). Dopiero gdy bywając u kolegów odkryłem, że oni nie mają sprzętu do rehabilitacji w domu, że jedzą coś bez leków, że moja młodsza siostra też nie stosuje drenaży, zacząłem myśleć, że z wami jest coś nie tak. Dokładnie, nie śmiej się. Myślałem, że wam coś dolega, bo jesteście inni ode mnie. A to przecież ja byłem naznaczony. Kaszlem, dusznościami, życiem w szpitalu, ograniczeniami.

– Kiedy to do Ciebie dotarło? Świadomość tego, że to choroba na serio?

– Leczyłem się w Rabce. Jeszcze na starym oddziale. Tam poznałem mojego przyjaciela, Oskara Dobrzańskiego i sporo ode mnie starszego Kamila Olczaka. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Wtedy jeszcze myślałem, że to zabawa. Wiesz, jeździliśmy na stojakach do kroplówek, podkradaliśmy doktorowi cukierki z gabinetu, chowaliśmy się pielęgniarkom do szaf i straszyliśmy, ile wlazło. Pewnie, że widziałem jak Kamil pluł krwią, a Oskar odpoczywał po najmniejszym wysiłku. Tylko, że tam każdy tak miał. To był nasz świat. Nikogo to nie dziwiło, wtedy się jeszcze nie baliśmy, nie było czego. Takie mieliśmy głupie przekonanie, że fajne to chorowanie. Szpital nietypowy, fajni ludzie, czas spędzony na zabawie. Gdy umarł Oskar, miałem 9 lat. On był dwa lata starszy. Najpierw nie rozumiałem. Pojadę tam, a jego nie będzie? Gdzie się podział, co się z nim stało i dlaczego. Niedługo po nim, przyszła ta straszna wiadomość o Kamilu. I wtedy pierwszy raz zrozumiałem, że na to, co noszę w sobie, się umiera. Panicznie bałem się zasnąć, nie chciałem jeździć do Rabki. Byłem wściekły na lekarzy, pielęgniarki, że nie pomogli, że nie zdołali ich uratować. Wciąż oglądałem nasze zdjęcia, wspominałem i zacząłem się zastanawiać, czy ja też tak szybko odejdę.

– Było coś, co ci wtedy jakoś szczególnie pomogło? Jakieś zdarzenie, ludzie?

– Zachorowałem i musiałem tam znowu jechać. Spotkałem innych kolegów, koleżanki. Też cierpieli, też nie do końca rozumieli, też się bali. Zrozumiałem wtedy, że mamy mukowiscydozę. Dotarło do mnie, że to nie grypa która przejdzie. Zresztą, na starym oddziale odeszło wielu moich kolegów. Czasem myślałem, że zwariuje, że w końcu zostanę sam. Ale wciąż przybywali nowi. Tak samo chorzy, zmęczeni i tak samo jednocześnie, pragnący żyć. Ja wiem, żyć chce każdy. Ale gdy płuca pozwalają ci oddychać tylko na kilkanaście procent, gdy po wysiłku dostajesz masywnego krwioplucia a każdy krok sprawia, że sinieją ci usta to myślisz – Mam tak mało czasu a jeszcze tyle chciałbym zrobić, zobaczyć! Nie chcę się wypowiadać za innych mukoli ale pewnie , wielu się ze mną zgodzi w tej kwestii. Wieczorem przed zaśnięciem zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem z kimś pokłócony, bo za nic nie chciałbym odejść, zostawiając kogoś z poczuciem winy, że nie zdążył. To tak, jak z tym obsesyjnym wyznawaniem tobie i siostrze miłości (śmiech). Śmierci boi się każdy, tylko mi jest cholernie was żal. Martwi mnie to, czy sobie poradzicie, to że same zostaniecie. Martwi mnie to, czy zdążę ze wszystkim, czy uda mi się odwiedzić jeszcze kilka miejsc, zaliczyć jeszcze kilka koncertów o których marzę.

– Martwisz się o nas, a nie o siebie? I co z tymi marzeniami, warto je mieć? Wiele z nich udało ci się spełnić?

– O siebie się nie martwię, bo jak na razie ty nadrabiasz za wszystkich (śmiech). A tam, jak już czas przyjdzie, nie będę sam, bo ojciec po mnie wpadnie (ojczym Patryka zmarł na mukowiscydozę, blisko 4 lata temu – przyp.autora) .

Jak to kiedyś powiedział Rysiek Riedel – kto nie marzy, ten umiera, a ja się jeszcze nigdzie nie wybieram. Na WOŚP w niedzielę, bo bycie wolontariuszem to według mnie najwyższa forma podziękowania tym, którzy ratują moje istnienie już tyle lat. A wracając do tematu, to tak, spełniłem już sporo moich marzeń. Poznałem osobiście Adama Darskiego i resztę ekipy zespołu Behemoth, byłem na koncercie Rammstein i Korn’a, a ubiegłym roku na Impact Festival gdzie grała moja ukochana kapela Slipknot. Pojechałem do Wilczego Szańca, kocham morze i byłem tam już kilka razy. A w głowie, mam jeszcze kilka planów, podróży. Tego się trzymam, to daje mi energetycznego kopa, co w tej tej chorobie, jest bardzo potrzebne. Mam taki apel do rodziców chorych dzieciaków – Nam już na starcie odebrano prawie wszystko. Obdarto nas ze złudzeń. Dlatego, nie zabraniajcie nam spełniać marzeń, nie zamykajcie w domu pod kloszem! My tego nie potrzebujemy! Ta choroba już wystarczająco nas ograniczyła, zabrała upragnioną wolność. Pozwólcie nam kochać, ponosić porażki, odchorować imprezę. Nie macie pojęcia, ile to dla nas znaczy! Takie wspomnienia sprawiają, że mamy siłę i przede wszystkim ochotę o siebie walczyć. 80% naszego życia wypełnia strach i ból. Doskonale wiemy, jak się zazwyczaj umiera na mukowiscydozę. Dusisz się. Ból rozrywa płuca, nie możesz nic zrobić. Jesteś świadomy tego, że przez kilka godzin a czasem dni, będziesz odchodził w męczarniach. Co innego pozwoli ci przez przejść przez to piekło, jak nie piękne wspomnienia?

– Co sądzisz o sytuacji w naszych szpitalach? Leczysz się już kilkanaście lat, byłeś w kilku ośrodkach.

– Mamy wspaniałych lekarzy i personel. Sprzęt też jest, a dzięki Owsiakowi, jest go coraz więcej. Tylko co z tego, skoro nie ma dla nas miejsc. A jeśli są, to na przeludnionych salach a my niestety, potrzebujemy izolacji. I to nie przez nasze wygodnictwo! Tylko dlatego, że otoczenie w którym często jesteśmy zmuszeni się leczyć, jest zagrożeniem dla naszego życia! Bakterie, zarazki, inne choroby. Głupi katar złapany od kogoś, może być dla nas wyrokiem śmierci. Klinikę mamy piękną, nową w Rabce i co z tego, skoro dostanie się tam graniczy z cudem. Ja wiem, jestem wdzięczny jak inni mukole, że powstała, że są świetne warunki, że ktoś na to latami ciężko pracował. Ogromny szacunek dla tych, którzy przyczynili się do jej otwarcia. Tylko to wciąż za mało. Coraz więcej dzieciaków się z tym rodzi, a my dorastający? Doszło do tego, że zamiast się cieszyć, że kolejny rok za mną to z bladym strachem patrzę w przyszłość. Bo dorosłych chorych, nie opłaca się w naszym pięknym kraju leczyć. A ja za chwilę będę dorosły i wielu moich znajomych z oddziałów, również. I nerwicy dostaje gdy słyszę w telewizji, czym zajmują się politycy. Bo oni tam się żrą o bzdury, a my tu, odchodzimy najczęściej w koszmarnych warunkach. W nieprzystosowanych szpitalach. Tak samo jest z przeszczepami. Wiem, od ubiegłego roku wiele się w tej kwestii zmieniło na lepsze, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Porównaj sobie liczbę chorych na mukowiscydozę, do liczby przeszczepów. Tu nie trzeba żadnej filozofii, żeby wiedzieć, jak bardzo jesteśmy w tyle za innymi krajami europejskimi.

– Wiele w Tobie zrozumiałego żalu, ale chyba więcej radości? Czy może się mylę, bo to tylko maska, żeby nie martwić bliskich?

– Nie wiem czy gdyby nie mukowiscydoza, to umiał bym tak kochać i doceniać to co mam. Tak bardzo cieszyć się każdym, nawet nie najlepszym dniem. Czy tak świadomie, cieszyłby mnie widok, każdego nowo poznanego człowieka. Chyba powinienem być wdzięczny, że ją mam. No co tak patrzysz? Przecież to ty mnie nauczyłaś, że wszystko w życiu jest po coś. Zresztą, coś ci powiem. Dawno temu stanęłaś przede mną. To było wtedy, gdy się poddałem, nie chciałem leczyć. Powiedziałaś mi : „Obiecałam ci, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że będziesz miał totalnie przechlapane, bo za nic na świecie nie pozwolę ci odejść bez walki. Ten dzień właśnie nadszedł.”

Nie masz pojęcia, jakie to szczęście mieć tak przechlapane życie, jak moje. 

Patryk, jak wielu jego rówieśników w Polsce, walczy z mukowiscydozą. Stara się żyć jak inni, zdrowi ludzie. Chodzi do szkoły, marzy o studiach, o podróżach, o własnej rodzinie. Dzieciaki z tą chorobą, całe swoje życie muszą być dzielne, odważne i silne. Aż, jeśli choroba nie zabierze ich wcześniej, stają się dorośli. I nadal toczą bój o każdy dzień, każdą godzinę i sekundę. Toczą walkę, z okrutnym, bezwzględnym przeciwnikiem. Mimo to, uśmiechają się, realizują zawodowo i prywatnie, ciesząc się każdym, nowym porankiem. Jeszcze jednym dniem, wśród najbliższych. Pomyśl o tym, za każdym razem, gdy coś pójdzie nie po twojej myśli. Bo masz coś, o czym oni w większości, mogą tylko marzyć. Oddech.

Z Patrykiem Wiórkiem rozmawiała Anika Zadylak.                                                                            1                                                                     

Gdy księżyc idzie spać, wstaje nowy dzień.

W marcu miną cztery lata. Cztery długie, dziwne lata. Od czasu gdy księżyc zasnął i mimo to, wstał nowy dzień.

Upalny czerwiec 2009 rok. W miejscu, gdzie życie odjeżdża pociągiem z biletem w jedną stronę, dwa skrajnie inne serca zaczynają bić. Życie rodzi się w umieralni i nie jest to opowiadanie science fiction. On skrajnie chory, Ona skrzywdzona do granic możliwości. Oboje nie wierzą już w nic, obdarci ze złudzeń i marzeń. Pogodzeni z losem, oswojeni z własną samotnością. Siadają na tej samej ławce. Na tej samej ławce, która mimo upływu lat, nadal tam stoi. Stoi pod zamkniętym oddziałem, po którym przechadzają się już tylko duchy. Jego dusza też tam hula. Wtedy byli razem. Byli mimo burz i powodzi.  Mimo setek kilometrów, pokonywanych dzięki łączom internetowym lub słuchawce telefonu. Jej głos. Jego oddech. Nie potrzebowali niczego więcej. Łąka nad rzeką, niebo pełne spadających gwiazd, obserwowane ze wspólnego balkonu. Splecione palce i wspólny szum krwi w żyłach. A między tym wszystkim ludzkie sprawy. Rachunki, wywiadówki, szklanki z hukiem rozbijane o ścianę. I szept rozdzierający ciszę, gdy w nocy przepraszał Ją za rozsypane szkło. I łzy i błagalne spojrzenie błękitnych oczu, gdy dławił się krwią. I mozolnie targane ciało, gdy On nie miał sił sam odkręcić kranu z wodą.   I taniec na działce pełnej kwiatów, gdy boso śmiejąc się głośniej od śpiewu ptaków, krzyczała, że kocha nad życie. Kocha, ponad śmierć. I milion wspólnych koncertów, kończących się wspólnym szpitalnym łóżkiem. Wtulał się wtedy w Nią resztkami sił i nie otwierając ust powtarzał, że dziękuje. Ona dzielnie udawała, że się nie boi i  że nie czuje nadchodzącej zimy.

I przyszedł marzec. Wszystko ucichło. Szklanki przestały pękać, kwiaty na działce nie chciały zakwitnąć, ławkę pokryła gęsta mgła. Zostało jedno serce z poszarpaną duszą. Przestał padać deszcz i wszystko uschło. Opustoszało szpitalne i małżeńskie łoże. I te noce bez świtu. I muzyka, która nagle zamilkła. Jak głos, który nie może się wydostać z gardła. Przez pierwszy rok, słyszała tylko zgrzyt zamka, suwaka czarnego worka. Dźwięk podszyty lodowatym powietrzem, odbijającym się od szarych ścian kostnicy.

Pierwszy raz, sama rzuciła talerzem o ścianę. Myślała, że nadejdzie noc, którą przepraszali się do utraty tchu. Nie rozumiała, dlaczego klamka w drzwiach sypialni nawet nie drgnęła, mimo to. Szalała na koncertach, wracając do domu otulona neonami ich małego miasta. I nikt Jej nie dziękował. Działkę porosły chwasty. Usiłowała je wytępić, bezskutecznie. Patrząc w lustro widziała swoją zmęczoną twarz i oczy, które już dawno straciły blask i kolor. Ptaki ją zagłuszyły, a śmiech był tylko sztucznym tworem Jej wyobraźni. Taniec zamieniła na długie spacery w jednym kierunku. Do miejsca, gdzie znicz rozświetlał Jego twarz. Gdzie piękne, mądre  martwe oczy patrzyły w dal, z płyty pomnika. Miotała się pomiędzy tysiącem wspólnych zdjęć, obcym łóżkiem, obcymi dłoniami a powrotami. Powrotami do swetrów przesiąkniętych Jego zapachem.

Blisko cztery lata po tym, jak przeszedł przez drzwi do których nie oddał nikomu kluczy, Ona żyje. Zasadziła na działce słoneczniki i latem tańczy wśród nich, skąpana ciepłym deszczem. Zbiera bilety z koncertów, nie oczekując na podziękowania od nikogo. Na swoim balkonie karmi ptaki, które nie są w stanie zagłuszyć Jej głosu, gdy śpiewa, że „nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości, jak ty”. Przestała się wzdrygać za każdym razem, gdy zapina kurtkę. Przestała panicznie się bać widoku nadjeżdżającej karetki pogotowia. Wie, że nic i nikt nie trwa wiecznie. Chociaż…

Pytałaś mnie, co czuje się cztery lata po śmierci kogoś, kto był całym światem.

Wdzięczność. Za każdą wspólną sekundę. I wiarę, że jednak nie wszystko umiera.

Tekst powstał na prośbę jednej  z czytelniczek.

P.S. Nie bójcie się kochać, bo to co prawdziwe, zostanie z wami już na zawsze. Nawet gdy jedno z serc,  wsiądzie do pociągu, bez powrotnego biletu.

tor1

Dzieci z ” Innego Domu”

Pakuje dyktafon, notes i aparat fotograficzny. Gdy jednak przekraczam próg tego „innego” domu od razu wiem, że nie dam rady zrobić nawet jednego zdjęcia. Nie chcę pokazywać ich ogromnych, mądrych, pięknych i przerażająco smutnych oczu. Usiądę, wysłucham i namaluje je słowami.

Nie myślę o tym miejscu „dom dziecka”. Cieszę się, że w ogóle mamy jakiś dom, ja i bracia. Ciepłe łóżko jest, posiłki, opiekunowie  i fajni koledzy. My naprawdę trafiliśmy do raju. Z samego środka piekła – Dominika ma dopiero 13 lat, a wciąż muszę się pilnować, żeby nie rozmawiać z nią jak z dorosłą – Trafiliśmy tu całą trójką w ubiegłym roku. Moi bracia tam siedzą, bliźniaki, podobni co nie? . Oglądam się i widzę dwóch siedmiolatków, pochłoniętych układaniem klocków. – Niedawno byli tu dziennikarze z telewizji, nie chciałam rozmawiać. Po pierwsze to facet był, a ja się jeszcze ich trochę boję a po drugie, cukierki nam rozdawali, jakby mnie można było za coś słodkiego kupić. – Prawą ręka odruchowo sięgam do torebki. Zamykam ją, żeby nie zauważyła tej ogromnej ilości batonów. Robi mi się wstyd. – A pani to taka jakaś inna jest. Przyznaje się, że na pani profil zaglądałam jak nam powiedzieli o przyjeździe. I widziałam koty, a ja je kocham. Może kiedyś, jak już dorosnę, znajdę pracę i braci stąd zabiorę, to sobie kota weźmiemy ze schroniska. Bo my też tak trochę jak te zwierzaki stamtąd, z nosami do szyby przyklejonymi czekamy. I łasimy się do każdego kto tu przyjdzie, żeby się przypodobać, żeby ktoś nas zabrał do domu. Ja tak nie robię, braciom też zakazałam. My już raz mieliśmy dom. Grzyb na ścianach, zimno, matka z ojczymem wiecznie pijani i ci ich koledzy. Przychodzili, przynosili wino, wyjadali resztki jedzenia, włazili do naszego pokoju. Na strych chłopców zabierałam, na taki stary materac. Nie spałam, czuwałam żeby im ciepło było, żeby im nikt krzywdy nie zrobił. Nie wierzę, że może być inaczej. Bo jeśli rodzona matka nas nie kochała, to jak obcy mógłby? Lepiej tu zostaniemy. Ja się dobrze uczę, żeby pracę mieć i zarabiać tyle, by Kubę z Maćkiem zabrać do siebie. I będą mieli swój pokój i ciszę . Może wtedy przestaną się moczyć w nocy i zapalać światła. Matki tam nigdy nie wpuszczę, to ja będę ich mamą. I zawsze będę nocą sprawdzać, czy nie jest im zimno.

Karolina ma 17 lat, jest piękna. Szczupła, wysoka, duże brązowe oczy. Uśmiech na niesamowicie spokojnej twarzy. Siadamy w pokoju, który dzieli z innymi dziewczynkami. Nad łóżkiem zdjęcie. – To ja, młodsza siostra i mamusia. Jak jeszcze tata żył i było normalnie. Tata chorował bardzo długo, jego leczenie kosztowało tyle, że mamusia bardzo się zadłużyła. Po jego śmierci było już tylko gorzej. Wysprzedała prawie wszystko co mieliśmy, spaliśmy na łączonych fotelach, lekcje przy małym stoliku w kuchni odrabiałam. Ale to nie wystarczało, pieniędzy wciąż brakowało a mamusia przestała jeść i spać. Za to w domu, coraz częściej pojawiała się butelka czegoś mocniejszego. Pewnie, że miałam pretensje, że my w dziurawych butach a ona pije. Nie biła nas, nie krzyczała. Upijała się, nieraz znikała na dzień lub dwa. Przed Mopsem udawaliśmy, bo zdawałam sobie sprawę, że nas jej odbiorą. A przecież, to nie wina mamusi. Żal do niej ? A o co? Dobrze, że nas oddała w końcu,  a nie zakopała  w beczce, jak robią inne matki. Zresztą, nie można mieć żalu do chorych ludzi, bo gdy flaszka jest ważniejsza niż oddech czy własne dziecko, to musi być choroba prawda? No niech pani potwierdzi, oddała nas z choroby, nie z braku miłości? Ja wierzę, że mamusia z tego wyjdzie, zawalczy o siebie, o nas. Jak tylko osiągnę  pełnoletność, to pojadę do niej, do naszego domu i pomogę jej. – Tak ładnie o niej mówisz .  - Bo ja nie mam pretensji do mamy, tylko do losu. Po co nas tu zesłał wszystkich, skoro miał tak okrutny plan. No niech pani sama powie, jaki jest ten Bóg, jeśli zabrał ojca, potem dom i matkę. A nas wepchnął tu. Ja wiem, może nie powinnam tak mówić, ale chyba mam prawo tego nie rozumieć?

Karol jest uśmiechniętym, sprawiającym zadowolonego z życia nastolatkiem. Zadaje milion pytań aż zaczynam się śmiać i żartobliwie strofować, że to ja jestem dziennikarką i ja mam pytać. – Kurcze, może ja też kiedyś będę tak jak pani? To ciekawe zajęcie a  ja strasznie lubię oglądać reportaże i filmy dokumentalne. Nic szczególnie zaskakującego pani ode mnie nie usłyszy. Historia jakich setki tutaj. Ojciec z matką ćpają. Biedy aż takiej nie było, bo ojciec tych handlował. Dopiero jak go zamknęli, to się wszystko posypało. Matka się jednego razu tak zaćpała, że moja pięcioletnia siostra najadła się tabletek, jakiś kwas to był czy coś takiego. Cała zsiniała, przestała oddychać. Nie wiedziałem co robić, wybiegłem na klatkę i krzyczałem. Sąsiedzi przyszli. Potem pogotowie. Mała w szpitalu była ponad dwa tygodnie, w tym czasie już u nas policja, sąd. No co będę opowiadał, zna pani pewnie te procedury. Od razu się tu odnalazłem. Może dlatego, że większość życia i tak byliśmy sami. Bo co z tego, że rodzice byli niby za ścianą, jak w zupełnie innym świecie. – Patrzy chwilę przed siebie, oczy mu się lekko szklą ale szybko się otrząsa –  A jak ma na  imię pani córka? O! To tak jak moja siostra, której się poszczęściło, bo ją wzięli ludzie, co nie mogą mieć swoich dzieci. Nie, ja nie mogłem tam iść, takich co mają po 15 lat już nie bardzo chcą. Ale fajnie, że siostra już nie musi tu być. Nie myślę jeszcze o tym, co będzie jak osiemnaście skończę. Szczerze, to jest mi tu dobrze. Najchętniej, zostałbym na zawsze.

Zbieram swoje rzeczy, trzęsą mi się dłonie i usiłuje nad tym zapanować. Rozmawiam jeszcze chwilę z wychowawcami, pytam czego im potrzeba najbardziej, jak idzie remont. Żegnam się. Idę długim korytarzem do drzwi, gdy nagle słyszę tupot dziecięcych nóżek. To ośmioletni Robert. – Proszę pani! Proszę pani, a Karol mi powiedział, że pani potrafi cuda sprawiać. – Patrzę na stojącego nieopodal uśmiechniętego chłopaka i szukam w głowie odpowiednich słów, by wytłumaczyć Robertowi, skąd taki przydomek. Nie zdążam i słyszę – To mogłaby mi pani wyczarować nową mamę? Bo moja miała przyjechać ale chyba zapomniała,  już tak długo jej nie ma.- Czuje jak znikam, chowam się w sobie, zapadam. Odruchowo, choć nie wiem czy powinnam, przytulam jego  drobne ciałko i głaszczę po głowie. – Nie jestem czarodziejką ale będę mocno wierzyć w twoje marzenie. Patrzy na mnie przez chwilę, chwyta mnie za rękę i mówi – Teraz to na pewno się spełni, bo już nie będę z tym marzeniem sam.

Przed ośrodkiem, na ławce czeka na mnie piękna Karolina. – Ja tylko chciałam coś sprostować. Bo powiedziałam pani, że los nam zabrał wszystko. Ojca, dom i mamę. Nie, mamusi mi nie odebrał. Zawalczę o nią,  to ona nas urodziła i nie chciała dla nas takiego życia. Bo przecież, my jesteśmy takie same dzieci jak wszystkie inne, tylko z tego Innego Domu.

dzie